Panglao, Bohol i Balicasag Island I 15-20.01.2025

Po sielsko anielskim pobycie na Daracotan Island przedostaliśmy się na lotnisko w El Nido, skąd polecieliśmy na wyspę Panglao.

Panglao otumaniło nas zgiełkiem i kakofonią.

Tu zauważyliśmy, że Filipińczycy to rozśpiewany naród, a prawie każdy kiosk, w którym w dzień sprzedawane są produkty pierwszej potrzeby jak jajka, mąka, chemia, papierosy na sztuki, wieczorem zamienia się w lokalny pub gdzie Filipińczycy (mniej lub bardziej utalentowani muzycznie) po pracy śpiewają karaoke. Odwagi dodają im sączone trunki. W knajpach też kelnerzy wciąż coś nucą pod nosem, tak samo w tuktukach.

Plaża Alona beach to skupisko straganów wszelkiej maści, dużo spokojniejsza jest Daracotan beach.

W Panglao przypadały 10 urodziny Ignaca. Byłam nieco niepocieszona brakiem piekarnika  bo w planie było oczywiście ciasto czekoladowe i pavlova, jednak z pomocą przyszła patelnia.

Ignac zaczął swój urodzinowy dzień od trzywarstwowego kaiserschmarrna, przyozdobionego oreo i żelkami. To się nazywa dobry początek dnia.

Następnie podjechaliśmy tuktukiem na plażę Alona Beach by wyruszyć z centrum nurkowym na nurki i snorkeling do pobliskiej Balicasag Island. Marcin miał 2 nurkowania, a my 2 snorklowania. Wody okalające wyspę Balicasag to podwodny plac zabaw- raj dla dzieci. Ogromna widoczność, mnogość rybek i żółwi nas oszołomiła. Widzieliśmy ponad 10 żółwi, z którymi chłopcy się ganiali. Marcin widział 2 żółwie i 2 rekiny oraz barakudy, mureny i masę innych rybek. Obsługa statku i nurków przemiła.

Po południu mieliśmy czas na odpoczynek, po którym nastąpiło poszukiwanie skarbu po naszym ośrodku- skarb urodzinowy (komiks i książka) przyjechał z nami aż z Polski.

Wieczorem udaliśmy się na ucztę przy plaży. Ignac trochę się zdziwił zobaczywszy 6 Filipinek z obsługi restauracji tańczących, grających na tamburynie i śpiewających mu „Happy Birthday”, zachował jednak pokerową twarz do tej celebryckiej sceny. Wydaje się niemożliwe, że Ignac ma już 2 cyferki z przodu!

Bohol

Z Panglao zamówiliśmy auto z kierowcą na cały dzień i wyruszyliśmy na większą wyspę- Bohol, połączoną z Panglao mostem.

W drodze do naszej destynacji mijaliśmy wioskę naszego kierowcy, w której akurat trwały walki kogutów. Kierowca zaproponował nam zatrzymanie się na chwilę, co uczyniliśmy. Na filipińskiej wsi w niedzielę idzie się do kościoła, a po kościele można oddać się zakładom bukmacherskim i obstawić zwycięskiego koguta. Kogutom przyczepia się do nóg ostrza, by szybciej się poraniły. Ptaki są szkolone przez swoich właścicieli, jeśli jest to większy turniej to jeden właściciel wystawia 3 koguty. Standardowo walczy ze sobą kilkadziesiąt kogutów. W Hiszpanii corrida, na Filipinach koguty. Chleba i igrzysk, to się nie zmieniło przez stulecia. Po dziesięciu minutach uciekliśmy.

Zatrzymaliśmy się w rezerwacie wyraków- są to najmniejsze małpki świata, spotykane tylko w 4 miejscach (Borneo, Celebes, Sumatra, Filipiny). Mają wielkość pięści, są drapieżnikami, jedzą nawet małe ptaszki, a ich głowa obraca się o 180 stopni jak u sowy. W rezerwacie trzeba było zachować całkowitą ciszę gdyż są to zwierzęta nocne. Wszystkie wyraki spały poza jednym, któremu przewodnik robił kolejno zdjęcia biorąc telefony turystów.

Dalej wdrapaliśmy się na chocolate hills, które latem (marzec-czerwiec) przybierają brązową barwę. Przepiękne wzgórza, a w dole uprawy ryżu. Dzieci namówiły nas na przejażdżkę quadami więc jeszcze musieliśmy zaliczyć umorusanie błockiem.

Palawan Island I 9-15.01.2025

El Nido

Z Manili mamy przelot do El Nido na wyspie Palawan. Z malutkiego lotniska tuktuk , którego każda część jest prowizorycznie zespawana, a mimo to jeździ, wiezie nas do hostelu. Ciekawe jest to że w różnych regionach/ wyspach Filipin mają różne rodzaje tuktuków – od tricykli na Palawanie, poprzez większe tuttuki w Manili czy Panglao aż po 10-cio osobowe busy napędzane tylko motocyklem na Cebu.

Czytamy, że Filipińczycy cierpią na cukrzycę gdyż słodzą dosłownie wszystko. Przekonujemy się o tym przy naszych hostelowych śniadaniach. Nawet sok z mango jest dosładzany. Poza tym ciężko dostać warzywa. Główne pożywienie to oczywiście ryż, do tego kurczak, sos sojowy i coś słodkiego 😊

W El Nido popłynęliśmy na główną atrakcję- Island hopping. W porcie stało mnóstwo łódek, które zabierały turystów na snorkeling i kajaki do licznych urokliwych zatoczek. Wsiedliśmy na naszą łajbę i po półgodzinnej walce załogi z niechcącym współpracować silnikiem, ruszyliśmy ku przygodzie.

Połowa naszych towarzyszy okazała się Polakami- jedna czteroosobowa rodzina mieszkająca w Australii oraz matka z córką.

Podczas snorklowania dzieci zobaczyły Nemo oraz inne, mniej przyjazne ryby, które z rozkoszą podgryzały nóżki. Kolejna wyspa, snorklowanie, zatoczka, lunch, potem kajaki.

Na koniec wycieczki, od słowa do słowa, dowiedzieliśmy się, że rodzina z Australii mieszka w Sydney. Zapytali nas jakich Polaków znamy w tym mieście. Powiedzieliśmy, że Michała z Eweliną oraz Piotrka z Teresą. Rodzina znała ich wszystkich (ach ta Polonia!), ale jakież było nasze zdziwienie, gdy Piotrek z Teresą okazali się najlepszymi przyjaciółmi nowo poznanej rodziny. Zaczęliśmy łączyć kropki i faktycznie wyszło, że Teresa z Piotrkiem, jak do nich przyjechaliśmy do Sydney powiedzieli, że nazywamy się jak ich najlepsi przyjaciele, a nasi synowie noszą to same imię. Jaki ten świat jest mały! Wśród morza łódek akurat trafiliśmy na tę z przyjaciółmi naszych gospodarzy z Australii!

Następnego dnia udało nam się umówić na kolację i piwo, było bardzo, bardzo miło, czuliśmy się jakbyśmy się już długo znali bo jedni i drudzy słyszeliśmy o sobie wcześniej😊

Nieopodal El Nido dzieci upodobały sobie plażę Vanilla Beach, gdzie były największe fale w jakich w życiu się pluskali.

W El Nido funkcjonuje wiele centrów nurkowych. Rafa koralowa i rozmaitość ryb jest urzekająca. Marcinowi udało się ponurkować na wszystkich wyspach na których byliśmy – Palawan, Panglao i Cebu. Piękne wrażenia.

Daracotan Island

Z El Nido kierowca przewiózł nas niecałe 30 km do portu, gdzie wsiedliśmy w małą łupinkę i pokonując ogromne fale, moczące nas i nasz dobytek, ruszyliśmy ku wysepce Daracotan. Dzieci bawiły się przednio, tak jak ich ojciec, a matka w tym czasie liczyła zdrowaśki.

Dopłynęliśmy szczęśliwie. Przez kolejne trzy dni dzieci były Robinsonami Crusoe i poza naturą i sobą nie miały nic innego do roboty. Słodkie far niente. W takim miejscu o homeschoolingu mowy oczywiście nie było. Kąpiel pod prysznicem różniła się od kąpieli w morzu tylko odrobinę mniejszym stężeniem soli w wodzie.

Na wyspie funkcjonują jedynie 3 ośrodki. Nasza osada 13 domków prowadzona była przez Włocha i jego żonę Filipinkę i za każdym razem z niecierpliwością czekaliśmy co dziś kucharz zaserwuje. Musimy dodać, że jak dotąd kuchnia filipińska nas nie urzekła, często jest przesolona bądź przesłodzona i dość tłusta.

Poza pływaniem wybraliśmy się na poszukiwanie waranów urzędujących nieopodal na cyplu.

Opuszczaliśmy wyspę nieco pogryzieni przez jakieś żyjątka gdyż od wszelkich stworzeń dzieliła nas nocą tylko moskitiera, niezbyt szczelnie okalająca łóżko. Było pięknie.

Witamy w Azji, Manila I 8-9.01.2025

Pierwszy dzień był szokiem dla dzieci gdyż do tej pory podróżowały głównie po bogatszych krajach. Tymczasem bieda w Manili wstrząsa człowiekiem od razu po opuszczeniu lotniska. My poczuliśmy się jak niegdyś w New Delhi, z tą różnicą, że w Delhi było jeszcze więcej bezdomnych i żebrzących osób.

Straszne dla duszy jest patrzenie na nierówności społeczne naszego świata. Mimo odwiedzenia większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, przypływ smutku musiał u płci pięknej, czyli jednej czwartej z nas, mieć ujście w morzu łez. Po takim katharsis następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać stolicę Filipin.

Najładniejsza część to starówka Intramuros, przypominająca, że przez 300 lat rządzili tu Hiszpanie. Pozostawili po sobie nie tylko wiele nazw ulic i placów, ale także mnóstwo imion i nazwisk. Również w języku filipińskim można doszukać się naleciałości z języka hiszpańskiego, m.in. w liczbach.

Ewidentnie budziliśmy sensację. Uśmiechali się do nas wszyscy i machali nam już z daleka. Nawet policja konna przybyła kłusem nas pozdrowić. Uznaliśmy, że żywią do nas takie ciepłe uczucia z uwagi na chłopców; Filipińczycy są bardzo rodzinni, wierzący i wręcz ubóstwiają dzieci. Później przekonaliśmy się, że nawet idąc bez dzieci wszyscy są dla nas bezinteresownie mili.

Pierwsza jazda tuktukiem kilkaset metrów pod prąd (bo tak szybciej było zrobić nawrotkę) dała dzieciom przedsmak jazdy bez trzymanki, niemożliwej na starym kontynencie. Adrenalina trzymała nas przez resztę podroży po pięknych Filipinach.

Auckland i pożegnanie Nowej Zelandii – I 6 – 7.01.2025

Największe miasto Nowej Zelandii oraz przez ponad 20 lat stolica, zdetronizowana przez Wellington z uwagi na bliższy dojazd z wyspy południowej, to tygiel kultur i mnogość łódek. Mówi się, że co trzeci mieszkaniec Auckland ma własną łódź.

W Auckland uczestniczyliśmy we wspaniałych, kilkugodzinnych warsztatach o nazwie Workshop Unleashed, gdzie mogliśmy poznać tajniki tworzenia filmów fantasy, science fiction i horroru. Przyglądaliśmy się wszystkim etapom produkcji obrazów oraz poznawaliśmy sztuczki z perspektywą oraz oglądaliśmy etapy makiet, które niegdyś były podstawą niesamowitych scenerii. Chłopcy byli zachwyceni, my również.

Wspięliśmy się także na Mount Eden, malownicze wzgórze, a właściwie stożek wulkaniczny,  gdzie niegdyś Maorysi mieli swój gród obronny, z licznymi ogrodami i tarasami. Krater uważany jest za miejsce święte. Stąd rozciąga się niesamowita panorama na Auckland.

Jeszcze tylko wysyłka jednej torby z pamiątkami i rzeczami z zawodów do Polski i powoli żegnamy Nową Zelandię, która nas zauroczyła.

Słyszeliśmy recenzję, że Nowa Zelandia jest jak większa Irlandia z lepszą pogodą, ale zupełnie nie. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów; od surowych, górzystych na wyspie południowej -niesamowicie kontrastujących z tropikalną roślinnością, przez gejzery, bulgoczące błota i wulkany, po pagórki rodem z Hobbita oraz piękne piaszczyste plaże na północy.

Rozkochaliśmy się w podróżowaniu camperem, który daje niesamowitą wolność, ale musimy przyznać, że Nowa Zelandia ma całą infrastrukturę do takich wojaży, szczególnie wyspa południowa. Wydawało nam się nawet, że jest więcej camperów niż samochodów osobowych. Powszechnie dostępna woda pitna (zjawisko obecne również w Australii) także ułatwia podróżowanie. 

Wszechobecne fish and chips trafiają w gusta dzieci, w dużych miastach z uwagi na mieszankę kulturową można dostać wszystkie kuchnie świata. Na stołach Nowozelandczyków często goszczą steki z jagnięciny, pieczone ziemniaki, dynia i pasternak. Na deser oczywiście pavlova (trwa spór czy to Australia czy Nowa Zelandia wymyśliła ten deser na cześć rosyjskiej primabaleriny). Istnieje nawet przysłowie: „nie znajdziesz dobrego męża jeśli nie umiesz upiec dobrej pavlowej”.

Nowa Zelandia to wyspa ptaków i fok, inne zwierzęta to te sprowadzone przez kolonizatorów. Plagą stały się tu króliki i oposy (jak w Australii) oraz jeleniowate, sprowadzone dla sportu. Te ostatnie zaczęły dewastować busz. Polowania są powszechne, widzieliśmy masę ogromnych sklepów dedykowanym polowaniom i rybołówstwu. Ponadto mijaliśmy mnóstwo farm z „bambikami” szykowanymi na steki… Rękawiczki ze skóry oposów są wykorzystywane szczególnie w żeglarstwie i golfie; zyskały sławę bardzo odpornych- tak odpornych jak same oposy, uważane powszechnie za szkodniki.

Jeszcze ważna kwestia przy dzieciach; w przeciwieństwie do sąsiadującej Australii- nie ma tu tych wszystkich pająków, krokodyli i węży więc można na spokojnie puścić dzieci do buszu na budowanie szałasu bez dreszczyku emocji. Jedyne co nam się nie podobało to pływające blisko brzegu rekiny. Co z tego, że tubylcy nic sobie z nich nie robią i twierdzą, że są niegroźne- my jesteśmy z Polski i nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnych kąpieli.

Opuszczamy Nową Zelandię i lecimy do innego świata- Azja czeka. Co ciekawe stąd na Filipiny leci się tak samo długo jak z Polski do Tajlandii. NZ to jednak koniec świata 🙂

Hobbiton – I 6.01.2025

Przed odwiedzeniem Hobbitonu pokazaliśmy dzieciom kilka scen z Władcy Pierścieni- tych mniej brutalnych, bez Orków i innych straszydeł.

Pobyt w Hobbitonie znacznie przerósł nasze oczekiwania.

Okazuje się, że ekipa Petera Jacksona poszukując idealnego miejsca na Shire latała helikopterem nad pastwiskami Nowej Zelandii. Gdy wypatrzono z maszyny urokliwe pagórki, ze starodrzewem i malowniczą groblą, postanowiono wylądować. Okazało się, że teren należy do farmera Aleksandra. Kilka miesięcy trwały negocjacje z właścicielem farmy, aż w końcu ekipa filmowa zaczęła zamieniać pola z owieczkami i bydłem na Shire. Zrobiono 39 domków Hobbitów (tylko atrapy, bez możliwości wejścia do środka), a wszystkie sceny wewnątrz były kręcone w studio filmowym w stolicy.

Ciekawostką jest, że do budowy 1,5 km drogi dojazdowej zaangażowano nowozelandzkie wojsko, argumentując, że filmy Jacksona to dobro narodowe. Później w wielu scenach orków grali żołnierze nowozelandzcy, niektórzy tak się wczuwali w rolę, że połamali sobie kończyny.

Najpierw nakręcono tu Władcę Pierścieni, nagrania trwały 3 miesiące. Po zakończeniu zdjęć zdemontowano wszystkie chatki Hobbitów.

Gdy po kilku latach Peter Jackson postanowił nakręcić Hobbita i ponownie zainstalować Hobbicie chatki, farmer powiedział, że ok, ale tym razem prosi o nie demontowanie chatek gdyż bez nich jest smutno i pusto😉.  Znowu zaczęły się negocjacje, w których ustalono, że farmer i firma Petera Jacksona po skończeniu zdjęć zostawi nietknięty Hobbiton i będzie wspólnie czerpać z niego korzyści. Tak jest do dziś i instalacja przynosi ogromne pieniądze goszcząc rocznie ponad pół miliona turystów.

W Hobbitonie można zrobić wesele, organizowane są urodziny Frodo, maratony i mnóstwo innych eventów, na które należy się zapisać z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Do domków ogólnie nie da się wejść, istnieją jedynie dwa domki pokazowe oraz karczma Green Dragon Inn, w której na koniec częstowano nas piwem z lokalnego browaru (dla dzieci wersja imbirowa).

W Hobbitonie czuliśmy się jak w filmie, było baśniowo i nie chcieliśmy by ta przygoda się skończyła.

Niespokojna północ I 3 – 5.01.2025

Naszym ostatnim celem na wyspie północnej było Cape Reigna.

I tu, na górze wyspy Północnej, spotkało nas kilka nieprzyjemności.

Tak naprawdę już od wysokości Rotorua przykuła naszą uwagę mnogość znaków przestrzegających  przed zostawianiem czegokolwiek w aucie na widoku.

Jadąc z Puhoi do Bay of Islands, na jednej stacji benzynowej zaczepił nas niezbyt przyjaźnie wyglądający facet prosząc o pieniądze gdyż nie posiadał ponoć środków na benzynę, a musiał zawieźć żonę w ciąży do szpitala. Zerknęliśmy, że żona w ciąży wygląda identycznie jak pani z listy wywieszonej na stacji: „tych osób nie wpuszczamy”. Daliśmy kilka groszy by nas zostawił w spokoju.

Z kolei jadąc z Taipo na Cape Reigna jakiś szaleniec zaczął nas wyprzedzać i cisnąć po heblach, potem darł się w niebogłosy byśmy zjechali. Na chwilę zwolniliśmy by usłyszeć jak klnie, że to my zajechaliśmy mu drogę (co było dalekie od prawdy). Trzykrotnie nas wyprzedzał i próbował zmusić do zjechania na bok, prawie powodując wypadek. Jego wygląd budził wiele podejrzeń więc ostatnią rzeczą jaką byśmy zrobili było zatrzymanie się. Oglądałem kiedyś filmiki „road rage” – no to mieliśmy to na żywo.

Musimy dodać, że jest tylko jedna droga prowadząca na samą północ Nowej Zelandii, do Cape Reigna, która była opustoszała, a mijane senne miasteczka gdzie hulał wiatr, nie dawały gwarancji bezpieczeństwa.

Zrobiliśmy zdjęcia rejestracji oraz nagranie i zadzwoniliśmy na policję. Przeprowadzono z nami telefoniczny wywiad, wszystko trwało dość długo, a przez 20 km wariat siedział nam na ogonie, co jakiś czas trąbił czy też próbował wyprzedzać. Zlokalizowano nas i obiecano wezwać patrol. Gdy zawyła syrena wozu policyjnego (nie jesteśmy pewni czy to był ten nasz patrol czy jakaś inna policja), wariat zrezygnował z dalszej pogoni i zawrócił. Następnego dnia dzwoniliśmy na policję by się dowiedzieć czy z nim rozmawiano; przekazano nam jedynie, że zlokalizowano właściciela samochodu i podjęto z nim kontakt telefoniczny.

Zdaje nam się, że tu, na końcu świata, czuć nieco oddech byłych poszukiwaczy złota, może kryminalistów i akurat w tej części kraju nie czuliśmy się zbyt komfortowo, szczególnie, że podróżowaliśmy z dziećmi.

Cape Reinga

Dla nas koniec świata, koniec Nowej Zelandii, choć de facto to Surville Cliffs są jej najbardziej na północ wysuniętym lądowym punktem (nie licząc wyspy Nugent Island).

Tu, przy latarni morskiej (sterowanej zdalnie z oddalonej o 1000km stolicy), można zauważyć jak morze Tasmańskie spotyka się z Oceanem Spokojnym. Gołym okiem widać różne kolory wody, a przy sztormie granicę akwenów wyznaczają wysokie fale.

Miejsce to jest szczególnie ważne dla Maorysów, gdyż zgodnie z ich wierzeniami, to tutaj dusze zmarłych kończą ludzką wędrówkę, schodzą do podziemnego świata (reinga) ześlizgując się po korzeniach drzewa pohutukawa i dalej udają się do mitycznej krainy Hawaiki.

Pomyśleliśmy o wszystkich dobrych duszach, które znaliśmy i odprowadziliśmy je mentalnie do innego świata/wymiaru. Cape Reinga ma w sobie magię.

Kończąc przygodę na północy podjechaliśmy jeszcze do chrześcijańskiego domu pomocy społecznej, gdzie chłopcy oddali swoje bożonarodzeniowe prezenty dla biednych rodzin z Northland.

Bay of Islands: Kerikeri, Waitanga, Sylwester I 29.12.2024 – 3.01.2025

Pożegnaliśmy naszych gospodarzy dziękując im za tak smakowitą gościnę i ruszyliśmy w górę wyspy Północnej do zatoki wysp, czyli Bay of Islands.

Zamieszkaliśmy w urokliwym Kerikeri, gdzie naszymi gospodarzami byli emerytowany Nowozelandczyk oraz Angielka, która opuściła ojczyznę w pogoni za swoimi dziećmi, osiedlonymi na Antypodach.  

Z kolei Nowozelandczycy emigrują w poszukiwaniu lepszego życia przede wszystkim do pobliskiej Australii oraz Stanów czy Kanady. Wielokrotnie słyszeliśmy, że po latach „overseas experience”  Kiwi wracają do ojcowizny.

Ogród naszych gospodarzy rozpościerał się na kilku hektarach i był tak dopieszczony, że byliśmy pewni, że to zasługa profesjonalnego ogrodnika. Ogrodnikiem okazał się być sam właściciel. Na końcu ogrodu prowadziła wąska ścieżka do jego dzikiej części, miejsca, które przywodziło na myśl książkę Frances Burnett. Gospodarze poinformowali nas, że tam, w gęstym buszu, urzędują sobie kiwi. Ponadto płynie strumyk, a wokół niego można zobaczyć tysiące świecących robaczków (larw muchówki) – po prostu magiczne miejsce.

Gospodarze pożyczyli nam latarki z czerwonym światłem, z którymi każdej nocy chodziliśmy na poszukiwanie ptaków kiwi. Tylko Ignac miał na tyle szczęścia, że wypatrzył jednego nielota zanim zniknął w  czeluściach nocy.

Jednego dnia wybraliśmy się do Waitangi, gdzie mogliśmy bliżej poznać historię Maorysów i ich burzliwej koegzystencji z Brytyjczykami, okupionej wieloma buntami i wojnami. Maorysi nigdy się nie poddali Brytyjczykom. Podpisali w 1840 roku traktat z Waitangi, który do dziś jest przedmiotem  sporów gdyż tłumaczenie na maoryski nie oddaje treści w języku angielskim. Zgodnie z porozumieniem, Maorysi mieli przyjąć zwierzchnictwo Korony Brytyjskiej, przy zachowaniu swoich ziem. Traktat lepiej funkcjonował na papierze niż w rzeczywistości i biali osadnicy nielegalnie wykupywali maoryskie ziemie, co stało się podstawą kolejnych wojen.

Obejrzeliśmy również widowisko taneczne ze słynną haką, gdzie nawet język miał za zadanie przestraszyć wroga.

Dla nas Maorysi mają w sobie coś zawadiackiego, jakąś taką dzikość. Odbieraliśmy ich jakby byli na przeciwnym biegunie niż Aborygeni, którzy (mimo braku przystosowania do świata białego człowieka i czasem rozbojów, których byliśmy świadkami 13 lat temu jeżdżąc przez 2 miesiące po Australii), mieli w oczach łagodność i ufność dziecka.

Może przez tę dzikość i waleczność kolonializm dotknął ich mniej dotkliwie niż Aborygenów?

Kolejnego dnia popłynęliśmy promem do pierwszej stolicy Nowej Zelandii- Russell, tam miłą przechadzką dostaliśmy się na szczyt Te Maiki, gdzie wódz Maoryski kilkakrotnie niszczył brytyjską flagę, już po traktacie z Waitangi. Zwiedziliśmy też najstarszy chrześcijański kościół w Nowej Zelandii. W drodze do portu widok złapanego przez wędkarzy rekina przypomniał nam, że nowozelandzkie wody są przepiękne, jednak pełne bohaterów „Szczęk”, z których nikt nie robi tu wielkiego halo.

Sylwestra spędziliśmy w Paihia. Naszykowaliśmy przekąski i napoje (nie alkoholowe gdyż są surowe kary i wszędzie znaki alkohol-free zone) nastawiając się na dłuższe świętowanie. Okazało się jednak, że Nowozelandczycy nie są takimi piromanami jak Polacy i po 5-minutowym pokazie fajerwerków nad zatoką gapie grzecznie zaczęli się rozchodzić do domów, pilnowali przez szwadrony policji.

Święta w Puhoi I 23-29.12.2024

Święta spędziliśmy na północ od Auckland na obrzeżach zabytkowej miejscowości Puhoi, gdzie ugościła nas znajoma Matylda, wraz ze swoim mężem Jankiem i dwiema córeczkami.

Był to czas spokoju, pieczenia pierniczków, gotowania, rozmów i szaleństw dzieci na trampolinie.

Cieszyliśmy się, że możemy poczuć się tak rodzinnie i ciepło będąc daleko od domu.

Nie mieliśmy dwunastu potraw wigilijnych, jednak śledź pod pierzynką Marcina i sałatka jarzynowa Matyldy przypomniały polskie smaki. Do tego pierogi z kapustą i grzybami oraz barszczyk z uszkami, a na deser makowiec, pleśniak w wykonaniu Marcina i masa pierniczków.

Dzieci szukały Mikołaja przelatującego nad nowozelandzkimi wzgórzami, aż tu nagle pod choinką znalazły się prezenty- radości nie było końca.

Późnym wieczorem, około 21:00 podjechaliśmy do centrum Puhoi na kolędowanie w maciupeńkim, przytulnym kościółku.

Dni świąteczne minęły nam błogo na obżarstwie z niewielką dozą ruchu. Poszliśmy we dwie rodziny na urokliwy spacer do Wenderholm Regional Park.

Dnia 26.12 chłopcy rozpoczęli 3 dniowy kurs surfowania (1,5h dziennie) w nieopodal położonej Orewa i szło im całkiem dobrze, chyba złapali bakcyla.

Ostatniego dnia Bartuś był jednak bardzo zmęczony (późno kładli się spać)- do tego stopnia, że zasnął na desce i go zdryfowało daleko od brzegu. Instruktor na niego gwizdał, ale bez skutku. Ja nieco przestraszona, że wpadnie we śnie do wody, poprosiłam by Marcin się przebrał i wskoczył do Bartka, jednak ubiegł go instruktor i obudził drzemiącego surfera.

Po takiej drzemeczce Bartuś mógł, już wypoczęty, świętować swoje 8 urodziny. Prezent ukryli piraci więc Bartek, Ignac oraz Kamelia z Aster szukali zagadek, które miały pomóc w odnalezieniu urodzinowej niespodzianki. Po owocnych poszukiwaniach na stół wjechała- zgodnie z życzeniem solenizanta – Pavlova oraz tort czekoladowy.

To był przepiękny dzień.

Relaks na Hot Water Beach w Coromandel I 21-23.12.2024

Aby odetchnąć świeżym powietrzem udaliśmy się na półwysep Coromandel, słynący między innymi z hot water beach- plaży, pod którą przepływają 2 źródła termalne i sprawiają, że spod piachu wydobywa się gorąca woda. Ludzie kopią sobie mini baseniki i w ten sposób mają własne spa, tylko mało intymne.

Nasi gospodarze wyposażyli mieszkanie w 2 duże łopaty więc radości chłopców nie było końca. Kopali i budowali dzielnie zamiast odpoczywać. Pod wieczór przypływ zalewa plażę i starannie zbudowane baseniki, następnego dnia spektakl powtarza się na nowo.

Na półwyspie są piękne plaże, przyjemna chłodna woda i podobno mało rekinów. Sielsko – anielsko.

Gejzery i źródła geotermalne – Rotorua i Orakei Korako I 18-21.12.2024

Orakei Korako to urokliwie położony park geotermalny, aby do niego dotrzeć należy przepłynąć małym stateczkiem przez rzekę Waikato. Podziwiać można tam kilka gejzerów, kolorowe tarasy krzemionkowe, gorące źródła oraz baseny błotne widoczne na filmiku: https://youtu.be/2jGIfb6YNDU. W parku znajduje się jedna z niewielu jaskiń geotermalnych– jaskinia Ruatapu. Jedynie zapach w tym miejscu nie należy do najpiękniejszych

Rotorua to geotermalna stolica Nowej Zelandii, choć na stronie Orakei Korako to Orakei dzierży palmę pierszeństwa. Miasto leży nad jeziorem o tej samej nazwie, które mieści się w kalderze wulkanu (jak jezioro Taupo). Jest tu największa populacja Maorysów w Nowej Zelandii.

W pobliżu atrakcji geotermalnych i gejzerów śmierdzi zgniłym jajem, fachowa nomenklatura to zdaje się siarkowodór. W wielu miejscach parują też ulice, płoty, a często w ogródkach można dojrzeć źródła termalne, w których Maorysi gotują potrawy. Są to dziury z wrzącą wodą, do której wstawiają jedzenie w lnianych torbach i po 15 minutach obiad gotowy. Ten sposób nazywany jest kuchnią hangi i pochodzi z Polinezji. Mieliśmy okazję skosztować takiej potrawy w Taupo i nas nie oczarowała.

Zwiedzając park geotermalny Waiotapu Thermal Wonderland, gdzie można podziwiać gejzer Lady Knox oraz gorące źródla i bulgoczące błota przekonaliśmy się, że chłopcy mają już dosyć tych pachnących atrakcji i nawet przepiękny koloryt Champagne pool czy odblaskowa zieleń krateru Karikitea nie zdołały ich do siebie przekonać.

Przymusiliśmy ich jeszcze do zwiedzenia wioski maoryskiej Ohinemutu, gdzie siarkowodór bił z każdej posesji i to by było na tyle.

Spodobał im się za to czwartkowy street market, gdzie spotkaliśmy się z triatlonistami Agą i Piotrkiem. Serwowano tam potrawy z różnych zakątków świata, głównie z Azji. Z kuchni maoryskiej był do wyboru jedynie morski ślimak, na którego akurat nikt z nas nie miał ochoty. Czwartkowy market jest ponoć preludium do świętowania początku weekendu. W piątki w pracy już się raczej odpoczywa.

W Rotoura zaliczyliśmy jeszcze ludges – naszym zdaniem lepsze niż w Queenstown. 5 różnych tras do zjechania, każda zajmująca od 3 do 5 min ciągłem, szybkiej jazdy. Rewelka.

W dzień naszego wyjazdu pod Rotoura odbywały się zawody triathlonowe i biegowe o ładnie brzmiącej nazwie Suffer – https://www.suffer.co.nz/. Zawody startowały o 7 rano do tego zapowiadali burze…. a więc się zapisałem na półmaraton. Trasa prowadziła przez las i po górkach – typowy trail. Padało cały czas. Mimo, że zawody były po paru dni świętowania po połówce Ironmana, udało mi się załapać w pierwszej dziesiątce. Przed 10 rano byłem z powrotem w domu i mogłem przywitać wstającą rodzinkę.