Daily Archives: 2024/12/04

Sydney – Najpiękniej położone miasto Australii, a może i świata I 7-10.11.2024

Z lotniska odebrał nas Michał, którego poznaliśmy zupełnym przypadkiem w naszej podróży 12 lat temu. Michał to globtroter, który między innymi przebył bez użycia silnika, siłami natury  Amerykę Południową, a rok temu także Australię. Wspierała go w tym projekcie żona Ewelina i syn Natan. Niesamowita rodzina podróżników – polacmy blog Michała: http://www.kozok.eu.

Po polskim śniadanku z rodziną Michała i odprowadzeniu Natana do szkoły, udaliśmy się komunikacją na najsłynniejszą i najbardziej obleganą miejską plażę w Sydney- Bondi Beach. Pogoda nie sprzyjała kąpielom więc mieliśmy całą plażę dla siebie. Chłopcy nie mogli sobie odmówić pluskania i zamków na plaży.

Przy Bondi znajduje się niesamowity odkryty basen ze słoną wodą czynny przez cały rok- Bondi Iceberg, założony w 1929 przez ratowników, którzy chcieli również zimą trenować formę. Australijską zimą, czyli w okolicach lipca, temperatura wody wynosi 16-20 stopni. Ocean przy dużych falach wręcz wlewa się do basenu, co robi niesamowite wrażenie. Aby stać się członkiem klubu Iceberg wprowadzono zasadę obowiązującą do dziś, stanowiącą, że pływacy muszą być obecni na basenie przez trzy niedziele z czterech przez 5 lat. Jeśli z pilnych powodów są nieobecni, mogą napisać oficjalne pismo usprawiedliwiające. Członkami mogli być tylko mężczyźni. Dopiero w 1995 roku do znamienitego klubu dopuszczono również kobiety. Z ciekawostek, od lat 30 klub organizuje w grudniu zawody Chicken Swim, w których wygrany dostawał faszerowanego kurczaka do zabrania na bożonarodzeniowy obiad. Aktualnie jest to wydarzenie rodzinne, a wygrany dostaje zabawkę w formie kurczaka. Basen przez lata został zmodernizowany, dodano kawiarnię, saunę i siłownię na poziomie wyżej.

Trzy czwarte z nas oddało się pluskaniu, tudzież treningowi, a jedna czwarta, której jet lag najbardziej dawał się we znaki, usnęła na płycie basenu. Następnie podążyliśmy wzdłuż wybrzeża trasą Cogee Walk. Z nabrzeża udało nam się wypatrzyć wieloryby w oceanie. W połowie trasy się rozpadało i wróciliśmy do naszych gospodarzy.

Kolejnego dnia, odświętnie ubrani, zaczęliśmy poranek od biegu na orientację w terenie, by ledwo zdążyć na wejście do Opery w Sydney. Mieliśmy bilety na koncert utworów Mozarta i Bacha pod batutą Australijki Simone Young. Dzieci były zachwycone koncertem w tak znamienitym entourage’u więc co chwilę dopytywały kiedy nastąpi koniec i będzie można pójść na lody.

Zdziwił nas ubiór publiczności; bardzo na luzie, niezbyt elegancki – może to wynika z szerokiej obecności turystów. Kolejna dziwna kwestia to wpuszczanie spóźnialskich między utworami, podczas braw- w Polsce dopuszczalne jedynie podczas antraktu.

Spacer deptakiem i prom na przedmieścia Sydney- do surferskiego raju o nazwie Manly pozwolił nam zobaczyć zatokę i emblematyczne budynki z perspektywy wody. Manly pachniało wakacjami i przypominało nam… Chałupy.

Kolejny dzień spędzamy na zabawach z Natanem w parku i na grze w planszówki.  Marcin zaliczył jeszcze trening na rowerze Michała.

Po nocy Ewelina podwozi nas na lotnisko- wzywa nas Uluru😊

Ruszamy w podróż z dziećmi I 5-7.11.2024

Po 12 latach znów jesteśmy w Australii. Tak wiele się zmieniło przez te 12 lat, my się zmieniliśmy. Wiele wspaniałych osób przybyło, a wiele ukochanych odeszło.

Zegar z każdym rokiem przyspiesza, dni i tygodnie zaczynają zbijać się w miesiące, a okres między jednym a drugim Bożym Narodzeniem wypełniają cykliczne aktywności; czy coś się wydarzyło rok czy dwa, a może trzy lata temu, trudno powiedzieć.

Czy to przez pojawienie się dzieci życie nabrało tempa? Czy to my jesteśmy tak zachłanni i chcemy zbyt dużo zbyt intensywnie? Czy po prostu to świat przyspieszył, albo optyka zmienia się w miarę starzenia?

Może uda nam się w tej podróży wyrwać szponom czasu i sprawić, by choć przez te kilka miesięcy zaczął wolniej albo po prostu inaczej płynąć?

Cel, który nam przyświeca to złapać te momenty bliskości z dziećmi. Dziećmi, które zbyt szybko rosną i nim się obejrzymy pójdą dalej własną drogą. Spędzimy wspólnie kilka miesięcy podróżując głównie po Australii, Nowej Zelandii, Filipinach, Tajlandii i paru jeszce innych krajach.

A że wybraliśmy koniec świata? Zawody Marcina w Nowej Zelandii z pewnością były dobrym pretekstem, a sama podróż akurat w tym momencie naszego życia jawiła się jako realna.

Będzie to pewnie trochę podróż sentymentalna dla nas, a może trochę odkrywcza, widziana oczami dzieci.

I tak wyruszyliśmy 5 listopada 2024 roku z Warszawy przez Stambuł do Kuala Lumpur. Specjalnie zostaliśmy tu kilka godzin by zobaczyć stolicę Malezji przed kolejnym lotem. Z lotniska podjechaliśmy pociągiem do centrum miasta. Gdy wysiedliśmy z pociągu, buchnęła w nas fala tropików. Upał i niemiłosierna wilgoć przyklejały ciuchy do ciała. Jeśli dodać do tego zmęczenie dzieci, które zamiast spać oglądały filmy w samolocie, to robią się wprost  idealne warunki na zwiedzanie miasta.

Wzbijając się na wyżyny cierpliwości i empatii podjechaliśmy taksówką pod wieże Petronas Towers- niegdyś najwyższą budowlę świata, aktualnie najwyższe na świecie bliźniacze wieże. W jednej z wież mieszczą się biura firmy Petronas- kolokwialna nazwa  Petroliam Nasional Berhad (malezyjskiego koncernu naftowego i gazowego), a druga wynajmuje swoje biura licznym firmom. Ponadto budynek mieści centrum handlowe, salę koncertową, galerie sztuki i sklepy.  Wieże były budowane w tym samym czasie przez 2 różnych wykonawców- Japończyków i Koreańczyków, by w ten sposób konkurowali ze sobą w szybkości budowy. Zmieścili się w przewidzianym czasie-sześciu latach.

Wieże zaprojektował dla rządu Malezji argentyński architekt César Pelli. Owczesny premier Mahathir miał wizję zbudowania niezwykłego budynku, z którego Malezyjczycy będą dumni i który będzie odzwierciedlał takie islamskie wartości jak jedność, harmonia czy stabilność. Dlatego chciał, by wieże widziane z góry opierały się na geometrycznych islamskich formach dwóch przecinających się kwadratów, tworzących ośmioramienną gwiazdę. Według architekta projekt tego typu nie wykorzystywał zbyt wiele przestrzeni, w związku z czym dodał jeszcze półokręgi między rogami gwiazd.

Na tyłach Petronas Towers mieści się urokliwy KCC Park, który miał na celu złagodzić szklaną dżunglę i wnieść nieco zieleni dla oka. W kafejce przy parku siadamy na lody pistacjowe, które dodają animuszu dzieciom.

Potem  podjeżdżamy zobaczyć Rzekę Życia- projekt rewitalizacyjny terenu u zbiegu dwóch rzek- Kelang i Gombak. Wieczorami rzeki są podświetlane i z najstarszym meczetem Malezji w tle, tworzą ponoć niesamowity obrazek. Dla nas za dnia jednak czystość wody wciąż pozostawia dużo do życzenia.

Zerknęliśmy na Plac Niepodległości (Dataran Merdeka) nawiązujący do kolonialnej przeszłości, gdy Malezja była częścią Imperium Brytyjskiego i wróciliśmy pociągiem na lotnisko, by dzieci ucięły sobie drzemkę.

Potem jeszcze tylko 9h lotu z międzylądowaniem na Bali, gdzie przez okno pomachaliśmy części rodziny urzędującej akurat w Indonezji i po 2 dniach wylądowaliśmy w kraju Down Under.