Monthly Archives: Luty 2025
Panglao, Bohol i Balicasag Island I 15-20.01.2025
Po sielsko anielskim pobycie na Daracotan Island przedostaliśmy się na lotnisko w El Nido, skąd polecieliśmy na wyspę Panglao.
Panglao otumaniło nas zgiełkiem i kakofonią.
Tu zauważyliśmy, że Filipińczycy to rozśpiewany naród, a prawie każdy kiosk, w którym w dzień sprzedawane są produkty pierwszej potrzeby jak jajka, mąka, chemia, papierosy na sztuki, wieczorem zamienia się w lokalny pub gdzie Filipińczycy (mniej lub bardziej utalentowani muzycznie) po pracy śpiewają karaoke. Odwagi dodają im sączone trunki. W knajpach też kelnerzy wciąż coś nucą pod nosem, tak samo w tuktukach.
Plaża Alona beach to skupisko straganów wszelkiej maści, dużo spokojniejsza jest Daracotan beach.
W Panglao przypadały 10 urodziny Ignaca. Byłam nieco niepocieszona brakiem piekarnika bo w planie było oczywiście ciasto czekoladowe i pavlova, jednak z pomocą przyszła patelnia.
Ignac zaczął swój urodzinowy dzień od trzywarstwowego kaiserschmarrna, przyozdobionego oreo i żelkami. To się nazywa dobry początek dnia.
Następnie podjechaliśmy tuktukiem na plażę Alona Beach by wyruszyć z centrum nurkowym na nurki i snorkeling do pobliskiej Balicasag Island. Marcin miał 2 nurkowania, a my 2 snorklowania. Wody okalające wyspę Balicasag to podwodny plac zabaw- raj dla dzieci. Ogromna widoczność, mnogość rybek i żółwi nas oszołomiła. Widzieliśmy ponad 10 żółwi, z którymi chłopcy się ganiali. Marcin widział 2 żółwie i 2 rekiny oraz barakudy, mureny i masę innych rybek. Obsługa statku i nurków przemiła.
Po południu mieliśmy czas na odpoczynek, po którym nastąpiło poszukiwanie skarbu po naszym ośrodku- skarb urodzinowy (komiks i książka) przyjechał z nami aż z Polski.
Wieczorem udaliśmy się na ucztę przy plaży. Ignac trochę się zdziwił zobaczywszy 6 Filipinek z obsługi restauracji tańczących, grających na tamburynie i śpiewających mu „Happy Birthday”, zachował jednak pokerową twarz do tej celebryckiej sceny. Wydaje się niemożliwe, że Ignac ma już 2 cyferki z przodu!
Bohol
Z Panglao zamówiliśmy auto z kierowcą na cały dzień i wyruszyliśmy na większą wyspę- Bohol, połączoną z Panglao mostem.
W drodze do naszej destynacji mijaliśmy wioskę naszego kierowcy, w której akurat trwały walki kogutów. Kierowca zaproponował nam zatrzymanie się na chwilę, co uczyniliśmy. Na filipińskiej wsi w niedzielę idzie się do kościoła, a po kościele można oddać się zakładom bukmacherskim i obstawić zwycięskiego koguta. Kogutom przyczepia się do nóg ostrza, by szybciej się poraniły. Ptaki są szkolone przez swoich właścicieli, jeśli jest to większy turniej to jeden właściciel wystawia 3 koguty. Standardowo walczy ze sobą kilkadziesiąt kogutów. W Hiszpanii corrida, na Filipinach koguty. Chleba i igrzysk, to się nie zmieniło przez stulecia. Po dziesięciu minutach uciekliśmy.
Zatrzymaliśmy się w rezerwacie wyraków- są to najmniejsze małpki świata, spotykane tylko w 4 miejscach (Borneo, Celebes, Sumatra, Filipiny). Mają wielkość pięści, są drapieżnikami, jedzą nawet małe ptaszki, a ich głowa obraca się o 180 stopni jak u sowy. W rezerwacie trzeba było zachować całkowitą ciszę gdyż są to zwierzęta nocne. Wszystkie wyraki spały poza jednym, któremu przewodnik robił kolejno zdjęcia biorąc telefony turystów.
Dalej wdrapaliśmy się na chocolate hills, które latem (marzec-czerwiec) przybierają brązową barwę. Przepiękne wzgórza, a w dole uprawy ryżu. Dzieci namówiły nas na przejażdżkę quadami więc jeszcze musieliśmy zaliczyć umorusanie błockiem.




















Palawan Island I 9-15.01.2025
El Nido
Z Manili mamy przelot do El Nido na wyspie Palawan. Z malutkiego lotniska tuktuk , którego każda część jest prowizorycznie zespawana, a mimo to jeździ, wiezie nas do hostelu. Ciekawe jest to że w różnych regionach/ wyspach Filipin mają różne rodzaje tuktuków – od tricykli na Palawanie, poprzez większe tuttuki w Manili czy Panglao aż po 10-cio osobowe busy napędzane tylko motocyklem na Cebu.
Czytamy, że Filipińczycy cierpią na cukrzycę gdyż słodzą dosłownie wszystko. Przekonujemy się o tym przy naszych hostelowych śniadaniach. Nawet sok z mango jest dosładzany. Poza tym ciężko dostać warzywa. Główne pożywienie to oczywiście ryż, do tego kurczak, sos sojowy i coś słodkiego 😊
W El Nido popłynęliśmy na główną atrakcję- Island hopping. W porcie stało mnóstwo łódek, które zabierały turystów na snorkeling i kajaki do licznych urokliwych zatoczek. Wsiedliśmy na naszą łajbę i po półgodzinnej walce załogi z niechcącym współpracować silnikiem, ruszyliśmy ku przygodzie.
Połowa naszych towarzyszy okazała się Polakami- jedna czteroosobowa rodzina mieszkająca w Australii oraz matka z córką.
Podczas snorklowania dzieci zobaczyły Nemo oraz inne, mniej przyjazne ryby, które z rozkoszą podgryzały nóżki. Kolejna wyspa, snorklowanie, zatoczka, lunch, potem kajaki.
Na koniec wycieczki, od słowa do słowa, dowiedzieliśmy się, że rodzina z Australii mieszka w Sydney. Zapytali nas jakich Polaków znamy w tym mieście. Powiedzieliśmy, że Michała z Eweliną oraz Piotrka z Teresą. Rodzina znała ich wszystkich (ach ta Polonia!), ale jakież było nasze zdziwienie, gdy Piotrek z Teresą okazali się najlepszymi przyjaciółmi nowo poznanej rodziny. Zaczęliśmy łączyć kropki i faktycznie wyszło, że Teresa z Piotrkiem, jak do nich przyjechaliśmy do Sydney powiedzieli, że nazywamy się jak ich najlepsi przyjaciele, a nasi synowie noszą to same imię. Jaki ten świat jest mały! Wśród morza łódek akurat trafiliśmy na tę z przyjaciółmi naszych gospodarzy z Australii!
Następnego dnia udało nam się umówić na kolację i piwo, było bardzo, bardzo miło, czuliśmy się jakbyśmy się już długo znali bo jedni i drudzy słyszeliśmy o sobie wcześniej😊
Nieopodal El Nido dzieci upodobały sobie plażę Vanilla Beach, gdzie były największe fale w jakich w życiu się pluskali.
W El Nido funkcjonuje wiele centrów nurkowych. Rafa koralowa i rozmaitość ryb jest urzekająca. Marcinowi udało się ponurkować na wszystkich wyspach na których byliśmy – Palawan, Panglao i Cebu. Piękne wrażenia.
Daracotan Island
Z El Nido kierowca przewiózł nas niecałe 30 km do portu, gdzie wsiedliśmy w małą łupinkę i pokonując ogromne fale, moczące nas i nasz dobytek, ruszyliśmy ku wysepce Daracotan. Dzieci bawiły się przednio, tak jak ich ojciec, a matka w tym czasie liczyła zdrowaśki.
Dopłynęliśmy szczęśliwie. Przez kolejne trzy dni dzieci były Robinsonami Crusoe i poza naturą i sobą nie miały nic innego do roboty. Słodkie far niente. W takim miejscu o homeschoolingu mowy oczywiście nie było. Kąpiel pod prysznicem różniła się od kąpieli w morzu tylko odrobinę mniejszym stężeniem soli w wodzie.
Na wyspie funkcjonują jedynie 3 ośrodki. Nasza osada 13 domków prowadzona była przez Włocha i jego żonę Filipinkę i za każdym razem z niecierpliwością czekaliśmy co dziś kucharz zaserwuje. Musimy dodać, że jak dotąd kuchnia filipińska nas nie urzekła, często jest przesolona bądź przesłodzona i dość tłusta.
Poza pływaniem wybraliśmy się na poszukiwanie waranów urzędujących nieopodal na cyplu.
Opuszczaliśmy wyspę nieco pogryzieni przez jakieś żyjątka gdyż od wszelkich stworzeń dzieliła nas nocą tylko moskitiera, niezbyt szczelnie okalająca łóżko. Było pięknie.

















Witamy w Azji, Manila I 8-9.01.2025
Pierwszy dzień był szokiem dla dzieci gdyż do tej pory podróżowały głównie po bogatszych krajach. Tymczasem bieda w Manili wstrząsa człowiekiem od razu po opuszczeniu lotniska. My poczuliśmy się jak niegdyś w New Delhi, z tą różnicą, że w Delhi było jeszcze więcej bezdomnych i żebrzących osób.
Straszne dla duszy jest patrzenie na nierówności społeczne naszego świata. Mimo odwiedzenia większości krajów Azji Południowo-Wschodniej, przypływ smutku musiał u płci pięknej, czyli jednej czwartej z nas, mieć ujście w morzu łez. Po takim katharsis następnego dnia ruszyliśmy zwiedzać stolicę Filipin.
Najładniejsza część to starówka Intramuros, przypominająca, że przez 300 lat rządzili tu Hiszpanie. Pozostawili po sobie nie tylko wiele nazw ulic i placów, ale także mnóstwo imion i nazwisk. Również w języku filipińskim można doszukać się naleciałości z języka hiszpańskiego, m.in. w liczbach.
Ewidentnie budziliśmy sensację. Uśmiechali się do nas wszyscy i machali nam już z daleka. Nawet policja konna przybyła kłusem nas pozdrowić. Uznaliśmy, że żywią do nas takie ciepłe uczucia z uwagi na chłopców; Filipińczycy są bardzo rodzinni, wierzący i wręcz ubóstwiają dzieci. Później przekonaliśmy się, że nawet idąc bez dzieci wszyscy są dla nas bezinteresownie mili.
Pierwsza jazda tuktukiem kilkaset metrów pod prąd (bo tak szybciej było zrobić nawrotkę) dała dzieciom przedsmak jazdy bez trzymanki, niemożliwej na starym kontynencie. Adrenalina trzymała nas przez resztę podroży po pięknych Filipinach.










Auckland i pożegnanie Nowej Zelandii – I 6 – 7.01.2025
Największe miasto Nowej Zelandii oraz przez ponad 20 lat stolica, zdetronizowana przez Wellington z uwagi na bliższy dojazd z wyspy południowej, to tygiel kultur i mnogość łódek. Mówi się, że co trzeci mieszkaniec Auckland ma własną łódź.
W Auckland uczestniczyliśmy we wspaniałych, kilkugodzinnych warsztatach o nazwie Workshop Unleashed, gdzie mogliśmy poznać tajniki tworzenia filmów fantasy, science fiction i horroru. Przyglądaliśmy się wszystkim etapom produkcji obrazów oraz poznawaliśmy sztuczki z perspektywą oraz oglądaliśmy etapy makiet, które niegdyś były podstawą niesamowitych scenerii. Chłopcy byli zachwyceni, my również.
Wspięliśmy się także na Mount Eden, malownicze wzgórze, a właściwie stożek wulkaniczny, gdzie niegdyś Maorysi mieli swój gród obronny, z licznymi ogrodami i tarasami. Krater uważany jest za miejsce święte. Stąd rozciąga się niesamowita panorama na Auckland.
Jeszcze tylko wysyłka jednej torby z pamiątkami i rzeczami z zawodów do Polski i powoli żegnamy Nową Zelandię, która nas zauroczyła.
Słyszeliśmy recenzję, że Nowa Zelandia jest jak większa Irlandia z lepszą pogodą, ale zupełnie nie. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów; od surowych, górzystych na wyspie południowej -niesamowicie kontrastujących z tropikalną roślinnością, przez gejzery, bulgoczące błota i wulkany, po pagórki rodem z Hobbita oraz piękne piaszczyste plaże na północy.
Rozkochaliśmy się w podróżowaniu camperem, który daje niesamowitą wolność, ale musimy przyznać, że Nowa Zelandia ma całą infrastrukturę do takich wojaży, szczególnie wyspa południowa. Wydawało nam się nawet, że jest więcej camperów niż samochodów osobowych. Powszechnie dostępna woda pitna (zjawisko obecne również w Australii) także ułatwia podróżowanie.
Wszechobecne fish and chips trafiają w gusta dzieci, w dużych miastach z uwagi na mieszankę kulturową można dostać wszystkie kuchnie świata. Na stołach Nowozelandczyków często goszczą steki z jagnięciny, pieczone ziemniaki, dynia i pasternak. Na deser oczywiście pavlova (trwa spór czy to Australia czy Nowa Zelandia wymyśliła ten deser na cześć rosyjskiej primabaleriny). Istnieje nawet przysłowie: „nie znajdziesz dobrego męża jeśli nie umiesz upiec dobrej pavlowej”.
Nowa Zelandia to wyspa ptaków i fok, inne zwierzęta to te sprowadzone przez kolonizatorów. Plagą stały się tu króliki i oposy (jak w Australii) oraz jeleniowate, sprowadzone dla sportu. Te ostatnie zaczęły dewastować busz. Polowania są powszechne, widzieliśmy masę ogromnych sklepów dedykowanym polowaniom i rybołówstwu. Ponadto mijaliśmy mnóstwo farm z „bambikami” szykowanymi na steki… Rękawiczki ze skóry oposów są wykorzystywane szczególnie w żeglarstwie i golfie; zyskały sławę bardzo odpornych- tak odpornych jak same oposy, uważane powszechnie za szkodniki.
Jeszcze ważna kwestia przy dzieciach; w przeciwieństwie do sąsiadującej Australii- nie ma tu tych wszystkich pająków, krokodyli i węży więc można na spokojnie puścić dzieci do buszu na budowanie szałasu bez dreszczyku emocji. Jedyne co nam się nie podobało to pływające blisko brzegu rekiny. Co z tego, że tubylcy nic sobie z nich nie robią i twierdzą, że są niegroźne- my jesteśmy z Polski i nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnych kąpieli.
Opuszczamy Nową Zelandię i lecimy do innego świata- Azja czeka. Co ciekawe stąd na Filipiny leci się tak samo długo jak z Polski do Tajlandii. NZ to jednak koniec świata 🙂









