Category Archives: Nowa Zelandia

Auckland i pożegnanie Nowej Zelandii – I 6 – 7.01.2025

Największe miasto Nowej Zelandii oraz przez ponad 20 lat stolica, zdetronizowana przez Wellington z uwagi na bliższy dojazd z wyspy południowej, to tygiel kultur i mnogość łódek. Mówi się, że co trzeci mieszkaniec Auckland ma własną łódź.

W Auckland uczestniczyliśmy we wspaniałych, kilkugodzinnych warsztatach o nazwie Workshop Unleashed, gdzie mogliśmy poznać tajniki tworzenia filmów fantasy, science fiction i horroru. Przyglądaliśmy się wszystkim etapom produkcji obrazów oraz poznawaliśmy sztuczki z perspektywą oraz oglądaliśmy etapy makiet, które niegdyś były podstawą niesamowitych scenerii. Chłopcy byli zachwyceni, my również.

Wspięliśmy się także na Mount Eden, malownicze wzgórze, a właściwie stożek wulkaniczny,  gdzie niegdyś Maorysi mieli swój gród obronny, z licznymi ogrodami i tarasami. Krater uważany jest za miejsce święte. Stąd rozciąga się niesamowita panorama na Auckland.

Jeszcze tylko wysyłka jednej torby z pamiątkami i rzeczami z zawodów do Polski i powoli żegnamy Nową Zelandię, która nas zauroczyła.

Słyszeliśmy recenzję, że Nowa Zelandia jest jak większa Irlandia z lepszą pogodą, ale zupełnie nie. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów; od surowych, górzystych na wyspie południowej -niesamowicie kontrastujących z tropikalną roślinnością, przez gejzery, bulgoczące błota i wulkany, po pagórki rodem z Hobbita oraz piękne piaszczyste plaże na północy.

Rozkochaliśmy się w podróżowaniu camperem, który daje niesamowitą wolność, ale musimy przyznać, że Nowa Zelandia ma całą infrastrukturę do takich wojaży, szczególnie wyspa południowa. Wydawało nam się nawet, że jest więcej camperów niż samochodów osobowych. Powszechnie dostępna woda pitna (zjawisko obecne również w Australii) także ułatwia podróżowanie. 

Wszechobecne fish and chips trafiają w gusta dzieci, w dużych miastach z uwagi na mieszankę kulturową można dostać wszystkie kuchnie świata. Na stołach Nowozelandczyków często goszczą steki z jagnięciny, pieczone ziemniaki, dynia i pasternak. Na deser oczywiście pavlova (trwa spór czy to Australia czy Nowa Zelandia wymyśliła ten deser na cześć rosyjskiej primabaleriny). Istnieje nawet przysłowie: „nie znajdziesz dobrego męża jeśli nie umiesz upiec dobrej pavlowej”.

Nowa Zelandia to wyspa ptaków i fok, inne zwierzęta to te sprowadzone przez kolonizatorów. Plagą stały się tu króliki i oposy (jak w Australii) oraz jeleniowate, sprowadzone dla sportu. Te ostatnie zaczęły dewastować busz. Polowania są powszechne, widzieliśmy masę ogromnych sklepów dedykowanym polowaniom i rybołówstwu. Ponadto mijaliśmy mnóstwo farm z „bambikami” szykowanymi na steki… Rękawiczki ze skóry oposów są wykorzystywane szczególnie w żeglarstwie i golfie; zyskały sławę bardzo odpornych- tak odpornych jak same oposy, uważane powszechnie za szkodniki.

Jeszcze ważna kwestia przy dzieciach; w przeciwieństwie do sąsiadującej Australii- nie ma tu tych wszystkich pająków, krokodyli i węży więc można na spokojnie puścić dzieci do buszu na budowanie szałasu bez dreszczyku emocji. Jedyne co nam się nie podobało to pływające blisko brzegu rekiny. Co z tego, że tubylcy nic sobie z nich nie robią i twierdzą, że są niegroźne- my jesteśmy z Polski i nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnych kąpieli.

Opuszczamy Nową Zelandię i lecimy do innego świata- Azja czeka. Co ciekawe stąd na Filipiny leci się tak samo długo jak z Polski do Tajlandii. NZ to jednak koniec świata 🙂

Hobbiton – I 6.01.2025

Przed odwiedzeniem Hobbitonu pokazaliśmy dzieciom kilka scen z Władcy Pierścieni- tych mniej brutalnych, bez Orków i innych straszydeł.

Pobyt w Hobbitonie znacznie przerósł nasze oczekiwania.

Okazuje się, że ekipa Petera Jacksona poszukując idealnego miejsca na Shire latała helikopterem nad pastwiskami Nowej Zelandii. Gdy wypatrzono z maszyny urokliwe pagórki, ze starodrzewem i malowniczą groblą, postanowiono wylądować. Okazało się, że teren należy do farmera Aleksandra. Kilka miesięcy trwały negocjacje z właścicielem farmy, aż w końcu ekipa filmowa zaczęła zamieniać pola z owieczkami i bydłem na Shire. Zrobiono 39 domków Hobbitów (tylko atrapy, bez możliwości wejścia do środka), a wszystkie sceny wewnątrz były kręcone w studio filmowym w stolicy.

Ciekawostką jest, że do budowy 1,5 km drogi dojazdowej zaangażowano nowozelandzkie wojsko, argumentując, że filmy Jacksona to dobro narodowe. Później w wielu scenach orków grali żołnierze nowozelandzcy, niektórzy tak się wczuwali w rolę, że połamali sobie kończyny.

Najpierw nakręcono tu Władcę Pierścieni, nagrania trwały 3 miesiące. Po zakończeniu zdjęć zdemontowano wszystkie chatki Hobbitów.

Gdy po kilku latach Peter Jackson postanowił nakręcić Hobbita i ponownie zainstalować Hobbicie chatki, farmer powiedział, że ok, ale tym razem prosi o nie demontowanie chatek gdyż bez nich jest smutno i pusto😉.  Znowu zaczęły się negocjacje, w których ustalono, że farmer i firma Petera Jacksona po skończeniu zdjęć zostawi nietknięty Hobbiton i będzie wspólnie czerpać z niego korzyści. Tak jest do dziś i instalacja przynosi ogromne pieniądze goszcząc rocznie ponad pół miliona turystów.

W Hobbitonie można zrobić wesele, organizowane są urodziny Frodo, maratony i mnóstwo innych eventów, na które należy się zapisać z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.

Do domków ogólnie nie da się wejść, istnieją jedynie dwa domki pokazowe oraz karczma Green Dragon Inn, w której na koniec częstowano nas piwem z lokalnego browaru (dla dzieci wersja imbirowa).

W Hobbitonie czuliśmy się jak w filmie, było baśniowo i nie chcieliśmy by ta przygoda się skończyła.

Niespokojna północ I 3 – 5.01.2025

Naszym ostatnim celem na wyspie północnej było Cape Reigna.

I tu, na górze wyspy Północnej, spotkało nas kilka nieprzyjemności.

Tak naprawdę już od wysokości Rotorua przykuła naszą uwagę mnogość znaków przestrzegających  przed zostawianiem czegokolwiek w aucie na widoku.

Jadąc z Puhoi do Bay of Islands, na jednej stacji benzynowej zaczepił nas niezbyt przyjaźnie wyglądający facet prosząc o pieniądze gdyż nie posiadał ponoć środków na benzynę, a musiał zawieźć żonę w ciąży do szpitala. Zerknęliśmy, że żona w ciąży wygląda identycznie jak pani z listy wywieszonej na stacji: „tych osób nie wpuszczamy”. Daliśmy kilka groszy by nas zostawił w spokoju.

Z kolei jadąc z Taipo na Cape Reigna jakiś szaleniec zaczął nas wyprzedzać i cisnąć po heblach, potem darł się w niebogłosy byśmy zjechali. Na chwilę zwolniliśmy by usłyszeć jak klnie, że to my zajechaliśmy mu drogę (co było dalekie od prawdy). Trzykrotnie nas wyprzedzał i próbował zmusić do zjechania na bok, prawie powodując wypadek. Jego wygląd budził wiele podejrzeń więc ostatnią rzeczą jaką byśmy zrobili było zatrzymanie się. Oglądałem kiedyś filmiki „road rage” – no to mieliśmy to na żywo.

Musimy dodać, że jest tylko jedna droga prowadząca na samą północ Nowej Zelandii, do Cape Reigna, która była opustoszała, a mijane senne miasteczka gdzie hulał wiatr, nie dawały gwarancji bezpieczeństwa.

Zrobiliśmy zdjęcia rejestracji oraz nagranie i zadzwoniliśmy na policję. Przeprowadzono z nami telefoniczny wywiad, wszystko trwało dość długo, a przez 20 km wariat siedział nam na ogonie, co jakiś czas trąbił czy też próbował wyprzedzać. Zlokalizowano nas i obiecano wezwać patrol. Gdy zawyła syrena wozu policyjnego (nie jesteśmy pewni czy to był ten nasz patrol czy jakaś inna policja), wariat zrezygnował z dalszej pogoni i zawrócił. Następnego dnia dzwoniliśmy na policję by się dowiedzieć czy z nim rozmawiano; przekazano nam jedynie, że zlokalizowano właściciela samochodu i podjęto z nim kontakt telefoniczny.

Zdaje nam się, że tu, na końcu świata, czuć nieco oddech byłych poszukiwaczy złota, może kryminalistów i akurat w tej części kraju nie czuliśmy się zbyt komfortowo, szczególnie, że podróżowaliśmy z dziećmi.

Cape Reinga

Dla nas koniec świata, koniec Nowej Zelandii, choć de facto to Surville Cliffs są jej najbardziej na północ wysuniętym lądowym punktem (nie licząc wyspy Nugent Island).

Tu, przy latarni morskiej (sterowanej zdalnie z oddalonej o 1000km stolicy), można zauważyć jak morze Tasmańskie spotyka się z Oceanem Spokojnym. Gołym okiem widać różne kolory wody, a przy sztormie granicę akwenów wyznaczają wysokie fale.

Miejsce to jest szczególnie ważne dla Maorysów, gdyż zgodnie z ich wierzeniami, to tutaj dusze zmarłych kończą ludzką wędrówkę, schodzą do podziemnego świata (reinga) ześlizgując się po korzeniach drzewa pohutukawa i dalej udają się do mitycznej krainy Hawaiki.

Pomyśleliśmy o wszystkich dobrych duszach, które znaliśmy i odprowadziliśmy je mentalnie do innego świata/wymiaru. Cape Reinga ma w sobie magię.

Kończąc przygodę na północy podjechaliśmy jeszcze do chrześcijańskiego domu pomocy społecznej, gdzie chłopcy oddali swoje bożonarodzeniowe prezenty dla biednych rodzin z Northland.

Bay of Islands: Kerikeri, Waitanga, Sylwester I 29.12.2024 – 3.01.2025

Pożegnaliśmy naszych gospodarzy dziękując im za tak smakowitą gościnę i ruszyliśmy w górę wyspy Północnej do zatoki wysp, czyli Bay of Islands.

Zamieszkaliśmy w urokliwym Kerikeri, gdzie naszymi gospodarzami byli emerytowany Nowozelandczyk oraz Angielka, która opuściła ojczyznę w pogoni za swoimi dziećmi, osiedlonymi na Antypodach.  

Z kolei Nowozelandczycy emigrują w poszukiwaniu lepszego życia przede wszystkim do pobliskiej Australii oraz Stanów czy Kanady. Wielokrotnie słyszeliśmy, że po latach „overseas experience”  Kiwi wracają do ojcowizny.

Ogród naszych gospodarzy rozpościerał się na kilku hektarach i był tak dopieszczony, że byliśmy pewni, że to zasługa profesjonalnego ogrodnika. Ogrodnikiem okazał się być sam właściciel. Na końcu ogrodu prowadziła wąska ścieżka do jego dzikiej części, miejsca, które przywodziło na myśl książkę Frances Burnett. Gospodarze poinformowali nas, że tam, w gęstym buszu, urzędują sobie kiwi. Ponadto płynie strumyk, a wokół niego można zobaczyć tysiące świecących robaczków (larw muchówki) – po prostu magiczne miejsce.

Gospodarze pożyczyli nam latarki z czerwonym światłem, z którymi każdej nocy chodziliśmy na poszukiwanie ptaków kiwi. Tylko Ignac miał na tyle szczęścia, że wypatrzył jednego nielota zanim zniknął w  czeluściach nocy.

Jednego dnia wybraliśmy się do Waitangi, gdzie mogliśmy bliżej poznać historię Maorysów i ich burzliwej koegzystencji z Brytyjczykami, okupionej wieloma buntami i wojnami. Maorysi nigdy się nie poddali Brytyjczykom. Podpisali w 1840 roku traktat z Waitangi, który do dziś jest przedmiotem  sporów gdyż tłumaczenie na maoryski nie oddaje treści w języku angielskim. Zgodnie z porozumieniem, Maorysi mieli przyjąć zwierzchnictwo Korony Brytyjskiej, przy zachowaniu swoich ziem. Traktat lepiej funkcjonował na papierze niż w rzeczywistości i biali osadnicy nielegalnie wykupywali maoryskie ziemie, co stało się podstawą kolejnych wojen.

Obejrzeliśmy również widowisko taneczne ze słynną haką, gdzie nawet język miał za zadanie przestraszyć wroga.

Dla nas Maorysi mają w sobie coś zawadiackiego, jakąś taką dzikość. Odbieraliśmy ich jakby byli na przeciwnym biegunie niż Aborygeni, którzy (mimo braku przystosowania do świata białego człowieka i czasem rozbojów, których byliśmy świadkami 13 lat temu jeżdżąc przez 2 miesiące po Australii), mieli w oczach łagodność i ufność dziecka.

Może przez tę dzikość i waleczność kolonializm dotknął ich mniej dotkliwie niż Aborygenów?

Kolejnego dnia popłynęliśmy promem do pierwszej stolicy Nowej Zelandii- Russell, tam miłą przechadzką dostaliśmy się na szczyt Te Maiki, gdzie wódz Maoryski kilkakrotnie niszczył brytyjską flagę, już po traktacie z Waitangi. Zwiedziliśmy też najstarszy chrześcijański kościół w Nowej Zelandii. W drodze do portu widok złapanego przez wędkarzy rekina przypomniał nam, że nowozelandzkie wody są przepiękne, jednak pełne bohaterów „Szczęk”, z których nikt nie robi tu wielkiego halo.

Sylwestra spędziliśmy w Paihia. Naszykowaliśmy przekąski i napoje (nie alkoholowe gdyż są surowe kary i wszędzie znaki alkohol-free zone) nastawiając się na dłuższe świętowanie. Okazało się jednak, że Nowozelandczycy nie są takimi piromanami jak Polacy i po 5-minutowym pokazie fajerwerków nad zatoką gapie grzecznie zaczęli się rozchodzić do domów, pilnowali przez szwadrony policji.

Święta w Puhoi I 23-29.12.2024

Święta spędziliśmy na północ od Auckland na obrzeżach zabytkowej miejscowości Puhoi, gdzie ugościła nas znajoma Matylda, wraz ze swoim mężem Jankiem i dwiema córeczkami.

Był to czas spokoju, pieczenia pierniczków, gotowania, rozmów i szaleństw dzieci na trampolinie.

Cieszyliśmy się, że możemy poczuć się tak rodzinnie i ciepło będąc daleko od domu.

Nie mieliśmy dwunastu potraw wigilijnych, jednak śledź pod pierzynką Marcina i sałatka jarzynowa Matyldy przypomniały polskie smaki. Do tego pierogi z kapustą i grzybami oraz barszczyk z uszkami, a na deser makowiec, pleśniak w wykonaniu Marcina i masa pierniczków.

Dzieci szukały Mikołaja przelatującego nad nowozelandzkimi wzgórzami, aż tu nagle pod choinką znalazły się prezenty- radości nie było końca.

Późnym wieczorem, około 21:00 podjechaliśmy do centrum Puhoi na kolędowanie w maciupeńkim, przytulnym kościółku.

Dni świąteczne minęły nam błogo na obżarstwie z niewielką dozą ruchu. Poszliśmy we dwie rodziny na urokliwy spacer do Wenderholm Regional Park.

Dnia 26.12 chłopcy rozpoczęli 3 dniowy kurs surfowania (1,5h dziennie) w nieopodal położonej Orewa i szło im całkiem dobrze, chyba złapali bakcyla.

Ostatniego dnia Bartuś był jednak bardzo zmęczony (późno kładli się spać)- do tego stopnia, że zasnął na desce i go zdryfowało daleko od brzegu. Instruktor na niego gwizdał, ale bez skutku. Ja nieco przestraszona, że wpadnie we śnie do wody, poprosiłam by Marcin się przebrał i wskoczył do Bartka, jednak ubiegł go instruktor i obudził drzemiącego surfera.

Po takiej drzemeczce Bartuś mógł, już wypoczęty, świętować swoje 8 urodziny. Prezent ukryli piraci więc Bartek, Ignac oraz Kamelia z Aster szukali zagadek, które miały pomóc w odnalezieniu urodzinowej niespodzianki. Po owocnych poszukiwaniach na stół wjechała- zgodnie z życzeniem solenizanta – Pavlova oraz tort czekoladowy.

To był przepiękny dzień.

Relaks na Hot Water Beach w Coromandel I 21-23.12.2024

Aby odetchnąć świeżym powietrzem udaliśmy się na półwysep Coromandel, słynący między innymi z hot water beach- plaży, pod którą przepływają 2 źródła termalne i sprawiają, że spod piachu wydobywa się gorąca woda. Ludzie kopią sobie mini baseniki i w ten sposób mają własne spa, tylko mało intymne.

Nasi gospodarze wyposażyli mieszkanie w 2 duże łopaty więc radości chłopców nie było końca. Kopali i budowali dzielnie zamiast odpoczywać. Pod wieczór przypływ zalewa plażę i starannie zbudowane baseniki, następnego dnia spektakl powtarza się na nowo.

Na półwyspie są piękne plaże, przyjemna chłodna woda i podobno mało rekinów. Sielsko – anielsko.

Gejzery i źródła geotermalne – Rotorua i Orakei Korako I 18-21.12.2024

Orakei Korako to urokliwie położony park geotermalny, aby do niego dotrzeć należy przepłynąć małym stateczkiem przez rzekę Waikato. Podziwiać można tam kilka gejzerów, kolorowe tarasy krzemionkowe, gorące źródła oraz baseny błotne widoczne na filmiku: https://youtu.be/2jGIfb6YNDU. W parku znajduje się jedna z niewielu jaskiń geotermalnych– jaskinia Ruatapu. Jedynie zapach w tym miejscu nie należy do najpiękniejszych

Rotorua to geotermalna stolica Nowej Zelandii, choć na stronie Orakei Korako to Orakei dzierży palmę pierszeństwa. Miasto leży nad jeziorem o tej samej nazwie, które mieści się w kalderze wulkanu (jak jezioro Taupo). Jest tu największa populacja Maorysów w Nowej Zelandii.

W pobliżu atrakcji geotermalnych i gejzerów śmierdzi zgniłym jajem, fachowa nomenklatura to zdaje się siarkowodór. W wielu miejscach parują też ulice, płoty, a często w ogródkach można dojrzeć źródła termalne, w których Maorysi gotują potrawy. Są to dziury z wrzącą wodą, do której wstawiają jedzenie w lnianych torbach i po 15 minutach obiad gotowy. Ten sposób nazywany jest kuchnią hangi i pochodzi z Polinezji. Mieliśmy okazję skosztować takiej potrawy w Taupo i nas nie oczarowała.

Zwiedzając park geotermalny Waiotapu Thermal Wonderland, gdzie można podziwiać gejzer Lady Knox oraz gorące źródla i bulgoczące błota przekonaliśmy się, że chłopcy mają już dosyć tych pachnących atrakcji i nawet przepiękny koloryt Champagne pool czy odblaskowa zieleń krateru Karikitea nie zdołały ich do siebie przekonać.

Przymusiliśmy ich jeszcze do zwiedzenia wioski maoryskiej Ohinemutu, gdzie siarkowodór bił z każdej posesji i to by było na tyle.

Spodobał im się za to czwartkowy street market, gdzie spotkaliśmy się z triatlonistami Agą i Piotrkiem. Serwowano tam potrawy z różnych zakątków świata, głównie z Azji. Z kuchni maoryskiej był do wyboru jedynie morski ślimak, na którego akurat nikt z nas nie miał ochoty. Czwartkowy market jest ponoć preludium do świętowania początku weekendu. W piątki w pracy już się raczej odpoczywa.

W Rotoura zaliczyliśmy jeszcze ludges – naszym zdaniem lepsze niż w Queenstown. 5 różnych tras do zjechania, każda zajmująca od 3 do 5 min ciągłem, szybkiej jazdy. Rewelka.

W dzień naszego wyjazdu pod Rotoura odbywały się zawody triathlonowe i biegowe o ładnie brzmiącej nazwie Suffer – https://www.suffer.co.nz/. Zawody startowały o 7 rano do tego zapowiadali burze…. a więc się zapisałem na półmaraton. Trasa prowadziła przez las i po górkach – typowy trail. Padało cały czas. Mimo, że zawody były po paru dni świętowania po połówce Ironmana, udało mi się załapać w pierwszej dziesiątce. Przed 10 rano byłem z powrotem w domu i mogłem przywitać wstającą rodzinkę.

Tongariro i Glowworms I 16-18.12.2024

Tongariro to najstarszy park narodowy w Nowej Zelandii, a trekking Tongariro  Alpine Crossing figuruje wysoko na liście miłośników natury. Trasa ta jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie.

Przygotowaliśmy się solidnie na tę trasę, łącznie z rozmową motywacyjną wygłoszoną dzieciom, które miały przejść 20 km po trudnym, górzystym terenie. Jednak zbyt mocny wiatr pokrzyżował nam plany. Firma transportowa odwołała nam podwózkę na początek trasy. Trasa została „zamknieta” – a dokładnie z uwagi na wiatr sięgający 90 km/h odradzono wyjścia na wszelkie odkryte szlaki przez najbliższe kilka dni.

Z bolącym sercem zrobiliśmy zamiast Alpine Crossing 12-kilometrowy trekking Tama Lakes- przed końcem zawróciliśmy gdyż szła ulewa. Nawet na tym trekkingu wiało niemiłosiernie i prawie nam zwiało dzieci.

W parku Tongariro kręcono wiele scen do „Władcy Pierścieni” jak i „Hobbita”, między innymi sceny z Mordoru.

Podjechaliśmy  na Mount Ruapehu – jeden z najaktywniejszych wulkanów na Ziemi, który wybuchał w 1861, 1895, 1903, 1945, 1969, 1971, 1975, 1988, 1995, 1996, 1997 i ostatnio w 2007 roku. W kraterze wulkanu znajduje się jezioro, które stale paruje i stąd nazwa maoryska tłumaczona jako „wybuchające jezioro”.  Zdziwiło nas, że na tym aktywnym wulkanie znajduje się ośrodek narciarski. Góra Ruapehu odegrała rolę samotnej góry w Hobbicie.

Pod wieczór dzieci wypatrzyły mini golfa przy pobliskim pubie więc zakończyły dzień jedną rozegraniem jednej partyjki.

Glowworms – Waitomo cave

Jaskinie ze świecącymi punkcikami, można zobaczyć tylko w Australii, Nowej Zelandii i ponoć w Ameryce Północnej więc nie mogliśmy ominąć tej atrakcji. Wybraliśmy najsłynniejsze miejsce w Nowej Zelandii do podglądania larw muchówki. Larwy te wystawiają taką długą lepiącą nitkę niczym pająk i aby zachęcić ofiarę do zbliżenia się, emitują niebieskie światło. Małe owady lecą do światła i łapią się w pułapkę z lepiącego sznurka.

Nasza wycieczka rozpoczęła się od zwiedzania piechotą jaskini; podziwiania stalaktytów, stalagmitów i kolumn oraz sprawdzania akustyki głównej komnaty poprzez chóralne śpiewanie „Jingle Bells” (święta za pasem). Następnie wsiedliśmy na pokład małej łódeczki i w całkowitej ciemności i ciszy podziwialiśmy tysiące niebieskich światełek nad naszymi głowami, które przypominałyby rozgwieżdżone niebo gdyby nie świadomość, że nad nami jest tysiące lepkich „języków” larw. Przeżycie jest niesamowite i aż żal, że nie można go uwiecznić krótkim video.

Taupo i sportowe emocje Ironman 70.3 I 11-16.12.2024

W końcu dotarliśmy do Taupo, czyli do miejsca, przez które w ogóle znaleźliśmy się w Nowej Zelandii.

Gdy rok temu Marcin dostał kwalifikację na Mistrzostwa Świata połówki Ironmana w Nowej Zelandii, pomysł ten wydawał się bardzo odległy. Dzieci od razu zapowiedziały, że lecą z tatą i nie było odwrotu- Marcin nie mógł polecieć tu sam (jak wcześniej na Mistrzostwa Świata w Lahti).

Już w drodze do Taupo spotykaliśmy rzesze atletów rozpoznawalnych przez akcesoria Ironmana czy przymocowany do auta rower. Marcin roweru nie miał, wymagałoby to od nas wyższej logistyki. Zlitowała się koleżanka Marcina- Agnieszka i zgodziła, by po jej zawodach kobiet, następnego dnia Marcin pożyczył od niej rower na swoje zawody. Nieco za mały na Marcina, ale i tak nie zamierzał ścigać się z prosami.

Wydarzenia towarzyszące mistrzostwom to biegi dzieci- chłopcom świetnie poszło (Iggi 800m, Bartek 500m); Ignac przybiegł drugi – niestety był zawiedziony brakiem podium. Dla rodzin przewidziano jeszcze Fun Run na 5 km, w którym wystartowała Ola klnąc pod nosem, ze musi zacząć ćwiczyć by nie wyzionąć ducha na tak krótkich dystansach..

Do Taupo przyjechało ponad 5000 sportowców z całego świata, a Polaków było ok 100, dzięki czemu byliśmy aż 10tą siła zawodów pod względem liczebności!

W dniu zawodów żona Marcina miała nadzieję, że nie będzie mocno wiało  gdyż jezioro Taupo (największe jezioro w Nowej Zelandii, powstało w kalderze wulkanu, który wciąż jest aktywny sic!) jest niczym morze, gdzie przy wietrze tworzą się ogromne fale. Towarzyszył jej również lęk przed jakąkolwiek kontuzją mogącą wynikać z jazdy na nieznanym sprzęcie.

Sportowców zagrzewali do walki Maorysi tańczący hakę, a cała atmosfera była podniosła i pełna emocji. Odliczanie i start kolejno wszystkich kategorii wiekowych.

Chłopcy wiernie kibicowali tacie mimo upału, pokonawszy biegając ponad 10 km.

Kibicowaliśmy też innym znajomym, trzymając kciuki za wszystkich Polaków i w ogóle wszystkich sportowców.

Krótka relacja Marcina z zawodów: „Było super. Cieplutko, masa kibiców i ładna trasa. Startowałem w pierwszej fali za prosami, a przed startem była haka co nas zagrzała do boju. Pływanie było z super widocznością i idealną temperaturą. Wziąłem stara, zniszczona piankę aby po zawodach wyrzucić (a ostatecznie udało się sprzedać w Auckland później…) i parę razy mi się rozpięła i woda chłodziła plecy. Po pływaniu było długie T1 z podbiegami i wskoczyłem na rower, który był dość wymagający (ok. 900 m przewyższeń). W Nowej Zelandii maja chropowaty asfalt wiec trzeba było odpowiednio rower przygotować no i siebie na wstrząsy. Jechałem na pożyczonym rowerze rozmiar S, wiec i tak jestem w szoku ze bez większych bóli przejechałem cala trasę. Rower sprawił się świetnie i jestem wdzięczny Agnieszce za pożyczenie żółtej strzały. Bieg składał się z 2 pętli wśród tłumu kibiców – pierwszy raz widziałem tak rewelacyjny doping na każdym metrze trasy. Do tego tysiące sympatycznych i pomocnych wolontariuszy. Na biegu na 3km złapały mnie mocne kolki – pewnie od za małego roweru – wiec zwolniłem. Do tego doszły małe skurcze, a moim celem był przyjemny bieg i cieszenie się trasą i zawodami. Nie walczyłem o pozycję, więc już na spokojnie człapałem do mety w bardzo spokojnym tempie 5,15 min/km, co widać na załączonym filmiku: https://youtu.be/mHWFbgYb69s

Ogólne wrażenia – rewelacja. Najlepsza organizacja jaka widziałem – zarówno na trasie, jak i dla kibiców czy organizacja miasta – zero korków, dostępne miejsca parkingowe blisko startu. Trzeba to powtórzyć”

Wieczorem razem z Agą i Piotrkiem  wspólnie świętowaliśmy ukończenie zawódów podczas bankietu atletów.

Taupo to raj dla wędkarzy łapiących ogromne pstrągi, jak i dla amatorów sportów wodnych czy pieszych wędrówek. I co istotne dla nas- w jeziorze nie ma rekinów więc można pływać bez stresu😊

W Taupo przepiękny był rejs statkiem po jeziorze, podczas którego mogliśmy podziwiać 10 metrową, współczesną rzeźbę maoryskiego przywódcy. Zaintrygował nas też golf, gdzie celuje się z brzegu, a dołek jest na platformie na jeziorze Taupo. Bisko platformy widać nurka wyławiającego niecelnie wystrzelone piłki.

Picton/ Wellington: Te PaPa I 08-11.12.2024

Po dwóch tygodniach i przejechaniu camperem 2500km opuszczamy promem wyspę południową. Sami byliśmy zaskoczeni ilością przemierzonych kilometrów, szczególnie, że Nowa Zelandia ma obszar mniejszy od Polski, jednak jest straaaasznie długa. Przez te 2 tygodnie codziennie spaliśmy w innym miejscu, by w swej zachłanności zobaczyć jak najwięcej (w końcu małe jest prawdopodobieństwo byśmy tu jeszcze wrócili).

Wellington

Zdziwiła nas niska zabudowa stolicy, ale znowu- chodzi o bezpieczeństwo w przypadku trzęsienia ziemi.

Jeden dzień na stolicę to niezbyt wiele, ale ogrody botaniczne, na które wjeżdża się kolejką linową, tętniący życiem i pełen biegaczy port i linia brzegowa nas zauroczyły. Spaliśmy w samym centrum miasta w camperze, przy małym parku na tyłach muzeum Te Papa. Wieczorem zaskoczyła nas głośna muzyka i język arabski z megafonu – okazało się ze w parku nieopodal Syryjczycy świętowali obalenie reżimy as Asada. Głośno było aż do 21, bo potem przecież cisza nocna się powoli zaczyna.

Wracając do muzeum Te Papa to jest niesamowite i można tam spędzić kilka dni eksplorując historię kraju od czasów przed przybyciem pierwotnych ludów, a potem Cooka, po współczesne. To co nas zaskoczyło, to fakt, że Maorysi są w Nowej Zelandii tylko od 800 lat. Jakoś byliśmy przeświadczeni, że przybyli tu dużo wcześniej, jak Aborygeni w Australii (40.000 – 60.000 lat). Ciekawe było przeczytać jak podobne są języki mieszkańców wysp Pacyfiku do języka maoryskiego.

W muzeum można poczuć empirycznie jak to jest być w domu podczas trzęsienia ziemi, które to nawiedzają Nową Zelandię.

Z Wellington podjechaliśmy do Auckland oddać nasz ukochany dom na kółkach. Żal nam było się rozstawać, uważamy, że jest to genialny sposób na podróżowanie z dziećmi; nie trzeba się co chwilę rozpakowywać, w każdej chwili można zjechać i zrobić sobie herbatę czy ugotować obiad albo uciąć krótką drzemkę przed dalszą drogą. Można zaszyć się w lesie gdyż jest się całkowicie samowystarczalnym.