Category Archives: Uncategorized
Auckland i pożegnanie Nowej Zelandii – I 6 – 7.01.2025
Największe miasto Nowej Zelandii oraz przez ponad 20 lat stolica, zdetronizowana przez Wellington z uwagi na bliższy dojazd z wyspy południowej, to tygiel kultur i mnogość łódek. Mówi się, że co trzeci mieszkaniec Auckland ma własną łódź.
W Auckland uczestniczyliśmy we wspaniałych, kilkugodzinnych warsztatach o nazwie Workshop Unleashed, gdzie mogliśmy poznać tajniki tworzenia filmów fantasy, science fiction i horroru. Przyglądaliśmy się wszystkim etapom produkcji obrazów oraz poznawaliśmy sztuczki z perspektywą oraz oglądaliśmy etapy makiet, które niegdyś były podstawą niesamowitych scenerii. Chłopcy byli zachwyceni, my również.
Wspięliśmy się także na Mount Eden, malownicze wzgórze, a właściwie stożek wulkaniczny, gdzie niegdyś Maorysi mieli swój gród obronny, z licznymi ogrodami i tarasami. Krater uważany jest za miejsce święte. Stąd rozciąga się niesamowita panorama na Auckland.
Jeszcze tylko wysyłka jednej torby z pamiątkami i rzeczami z zawodów do Polski i powoli żegnamy Nową Zelandię, która nas zauroczyła.
Słyszeliśmy recenzję, że Nowa Zelandia jest jak większa Irlandia z lepszą pogodą, ale zupełnie nie. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów; od surowych, górzystych na wyspie południowej -niesamowicie kontrastujących z tropikalną roślinnością, przez gejzery, bulgoczące błota i wulkany, po pagórki rodem z Hobbita oraz piękne piaszczyste plaże na północy.
Rozkochaliśmy się w podróżowaniu camperem, który daje niesamowitą wolność, ale musimy przyznać, że Nowa Zelandia ma całą infrastrukturę do takich wojaży, szczególnie wyspa południowa. Wydawało nam się nawet, że jest więcej camperów niż samochodów osobowych. Powszechnie dostępna woda pitna (zjawisko obecne również w Australii) także ułatwia podróżowanie.
Wszechobecne fish and chips trafiają w gusta dzieci, w dużych miastach z uwagi na mieszankę kulturową można dostać wszystkie kuchnie świata. Na stołach Nowozelandczyków często goszczą steki z jagnięciny, pieczone ziemniaki, dynia i pasternak. Na deser oczywiście pavlova (trwa spór czy to Australia czy Nowa Zelandia wymyśliła ten deser na cześć rosyjskiej primabaleriny). Istnieje nawet przysłowie: „nie znajdziesz dobrego męża jeśli nie umiesz upiec dobrej pavlowej”.
Nowa Zelandia to wyspa ptaków i fok, inne zwierzęta to te sprowadzone przez kolonizatorów. Plagą stały się tu króliki i oposy (jak w Australii) oraz jeleniowate, sprowadzone dla sportu. Te ostatnie zaczęły dewastować busz. Polowania są powszechne, widzieliśmy masę ogromnych sklepów dedykowanym polowaniom i rybołówstwu. Ponadto mijaliśmy mnóstwo farm z „bambikami” szykowanymi na steki… Rękawiczki ze skóry oposów są wykorzystywane szczególnie w żeglarstwie i golfie; zyskały sławę bardzo odpornych- tak odpornych jak same oposy, uważane powszechnie za szkodniki.
Jeszcze ważna kwestia przy dzieciach; w przeciwieństwie do sąsiadującej Australii- nie ma tu tych wszystkich pająków, krokodyli i węży więc można na spokojnie puścić dzieci do buszu na budowanie szałasu bez dreszczyku emocji. Jedyne co nam się nie podobało to pływające blisko brzegu rekiny. Co z tego, że tubylcy nic sobie z nich nie robią i twierdzą, że są niegroźne- my jesteśmy z Polski i nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnych kąpieli.
Opuszczamy Nową Zelandię i lecimy do innego świata- Azja czeka. Co ciekawe stąd na Filipiny leci się tak samo długo jak z Polski do Tajlandii. NZ to jednak koniec świata 🙂










Hobbiton – I 6.01.2025
Przed odwiedzeniem Hobbitonu pokazaliśmy dzieciom kilka scen z Władcy Pierścieni- tych mniej brutalnych, bez Orków i innych straszydeł.
Pobyt w Hobbitonie znacznie przerósł nasze oczekiwania.
Okazuje się, że ekipa Petera Jacksona poszukując idealnego miejsca na Shire latała helikopterem nad pastwiskami Nowej Zelandii. Gdy wypatrzono z maszyny urokliwe pagórki, ze starodrzewem i malowniczą groblą, postanowiono wylądować. Okazało się, że teren należy do farmera Aleksandra. Kilka miesięcy trwały negocjacje z właścicielem farmy, aż w końcu ekipa filmowa zaczęła zamieniać pola z owieczkami i bydłem na Shire. Zrobiono 39 domków Hobbitów (tylko atrapy, bez możliwości wejścia do środka), a wszystkie sceny wewnątrz były kręcone w studio filmowym w stolicy.
Ciekawostką jest, że do budowy 1,5 km drogi dojazdowej zaangażowano nowozelandzkie wojsko, argumentując, że filmy Jacksona to dobro narodowe. Później w wielu scenach orków grali żołnierze nowozelandzcy, niektórzy tak się wczuwali w rolę, że połamali sobie kończyny.
Najpierw nakręcono tu Władcę Pierścieni, nagrania trwały 3 miesiące. Po zakończeniu zdjęć zdemontowano wszystkie chatki Hobbitów.
Gdy po kilku latach Peter Jackson postanowił nakręcić Hobbita i ponownie zainstalować Hobbicie chatki, farmer powiedział, że ok, ale tym razem prosi o nie demontowanie chatek gdyż bez nich jest smutno i pusto😉. Znowu zaczęły się negocjacje, w których ustalono, że farmer i firma Petera Jacksona po skończeniu zdjęć zostawi nietknięty Hobbiton i będzie wspólnie czerpać z niego korzyści. Tak jest do dziś i instalacja przynosi ogromne pieniądze goszcząc rocznie ponad pół miliona turystów.
W Hobbitonie można zrobić wesele, organizowane są urodziny Frodo, maratony i mnóstwo innych eventów, na które należy się zapisać z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
Do domków ogólnie nie da się wejść, istnieją jedynie dwa domki pokazowe oraz karczma Green Dragon Inn, w której na koniec częstowano nas piwem z lokalnego browaru (dla dzieci wersja imbirowa).
W Hobbitonie czuliśmy się jak w filmie, było baśniowo i nie chcieliśmy by ta przygoda się skończyła.













Bay of Islands: Kerikeri, Waitanga, Sylwester I 29.12.2024 – 3.01.2025
Pożegnaliśmy naszych gospodarzy dziękując im za tak smakowitą gościnę i ruszyliśmy w górę wyspy Północnej do zatoki wysp, czyli Bay of Islands.
Zamieszkaliśmy w urokliwym Kerikeri, gdzie naszymi gospodarzami byli emerytowany Nowozelandczyk oraz Angielka, która opuściła ojczyznę w pogoni za swoimi dziećmi, osiedlonymi na Antypodach.
Z kolei Nowozelandczycy emigrują w poszukiwaniu lepszego życia przede wszystkim do pobliskiej Australii oraz Stanów czy Kanady. Wielokrotnie słyszeliśmy, że po latach „overseas experience” Kiwi wracają do ojcowizny.
Ogród naszych gospodarzy rozpościerał się na kilku hektarach i był tak dopieszczony, że byliśmy pewni, że to zasługa profesjonalnego ogrodnika. Ogrodnikiem okazał się być sam właściciel. Na końcu ogrodu prowadziła wąska ścieżka do jego dzikiej części, miejsca, które przywodziło na myśl książkę Frances Burnett. Gospodarze poinformowali nas, że tam, w gęstym buszu, urzędują sobie kiwi. Ponadto płynie strumyk, a wokół niego można zobaczyć tysiące świecących robaczków (larw muchówki) – po prostu magiczne miejsce.
Gospodarze pożyczyli nam latarki z czerwonym światłem, z którymi każdej nocy chodziliśmy na poszukiwanie ptaków kiwi. Tylko Ignac miał na tyle szczęścia, że wypatrzył jednego nielota zanim zniknął w czeluściach nocy.
Jednego dnia wybraliśmy się do Waitangi, gdzie mogliśmy bliżej poznać historię Maorysów i ich burzliwej koegzystencji z Brytyjczykami, okupionej wieloma buntami i wojnami. Maorysi nigdy się nie poddali Brytyjczykom. Podpisali w 1840 roku traktat z Waitangi, który do dziś jest przedmiotem sporów gdyż tłumaczenie na maoryski nie oddaje treści w języku angielskim. Zgodnie z porozumieniem, Maorysi mieli przyjąć zwierzchnictwo Korony Brytyjskiej, przy zachowaniu swoich ziem. Traktat lepiej funkcjonował na papierze niż w rzeczywistości i biali osadnicy nielegalnie wykupywali maoryskie ziemie, co stało się podstawą kolejnych wojen.
Obejrzeliśmy również widowisko taneczne ze słynną haką, gdzie nawet język miał za zadanie przestraszyć wroga.
Dla nas Maorysi mają w sobie coś zawadiackiego, jakąś taką dzikość. Odbieraliśmy ich jakby byli na przeciwnym biegunie niż Aborygeni, którzy (mimo braku przystosowania do świata białego człowieka i czasem rozbojów, których byliśmy świadkami 13 lat temu jeżdżąc przez 2 miesiące po Australii), mieli w oczach łagodność i ufność dziecka.
Może przez tę dzikość i waleczność kolonializm dotknął ich mniej dotkliwie niż Aborygenów?
Kolejnego dnia popłynęliśmy promem do pierwszej stolicy Nowej Zelandii- Russell, tam miłą przechadzką dostaliśmy się na szczyt Te Maiki, gdzie wódz Maoryski kilkakrotnie niszczył brytyjską flagę, już po traktacie z Waitangi. Zwiedziliśmy też najstarszy chrześcijański kościół w Nowej Zelandii. W drodze do portu widok złapanego przez wędkarzy rekina przypomniał nam, że nowozelandzkie wody są przepiękne, jednak pełne bohaterów „Szczęk”, z których nikt nie robi tu wielkiego halo.
Sylwestra spędziliśmy w Paihia. Naszykowaliśmy przekąski i napoje (nie alkoholowe gdyż są surowe kary i wszędzie znaki alkohol-free zone) nastawiając się na dłuższe świętowanie. Okazało się jednak, że Nowozelandczycy nie są takimi piromanami jak Polacy i po 5-minutowym pokazie fajerwerków nad zatoką gapie grzecznie zaczęli się rozchodzić do domów, pilnowali przez szwadrony policji.



















Gejzery i źródła geotermalne – Rotorua i Orakei Korako I 18-21.12.2024
Orakei Korako to urokliwie położony park geotermalny, aby do niego dotrzeć należy przepłynąć małym stateczkiem przez rzekę Waikato. Podziwiać można tam kilka gejzerów, kolorowe tarasy krzemionkowe, gorące źródła oraz baseny błotne widoczne na filmiku: https://youtu.be/2jGIfb6YNDU. W parku znajduje się jedna z niewielu jaskiń geotermalnych– jaskinia Ruatapu. Jedynie zapach w tym miejscu nie należy do najpiękniejszych
Rotorua to geotermalna stolica Nowej Zelandii, choć na stronie Orakei Korako to Orakei dzierży palmę pierszeństwa. Miasto leży nad jeziorem o tej samej nazwie, które mieści się w kalderze wulkanu (jak jezioro Taupo). Jest tu największa populacja Maorysów w Nowej Zelandii.
W pobliżu atrakcji geotermalnych i gejzerów śmierdzi zgniłym jajem, fachowa nomenklatura to zdaje się siarkowodór. W wielu miejscach parują też ulice, płoty, a często w ogródkach można dojrzeć źródła termalne, w których Maorysi gotują potrawy. Są to dziury z wrzącą wodą, do której wstawiają jedzenie w lnianych torbach i po 15 minutach obiad gotowy. Ten sposób nazywany jest kuchnią hangi i pochodzi z Polinezji. Mieliśmy okazję skosztować takiej potrawy w Taupo i nas nie oczarowała.
Zwiedzając park geotermalny Waiotapu Thermal Wonderland, gdzie można podziwiać gejzer Lady Knox oraz gorące źródla i bulgoczące błota przekonaliśmy się, że chłopcy mają już dosyć tych pachnących atrakcji i nawet przepiękny koloryt Champagne pool czy odblaskowa zieleń krateru Karikitea nie zdołały ich do siebie przekonać.
Przymusiliśmy ich jeszcze do zwiedzenia wioski maoryskiej Ohinemutu, gdzie siarkowodór bił z każdej posesji i to by było na tyle.
Spodobał im się za to czwartkowy street market, gdzie spotkaliśmy się z triatlonistami Agą i Piotrkiem. Serwowano tam potrawy z różnych zakątków świata, głównie z Azji. Z kuchni maoryskiej był do wyboru jedynie morski ślimak, na którego akurat nikt z nas nie miał ochoty. Czwartkowy market jest ponoć preludium do świętowania początku weekendu. W piątki w pracy już się raczej odpoczywa.
W Rotoura zaliczyliśmy jeszcze ludges – naszym zdaniem lepsze niż w Queenstown. 5 różnych tras do zjechania, każda zajmująca od 3 do 5 min ciągłem, szybkiej jazdy. Rewelka.
W dzień naszego wyjazdu pod Rotoura odbywały się zawody triathlonowe i biegowe o ładnie brzmiącej nazwie Suffer – https://www.suffer.co.nz/. Zawody startowały o 7 rano do tego zapowiadali burze…. a więc się zapisałem na półmaraton. Trasa prowadziła przez las i po górkach – typowy trail. Padało cały czas. Mimo, że zawody były po paru dni świętowania po połówce Ironmana, udało mi się załapać w pierwszej dziesiątce. Przed 10 rano byłem z powrotem w domu i mogłem przywitać wstającą rodzinkę.


















Tongariro i Glowworms I 16-18.12.2024
Tongariro to najstarszy park narodowy w Nowej Zelandii, a trekking Tongariro Alpine Crossing figuruje wysoko na liście miłośników natury. Trasa ta jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie.
Przygotowaliśmy się solidnie na tę trasę, łącznie z rozmową motywacyjną wygłoszoną dzieciom, które miały przejść 20 km po trudnym, górzystym terenie. Jednak zbyt mocny wiatr pokrzyżował nam plany. Firma transportowa odwołała nam podwózkę na początek trasy. Trasa została „zamknieta” – a dokładnie z uwagi na wiatr sięgający 90 km/h odradzono wyjścia na wszelkie odkryte szlaki przez najbliższe kilka dni.
Z bolącym sercem zrobiliśmy zamiast Alpine Crossing 12-kilometrowy trekking Tama Lakes- przed końcem zawróciliśmy gdyż szła ulewa. Nawet na tym trekkingu wiało niemiłosiernie i prawie nam zwiało dzieci.
W parku Tongariro kręcono wiele scen do „Władcy Pierścieni” jak i „Hobbita”, między innymi sceny z Mordoru.
Podjechaliśmy na Mount Ruapehu – jeden z najaktywniejszych wulkanów na Ziemi, który wybuchał w 1861, 1895, 1903, 1945, 1969, 1971, 1975, 1988, 1995, 1996, 1997 i ostatnio w 2007 roku. W kraterze wulkanu znajduje się jezioro, które stale paruje i stąd nazwa maoryska tłumaczona jako „wybuchające jezioro”. Zdziwiło nas, że na tym aktywnym wulkanie znajduje się ośrodek narciarski. Góra Ruapehu odegrała rolę samotnej góry w Hobbicie.
Pod wieczór dzieci wypatrzyły mini golfa przy pobliskim pubie więc zakończyły dzień jedną rozegraniem jednej partyjki.
Glowworms – Waitomo cave
Jaskinie ze świecącymi punkcikami, można zobaczyć tylko w Australii, Nowej Zelandii i ponoć w Ameryce Północnej więc nie mogliśmy ominąć tej atrakcji. Wybraliśmy najsłynniejsze miejsce w Nowej Zelandii do podglądania larw muchówki. Larwy te wystawiają taką długą lepiącą nitkę niczym pająk i aby zachęcić ofiarę do zbliżenia się, emitują niebieskie światło. Małe owady lecą do światła i łapią się w pułapkę z lepiącego sznurka.
Nasza wycieczka rozpoczęła się od zwiedzania piechotą jaskini; podziwiania stalaktytów, stalagmitów i kolumn oraz sprawdzania akustyki głównej komnaty poprzez chóralne śpiewanie „Jingle Bells” (święta za pasem). Następnie wsiedliśmy na pokład małej łódeczki i w całkowitej ciemności i ciszy podziwialiśmy tysiące niebieskich światełek nad naszymi głowami, które przypominałyby rozgwieżdżone niebo gdyby nie świadomość, że nad nami jest tysiące lepkich „języków” larw. Przeżycie jest niesamowite i aż żal, że nie można go uwiecznić krótkim video.











Wanaka i zachodnie wybrzeże: Haast, Franz Josef Glacier, Hokatika I 02-06.12.2024
Wanaka to kolejny przepiękny letni i zimowy kurort, doskonały na aktywny odpoczynek. Nie zostaliśmy tam jednak długo gdyż czas nas gonił.
Odwiedziliśmy Puzzilg World czyli świat iluzji, który przypadł do gustu dzieciom, szczególnie zabawa w Minotaura w wielkim labiryncie. Przeszliśmy się brzegiem jeziora Wanaka, zobaczyliśmy instagramowe drzewo wynurzające się z wody i ruszyliśmy dalej.
Udaliśmy się w stronę zachodniego wybrzeża, po drodze musieliśmy przebić się przez pasmo górskie, gdzie pogoda jest dość kapryśna. Stawaliśmy po drodze na licznych lookoutach zwieńczonych wodospadami bądź widokami tropikalnej roślinności.
Dotarliśmy do Haast– miasteczka na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc, a niektórzy mówią „tak”-jak moja przyjaciółka, która zaręczyła się w Haast właśnie.
To na zachodnie wybrzeże, m.in. do Haast Maorysi przybywali w poszukiwaniu kamienia pounamu- nefrytu, z którego wyrabiano ozdoby, broń czy narzędzia do rytuałów. Wierzono, że kamień ma szczególną moc gdyż został podarowany przez bogów.
Samo Haast wpisane jest na listę dziedzictwa kulturowego Unesco z uwagi na nietkniętą przez cywilizację naturę, gdzie czas zatrzymał się miliony lat temu.
Pogoda nas nie rozpieszczała więc zamiast wypatrywać pingwinów oraz grzbietów delfinów, ruszyliśmy dalej na północ.
Lodowce
Przez ocieplenie klimatu lodowce, takie jak Franz Josef, leżący w dolinie nowozelandzkich Alp Południowych, z roku na rok się kurczy. Teren wkoło pracuje więc ze względów bezpieczeństwa punkty widokowe są oddalone od lodowca o kilka kilometrów. By podziwiać lodowiec z bliska można wykupić lot helikopterem. My zdecydowaliśmy się na krótki trekking do ogólnodostępnego punktu widokowego.
West Coast Treetop Walk
Zatrzymaliśmy się 17 kilometrów na południe od miasta Hokitika by pochodzić w koronach drzew rimu i kamahi, 20 metrów nad poziomem ziemi. Z wysokiej na 47 metrow wieży można podziwiać widok na jezioro Mahinapua bądź odważyć się i zjechać tyrolką (zipline) na sam dół, co cała nasza czwórka uczyniła.
Hokitika Gorge Track
Odbiliśmy jeszcze na wschód by dotrzeć do lazurowej rzeki Hokitika, jednak może przez zachmurzenie przybrała barwę szaro-burą
W Hokitika mieliśmy cudowny camping z wieloma atrakcjami dla dzieci. Odwiedziliśmy też Centrum kiwi, gdzie dostaliśmy zdjęcie kiwi w zamian za nierobienie mu zdjęć. Wielką atrakcją okazały się raki, które dzieci mogły łowić do woli i potem wypuszczać. Stanowisko z gigantycznymi węgorzami, które miały po 100 lat również robiło wrażenie.
Shantytown
Nie omieszkaliśmy zatrzymać się w Shantytown, gdzie dzieci mogły zobaczyć jak wyglądały miasteczka objęte gorączką złota w XIX w. Poza standardowymi metodami wydobycia złota, ciekawy był pokaz wydobycia poprzez działo na wodę, które rozpuszczało ziemię ze złotem. Nie zabrakło również zabawy w poszukiwanie złota czy przejażdżki zabytkową lokomotywą.





























Sydney I 23-28.11.2024
W Sydney zamieszkaliśmy u Piotrka, którego poznaliśmy 12 lat temu w Australii oraz u jego żony Teresy. Tak nas rozpieszczali kulinarnie, że wyjechaliśmy zapewne z dodatkowymi kilogramami. Chłopcy poznali nowe smaki i po wyjeździe wspominali jeszcze z rozrzewnieniem kuchnię naszych gospodarzy, a my także oblizujemy się jeszcze na samo wspomnienie.
Odbyliśmy również podróż sentymentalną z Piotrkiem i pojechaliśmy tak jak 12 lat temu do Blue Mountains pod Sydney. Nazwa pochodzi od niebieskiej łuny unoszącej się ponad drzewami- to eukaliptusy wydzielają olejki, które tworzą niebieską mgiełkę.
Ostatnie dni w Sydney spędziliśmy na rozmowach i graniu w karty z Teresą i Piotrkiem. Ponadtwo wybraliśmy się do przepięknie położonego Taronga zoo, gdzie m.in. można zobaczyć dziobaka: https://youtu.be/zyTILupoLw4 oraz wiele innych australijskich zwierząt, jak wombaty, kasowary, kangury, węże i pająki, koale, czy emu, ale również jest duża sekcja zwierząt afrykanskich czy nawet europejskich. Nie zapomnieliśmy równięż o plażowaliśmu na przedmieściach La Perouse, gdzie kręcono wiele scen z Mission Impossible 2. Starczyło też czasu na zakup souvenirów i wysłaniu ich do Polski czy tez na pogranie w piłkę z Natanem- synem Eweliny i Michała.
Żegnamy Lucky Country czy też Down Under i ruszamy poznać Kiwi:)















Sydney – Najpiękniej położone miasto Australii, a może i świata I 7-10.11.2024
Z lotniska odebrał nas Michał, którego poznaliśmy zupełnym przypadkiem w naszej podróży 12 lat temu. Michał to globtroter, który między innymi przebył bez użycia silnika, siłami natury Amerykę Południową, a rok temu także Australię. Wspierała go w tym projekcie żona Ewelina i syn Natan. Niesamowita rodzina podróżników – polacmy blog Michała: http://www.kozok.eu.
Po polskim śniadanku z rodziną Michała i odprowadzeniu Natana do szkoły, udaliśmy się komunikacją na najsłynniejszą i najbardziej obleganą miejską plażę w Sydney- Bondi Beach. Pogoda nie sprzyjała kąpielom więc mieliśmy całą plażę dla siebie. Chłopcy nie mogli sobie odmówić pluskania i zamków na plaży.
Przy Bondi znajduje się niesamowity odkryty basen ze słoną wodą czynny przez cały rok- Bondi Iceberg, założony w 1929 przez ratowników, którzy chcieli również zimą trenować formę. Australijską zimą, czyli w okolicach lipca, temperatura wody wynosi 16-20 stopni. Ocean przy dużych falach wręcz wlewa się do basenu, co robi niesamowite wrażenie. Aby stać się członkiem klubu Iceberg wprowadzono zasadę obowiązującą do dziś, stanowiącą, że pływacy muszą być obecni na basenie przez trzy niedziele z czterech przez 5 lat. Jeśli z pilnych powodów są nieobecni, mogą napisać oficjalne pismo usprawiedliwiające. Członkami mogli być tylko mężczyźni. Dopiero w 1995 roku do znamienitego klubu dopuszczono również kobiety. Z ciekawostek, od lat 30 klub organizuje w grudniu zawody Chicken Swim, w których wygrany dostawał faszerowanego kurczaka do zabrania na bożonarodzeniowy obiad. Aktualnie jest to wydarzenie rodzinne, a wygrany dostaje zabawkę w formie kurczaka. Basen przez lata został zmodernizowany, dodano kawiarnię, saunę i siłownię na poziomie wyżej.
Trzy czwarte z nas oddało się pluskaniu, tudzież treningowi, a jedna czwarta, której jet lag najbardziej dawał się we znaki, usnęła na płycie basenu. Następnie podążyliśmy wzdłuż wybrzeża trasą Cogee Walk. Z nabrzeża udało nam się wypatrzyć wieloryby w oceanie. W połowie trasy się rozpadało i wróciliśmy do naszych gospodarzy.
Kolejnego dnia, odświętnie ubrani, zaczęliśmy poranek od biegu na orientację w terenie, by ledwo zdążyć na wejście do Opery w Sydney. Mieliśmy bilety na koncert utworów Mozarta i Bacha pod batutą Australijki Simone Young. Dzieci były zachwycone koncertem w tak znamienitym entourage’u więc co chwilę dopytywały kiedy nastąpi koniec i będzie można pójść na lody.
Zdziwił nas ubiór publiczności; bardzo na luzie, niezbyt elegancki – może to wynika z szerokiej obecności turystów. Kolejna dziwna kwestia to wpuszczanie spóźnialskich między utworami, podczas braw- w Polsce dopuszczalne jedynie podczas antraktu.
Spacer deptakiem i prom na przedmieścia Sydney- do surferskiego raju o nazwie Manly pozwolił nam zobaczyć zatokę i emblematyczne budynki z perspektywy wody. Manly pachniało wakacjami i przypominało nam… Chałupy.
Kolejny dzień spędzamy na zabawach z Natanem w parku i na grze w planszówki. Marcin zaliczył jeszcze trening na rowerze Michała.
Po nocy Ewelina podwozi nas na lotnisko- wzywa nas Uluru😊












