Annapurna Himalaje I 2 – 8.12.2011

Annapurna Sanctuary Trek – 02.11.2011 – 08.12.2011

Z Hong Kongu przedostaliśmy się samolotem przez Bangkok i Delhi do Kathmandu, stolicy Nepalu. Tu zaopatrzyliśmy się w kalesony, czapkę, rękawiczki, tabletki do oczyszczenia wody ze strumienia oraz kilka kilogramów czekolady i ruszyliśmy autobusem do Pokhary.

Pokhara jest miastem  położonym w malowniczej dolince nad jeziorem Phew Tal. Stąd można podziwiać ośnieżone góry, nie wspinając się nawet na nie.

Z wielu możliwych tras wybraliśmy trekking pod Annapurnę (8.091 m n.p.m.; http://pl.wikipedia.org/wiki/Annapurna), kończący się w bazie wypadowej na szczyt (Annapurna Base Camp- skrót ABC), która leży na wysokości 4.130 m.n.p.m. Aby móc wędrować po górach w rejonie Annapurny należy wykupić 2 pozwolenia:

– pozwolenie na trek w regionie Annapurny (ok. $25), z którego pieniądze (chyba) są przeznaczane na zachowanie naturalnego piękna gór i wspomaganie miejscowej ludności,

– kartę TIMS, która stanowi w zasadzie rządowy podatek ($20).

Musieliśmy zrobić sobie 2 zdjęcia do rejestracji i określić się czy będziemy mieć przewodnika i własnych tragarzy. Nie skorzystaliśmy z usług ani jednych ani drugich, mimo to ani razu nie zabłądziliśmy (co nie jest żadnym wyczynem gdyż wioski na trasie  położone są względnie blisko siebie, a ich mieszkańcy są bardzo pomocni).

Gdy pierwszego dnia zaczęliśmy naszą wędrówkę z Nayapul i usiedliśmy na trawce na śniadanie składające się z zakupionych owoców, podbiegła do nas dwójka nepalskich dzieci i zabrała nasze banany. Potem jeszcze w wielu wioskach dzieci prosiły nas o czekoladę i słodycze, ale czytaliśmy, że nie należy im nic dawać bo w ten sposób uczą się żebrania więc byliśmy twardzi i skrzętnie chowaliśmy się przy konsumpcji naszych czekolad. Rozbroił nas 80-cio letni Nepalczyk, który poprosił nas o cukierki pokazując na migi swe uwielbienie dla nich mlaszcząc i ssąc wirtualnego cukierka.

Droga do ABC jest bardzo zróżnicowana. W pierwszych dniach mijaliśmy nepalskie wioski położone wśród ryżowych i pszenicznych tarasów z bawołami, końmi, kurami i kozami. W kolejnych dniach krajobraz zamieniał się w bambusową dżunglę, gdzie widzieliśmy wielką małpę (nie chciała dać się sfotografować). Dalej pejzaż stawał się bardziej surowy, z brunatnymi kępami traw i ostami aż doszliśmy do ośnieżonych stoków.

Codziennie spaliśmy w innym schronisku, a wraz z pokonywaną wysokością zmieniała się nie tylko temperatura, ale również ceny jedzenia. Cena pokoju dwuosobowego pozostawała zawsze taka sama, ustanowiona odgórnie przez rząd (300 rupii- 12 zł), za to jedzenie stawało się coraz droższe. Dania z półproduktów dostępnych na górze takich jak ryż czy jajka były tanie, ale już piwo, które jakiś tragarz na swej głowie wtaszczył na górę, osiągało ceny jak w dobrej knajpie w Warszawie (na dole ok. 8 zł za małe piwo, a na górze już ok. 20 zł).

Dzień na treku wyglądał następująco: pobudka ok. 6 – 6.30. Śniadanie, rozgrzewka i w drogę. Po drodze krótkie przerwy po dłuższych podejściach, przerwa na słodycze i napełnienie wody z  rzeki lub wodospadów, dochodzimy do schroniska ok., 15-16, tam prysznic (jak jest ciepła woda), obiadokolacja, rozmowy z innymi turystami i o godz. 20 – 21 lulu. Tak jak w polskich górach wędrowcy wzajemnie się pozdrawiają (w Nepalu zamiast „dzień dobry”/ „cześć” woła się „NAMASTEeee!”).

Myszy nepalskie wyglądają jak nasze chomiki, przekonaliśmy się o tym gdy nocą podżerały nasze batoniki z plecaka.

Jeżeli chodzi o tragarzy, to większość turystów zatrudnia takowych. Niosą oni niewiarygodne wręcz gabarytowo bagaże, przewiązane sznurkiem z przepaską na czole, tak, że ciężar jest na głowie i szyi. Większość z nich, tak jak i ludność miejscowa, wspina się w zwykłych klapeczkach, żadnych butach trekkingowych. Przy tej okazji musimy wspomnieć, że nasze profesjonalne buty za 70 zł przetrwały całą wędrówkę, tylko kilkakrotnie musieliśmy je podklejać super glue.

Dotarliśmy do ABC czwartego dnia z poznanymi po drodze Niemcami i Szwajcarką. Widok Annapurny, Machapuchre i pozostałych niesamowicie wysokich gór zapiera dech w piersiach. Jako jedyni mieliśmy flagę i ogłosiliśmy światu skąd przybywamy.

W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w naturalnych, gorących źródłach położonych wśród wzgórz i wymoczyliśmy tam stopy i zmęczone mięśnie.

Nie mamy wagi, ale sądzimy, że zrzuciliśmy po kilka kilogramów. Nasza górska dieta polegała bowiem na owsiance na śniadanie (ostatnio jedliśmy owsiankę w wieku 6 lat) oraz narodowej potrawy Dal bhat. Dal bhat to danie składające się z ryżu, sosu, warzyw i ziemniaków, opcjonalnie dodawany jest kurczak. Dal bhat jest stosunkowo drogi w porównaniu do innych prostych dań, ale za to można domawiać nieskończoną ilość dokładek w tej cenie. My zamawialiśmy jednego dal bhata na naszą dwójkę, a poznani Niemcy jednego na trzy osoby.

Po zejściu z gór nie możemy patrzeć na dal bhat i dlatego wczoraj zamówiliśmy w lokalnej knajpie mnóstwo niezdrowego jedzenia i do tego deser aby nadrobić zrzucone kilogramy.

Oto pokonana trasa:

1 dzień: Pokhara — (bus 2h) — Nayapul — (trekking 12 km) — nocleg w Ghandruk (1.940 m n.p.m.)

2 dzień: Ghandruk — (trekking 13 km) — Sinuwa (2.340 m n.p.m.)

3 dzień: Sinuwa — (trekking 8 km) — Himalaya (2.920 m n.p.m.)

4 dzień: Himalaya— (trekking 7 km) — Annapurna Base Camp (4.130 m n.p.m.). Tam 2h podziwialiśmy widoki i zeszliśmy 3 km na noc do Machapuchre Base Camp (3.700 m n.p.m.)

5 dzień: MBC — (trekking 15 km) — Chhomrong (2.140 m n.p.m.)

6 dzień: Chhomrong — (trekking 4 km) — Hot Springs (tam 2h kąpieli w gorących źródłach) — (trekking 5 km) — Landruk (1.565 m n.p.m.)

7 dzień: Landruk — (trekking 13 km) — Phedi — (bus 1h) — Pokhara. Na miejscu byliśmy ok. 15.

Nepal I od 30.11.2011

Od 30.11.2011 jesteśmy w Nepalu. 02.12.2011 ruszamy na ok. 8-dniowy trekking do Annapurna Base Camp. Po drodze prawdopodobnie nie będzie internetu, dlatego też odezwiemy się po powrocie do Pokhary lub Katmandu. Jakby co jesteśmy pod telefonem nepalskim (jeśli będzie miał zasięg…) +977 984 312 4810

Pożegnanie z Chinami I 27 – 29.11.2011

Hong Kong – 27.11.2011 – 29.11.2011

Przekroczyliśmy granicę między Chinami kontynentalnymi a Hong Kongiem pieszo w mieście Schenzen. Granica jest bardzo ciekawa gdyż z Chin kontynentalnych na parterze wjeżdża się windą do Hong Kongu, trzeba tylko pokonać punkt kontrolny i przejść zamkniętym rękawem przez rzeczkę. Hong Kong jako była kolonia angielska został ponownie przyłączony do Chin w 1997 roku, jednak nadal funkcjonuje jak oddzielne państwo – jest granica (na szczęcie nie potrzeba wiz), inna waluta (dolar hongkoński, który o dziwo jest drukowany przez 3 instytucje – Bank of China oraz przez 2 prywatne banki, w tym HSBC), masa nowoczesnych wieżowców i ekskluzywnych sklepów, dwupiętrowe tramwaje i ludzie ubrani „po europejsku”.

Wynajęcie pokoju w Hong Kongu jest min. 3 razy droższe niż w Chinach kontynentalnych, a warunki dużo gorsze. Tutaj w dziką dżunglę wrasta dżungla miejska. Aby przejść kilka przystanków autobusowych nie trzeba nawet wychodzić na dwór gdyż istnieje labirynt korytarzy, ruchomych przejść łączących budynki w finansowej części HK. Niestety w tym gąszczu nie odnalazłem filii mojej firmy, a konkurencji a i owszem.

Zdaje się, że w Hong Kongu częściowo zachowały się stosunki feudalne na linii biały – reszta. Mimo usilnych poszukiwań nie zobaczyliśmy żadnego osobnika o jasnym kolorze skóry, który wykonywałby pracę fizyczną.

Wzgórza Yangshuo I 24 – 26.11.2011

Prowincja Guangxi

Yangshuo, 24.11.2011 – 26.11.2011

Dotarliśmy z Guilin do Yangshuo padnięci i śmierdzący, ostatnio kąpaliśmy się 3 dni temu. Chyba nieco burzymy wizerunek „pięknych ludzi Zachodu”, których Chińczycy tak chętnie kopiują.

Yangshuo z małej wioski rozrosło się do bardzo turystycznego miasteczka pełnego Amerykanów, co kompletnie nie odpowiadało naszym wyobrażeniom ustalonym na podstawie przewodnika sprzed 3 lat. Pojeździliśmy rowerem aby zobaczyć przepiękne krasowe formacje skalne i spłynęliśmy rzeką Li. Panorama wzniesień widoczna z rzeki Li widnieje na banknotach 20- yuanów.

Stąd ruszyliśmy do Hong Kongu.

One day in Kunming I 23.11.2011

Prowincja Yunnan

Kunming, 23.11.2011

Z Lijiang pojechaliśmy nocnym pociągiem przez 8,5h do Kunming. Na miejscu okazało się, że jedyne wolne miejsca do naszego docelowego miasta są to miejsca twarde siedzące. Kupiliśmy je nie mając wyboru. Czekała nas długa, 19-sto godzinna podróż na siedząco bez rozkładanych foteli. Mieliśmy wyruszyć o 19.00 wiec pozwiedzaliśmy jeszcze Kunming- stolice stanu Yunnan. Miasto całe w budowie, aż ciężko w nim oddychać. Na bocznych skwerach ludzie ćwiczyli tai chi i aerobik wiec dołączyliśmy najpierw do jednych, a potem do drugich. Rozciągnięci pochodziliśmy do wieczora po mieście. Po drodze Marcin skoczył do fryzjera.

Po kilku godzinach skierowaliśmy się w stronę parku aby odpocząć, gdzie nie znaleźliśmy skrawka trawy na której możnaby usiąść. Wszystkie drzewa były wkoło zabetonowane. Gdy usiedliśmy na ławce, dosiadł się do nas pewien Chińczyk i zagaił rozmowę. Zapytaliśmy się go o powód braku trawy. Wytłumaczył nam, że płyty betonowe bardziej niż trawa przypominają piasek i dzięki nim park wygląda jak plaża. Nie wiemy czy się z nas nabijał bo chyba nie może być to oficjalny powód, ale był przy tym śmiertelnie poważny.

Skorzystanie z toalety damskiej w tymże parku z dwudziestoma stanowiskami na narciarza jedynie z bocznym przepierzeniem, bez żadnych drzwiczek, tak, że można się uśmiechnąć do towarzyski z naprzeciwka było przeżyciem jedynym w swoim rodzaju.

W parku spotkaliśmy jeszcze nowożeńców. Panna młoda ubrana była w białą suknię, mimo że jest to w Chinach kolor śmierci. Mijaliśmy tu orszak pogrzebowy, w którym wszyscy byli ubrani na biało, łącznie z białymi nakryciami głowy. Zgodnie z tradycją chińska panna młoda zwykła nosić czerwoną suknię, kolor ten bowiem symbolizuje miłość, jednak aktualnie Chinki z dużych miast pilnie śledzą zachodnie trendy i są bardziej zachodnie niż Zachód.

19-sto godzinna podróż z Kunming do Guilin była jedną z ciekawszych. Postanowiliśmy, że będziemy na zmianę pilnować bagaży po zgaszeniu światła. Jednak w tych wagonach światło w ogóle nie gaśnie i cały czas jest wesoło. Tutaj już popijają wódeczkę i piwko zagryzając kurzymi nóżkami, tofu i pędami bambusa. Grupa ok. 20sto osobowa starała się z nami rozmawiać – przez dobre 1,5h próby trwały. Potem na zmianę ktoś się do nas przysiadał i zagadywał słynnym „helooooo”, następnie były wymiany uśmiechów, język migowy, język chiński vs polski, a na koniec rzucaliśmy wszystkie chińskie słowa jakie znamy (łącznie odwiedzonymi miejscowościami) dzięki czemu czuliśmy się przyjęci do dużej rodziny pociągowych podróżników. Przez całą drogę obsługa kolei próbowała coś sprzedać. Show zaczął się od zachwalania giętkich szczoteczek do zębów oraz pasty do zębów usuwającej osad papierosowy. Potem przyszła kolej na naukę matematyki. Przez 15 minut pani tłumaczyła magiczne sposoby na mnożenie, a po prezentacji sprzedawała książkę do nauki mnożenia właśnie. Następnie była prezentacja super wytrzymałych skarpetek, które się rozciągają na 10 centymetrów. Po skarpetkach pani sprzedawała jeszcze etui na dokumenty, a na sam koniec zaproponowała akcesoria do palenia papierosów, dzięki czemu oferta pasty do zębów była już kompletna. Popyt na te dobra pierwszej potrzeby był zaskakująco wysoki.

WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA I 21 – 22.11.2011

Prowincja YUNNAN

WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA 21.11.2011 – 22.11.2011

Nazwa Wąwoz Skaczącego Tygrysa zawdzięcza legendzie mówiącej, że wąwóz jest tak wąski, że tygrys przeskoczył z jednej strony rzeki na drugą. Jest to jeden z najgłębszych wąwozów na świecie.

Weszliśmy na ok.2600 m.n.p.m. Widoki są niesamowite, a krajobraz bardzo zmienny- od ostrych skał po ciepłe piaskowce i łąki. Na dnie wąwozu płynie sobie dostojnie Jangcy- najdłuższa rzeka Azji.

Po drodze poznaliśmy bardzo sympatyczną parę- Kanadyjkę i Amerykanina. Gdy doszliśmy razem na szczyt wąwozu ujrzeliśmy kolejną Mamę Naxi sprzedającą napoje i owoce. Skusiliśmy się na kupno Coli i mandarynki. Para znajomych nie kupiła nic. Następnie razem podziwialiśmy krajobraz z punktu widokowego. Gdy Kanadyjka z Amerykaninem chcieli ruszyć w dalszą drogę, Mama Naxi postawiła im szlaban i kazała zapłacić za obejrzenie widoków, pokazując jednocześnie, że nic u niej nie kupili wiec muszą albo coś kupić albo zapłacić. Amerykanin zignorował ten szantaż i podniósł szlaban przepuszczając Kanadyjkę przodem. Mama Naxi się wściekła i zaczęła pluć na naszą parę, a gdy ta ruszyła dalej zaczęła w nią rzucać głazami. Na szczęście nie wcelowała. Bez chwili zastanowienia my też wstaliśmy i przeszliśmy przez szlaban. Mama Naxi zwróciła się ku nam prosząc o zapłatę, a my odpowiadamy, że przecież zrobiliśmy u niej zakupy. To jednak nie wystarczyło i Mama Naxi postanowiła też nam opluć spodnie. Czmychnęliśmy zanim sięgnęła po głaz.

 Trekking w wąwozach może być bardzo niebezpieczny. Mimo wszystko zgodnie uznaliśmy, że trekking tam to było jedno z naszych najpiękniejszych przeżyć w Chinach, a nocleg w uroczym schronisku na szczycie niezapomniany. Tak wiec ostatecznie zdecydowalismy sie, ze naszym nastepnym przystankiem bedzie Nepal, gdzie planujemy ponad tygodniowy trekking pod Annapurne, jeden z osmiotysiecznikow.

Wojownicze plemie Naxi I 19 – 20.11.2011

Prowincja YUNNAN

LIJIANG – 19.11.2011 – 20.11.2011

Dotarliśmy do urodzajnej prowincji Yunnan, skąd pochodzi jedna z naszych ulubionych herbat. To tutaj żyło i częściowo nadal mieszka plemię Naxi oparte na zasadach matriarchatu. Tutaj kobiety prowadzą interesy i dbają o finanse rodziny. Mężczyźni w tym czasie oddają się muzyce bądź ogrodnictwu. W naszym przypadku faktycznie tak było i spotkane na naszej drodze kobiety z plemienia Naxi nie tylko rządziły twardą ręką, ale do tego były bardzo waleczne, wręcz agresywne, ale po kolei.

W związku z opóźnieniem naszego lotu o 3 h do Lijiang dotarliśmy późno, ok. 1 w nocy. Pokój otworzyła nam młoda dziewczyna i od razu poszła gdzieś spać nie prosząc nawet o zapłatę. W pokoju było zimno jak w psiarni, koc elektryczny nie działał i do tego nie było ciepłej wody, a marzyła nam się kąpiel. Wyszliśmy szukać dziewczyny, ale przepadła i nie odpowiadała na nasze nawoływania. Padnięci i wściekli poszliśmy spać.

Gdy obudziliśmy się rano podziębieni zdecydowaliśmy, że nie zapłacimy za pokój. Młoda dziewczyna zawołała Mama Naxi- właścicielkę hostelu. Mama Naxi krzyczała na nas przez 15 minut łamaną angielszczyzną, z której zrozumieliśmy tyle, że nie zapłaciliśmy więc powinniśmy byli spać na ulicy. Jak chcieliśmy dojść do słowa to mówiła o sobie w trzeciej osobie: „Mama Naxi no listen, no listen. No Money, you go street”. Zapłaciliśmy połowę ceny by nie kruszyć kopii i wyszliśmy z tego przybytku.

Znaleźliśmy nowy hostel 200m od Mama Naxi, którego właścicielką też była jakaś Mama Naxi, ale zarządzał nim spokojny chłopak, który codziennie grał na gitarze i śpiewał. W każdą niedzielę dawał koncerty muzyki sentymentalnej w barze naprzeciwko hostelu.

Lijiang jest bardzo turystyczny, mieliśmy wrażenie, że wszyscy Chińczycy się tu zjechali. Z drugiej strony miasto jest urocze, a mieso jaka na sniadanie bardzo pozywne. Lijiang posłużyło nam jako baza wypadowa do Wąwozu Skaczącego Tygrysa.

Pandy I 18.11.2011

Prowincja SECZUAN

CHENGDU 18.11.2011

Chengdu to ponad 10 milionowe miasto, stolica prowincji Syczuan, z wieloma wieżowcami i budynkami wielkiej płyty leżące w prowincji Syczuan. Zdążyliśmy trochę po nim pochodzić i zobaczyć ośrodek pand. Życie pand polega na wcinaniu bambusów i spaniu. Okres godowy pand przypada na kwiecień-maj, a ciąża trwa średnio 4 miesiące. Dlatego wszystkie pandy rodzą się w sierpniu bądź wrześniu. Widzieliśmy pandę, która urodziła się 30 września;)

Wieczorem wsiedliśmy w samolot do Lijiang.

Gliniana Armia I 15-17.11.2011

Prowincja SHAANXI

XI’AN 15.11.2011 – 17.11.2011

Xi’an jest 5 milionowym miastem, również byłą stolicą Chin, gdzie lwia część samochodów jeździ po wyznaczonych  pasach. Jest bardzo nowoczesne i eleganckie. Pełno tu galerii handlowych, a z drugiej strony widać klimatyczną starówkę i dzielnicę muzułmańską z kebabami, daktylami i chałwą.

Do Xi’an przyjechaliśmy w jednym celu- aby zobaczyć Terakotową Armię. Armia, którą odkryli niecałe 40 lat temu wieśniacy kopiący studnię, robi kolosalne wrażenie na żywo. Można oglądać tysiące żołnierzy zakopanych pod ziemią, aby strzegli grobu pierwszego cesarza, który zjednoczył Chiny- Qin Shi Huanga. To niesamowite, że żołnierze przetrwali pod ziemią ponad 2000 lat i dopiero niedawno zostali odkryci w tak dobrym stanie. Żołnierze i ich konie są naturalnych rozmiarów. Każdy ma inną, spersonalizowaną twarz odzwierciedlającą konkretnego wojownika. Pierwotnie wszyscy byli w kolorze. Wykopaliska nadal trwają i pozostaje tam jeszcze bardzo wielu żołnierzy czekających na wydobycie na światło dzienne – moze wiec jest to miejsce polskich archeologow, Robert? Chińczycy nazywają Armię Terakotową kolejnym z cudów świata.

W Xi’an zamówiliśmy kluski na chybił trafił z menu napisanego ręcznie bez żadnych obrazków, z cenami po chińsku. Kluski okazały się być z mięsem, które dziwnie smakowało co niezdrowo uruchomiło naszą wyobraźnię. Zjedliśmy po misce popijając 2 herbatkami i 2 piwami. Gdy płacąc rachunek okazało się, że cały obiad z napojami kosztował nas na dwie osoby 21 yuanów (10 złotych) to uznaliśmy, że był jednak bardzo smaczny.

 Z Xi’an, nauczeni doświadczeniem i zaopatrzeni w zupki chińskie, wsiedliśmy do nocnego pociągu jadącego do Chengdu.

Wiedzieliśmy, że w Chengdu zabawimy bardzo krótko, niecałą dobę w oczekiwaniu na samolot więc zastanawialiśmy się co zwiedzić. Wtem dostaliśmy znak z niebios gdyż na dolnej pryczy ujrzeliśmy pandę, z której słynie miasto Chengu. Po głębszej analizie okazało się że panda była niską, tęgą Chinką (podejrzewamy, że była w ciąży), której wygląd i zachowanie nas bardzo zmyliło. Panda – Chinka całą drogę wcinała bambusa (w pociągach często sprzedają bambusy), głośno odgryzając korę, a potem przez całą drogę (jechaliśmy 16h) coś jadła (bambusy, owoce, zupki chińskie, ryżową potrawkę, wołowinę i inne specjały), z krótkimi przerwami na drzemkę.

Budda i Kung Fu I 12 – 14.11.2011

Prowincja HENNAN

LUOYANG 12.11.2011 – 14.11.2011

Z Pingyao przedostaliśmy się do Luoyang, jednej z wcześniejszych stolic Chin. Tu szybciutko kupiliśmy zupki chińskie. Są pyszne! Wybór szeroki, do wyboru, do koloru. Na obrazkach są różne rodzaje mięs, chociaż i tak pewnie nawet koło mięsa nigdy te zupki nie stały.

Następnego dnia z rana wyruszyliśmy autobusem miejskim oglądać klasztor Shaolin. Wysiedliśmy z autobusu pod klasztorem, autobus pojechał dalej, a my zorientowaliśmy się, że w autobusie została kurtka Marcina. Marcin zaczął gonić autobus, ale ten bardzo przyspieszył i był nieuchwytny. Zaczęliśmy krzyczeć na lewo i prawo, mieliśmy szczęście bo wkoło stało wiele osób oraz policja. Marcin wsiadł na skuter z pierwszym lepszym Chińczykiem i pognał za autobusem, a ja krzyczałam do policjanta „help, help!”. Przygoda skończyła się tak, że policja zrobiła blokadę i zatrzymała autobus, Marcin podjechał tam na skuterze, a Chińczycy rozpromienili się gdy Marcin ponownie pojawił się w autokarze i zabrał swoją kurtkę. Chińczyk od skutera żądał zapłaty za pomoc i był zadowolony z 10 yuanów (5 zł), które otrzymał. Podobno nawet jak się złapie autostop, co jest raczej rzadkim zjawiskiem, to Chińczycy i tak oczekują zapłaty.

Po tej rozgrzewce poszliśmy do klasztoru, którego lata świetności już dawno minęły. Prawdziwego mnicha tam nie uświadczysz, a adepci kung fu za drobną opłatą pokazują swoje umiejętności na raczej średnim poziomie. Na szczęście dla przyszłości kung fu w klasztorze pojawił się wysłannik miejskiego stylu Shaolin, reprezentant PJP EliteCrewClub, który zademonstrował swoje niespotykane umiejętności. Podziw i szacunek rysował się na twarzach zdezorientowanych wychowanków klasztoru. Na miejsce został ściągnięty Wielki Przeor Klasztoru, który osobiście wręczył wysłannikowi PJP dożywotnie zaproszenie do szkoły kung fu dla niego i jego ekipy. Ten udany wyjazd został przypieczętowany 在akupem shurikena.

Następnego dnia zwiedziliśmy groty Longmen wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Są to wykute w skale na przestrzeni1 kmrzeźby przedstawiające Buddę i członków dworu cesarskiego. Były one zamawiane przez cesarzy, generałów i arystokrację jako ofiara o sprzyjający los i szczęście.

Pod grotami utwierdziliśmy się w przekonaniu, że dla turystów są wyższe ceny niż dla Chińczyków. Skusił nas tam zapach omletów, które pani smażyła na ulicy. Podejrzeliśmy, że przed nami Chińczyk zapłacił za placek 2 yuany (czyli 1 złoty). Poprosiliśmy więc o omleta, a sprzedawczyni pokazuje, że kosztuje 5 yuanów. My na to na migi, że pan przed nami zapłacił 2 yuany, na co pani z rozbrajającym uśmiechem pokazuje nam, że w takim razie musimy zapłacić 3 yuany.

Wieczorem zjedliśmy kolecje w bardzo „eleganckiej”, lokalnej restauracji. Nie wiedzieć czemu zaproszono nas do pustych stolikow na zapleczu;) Zaserwowano nam potrawkę z kurczaka z kluskami. Podana na jednym dużym talerzu wyglądała na kurczaka z ziemniakami i warzywami. Jak zjedliśmy większość, przyszła kelnerka i dorzuciła nam do brei kluski, abyśmy mogli spałaszować pozostający sos. Polecamy!

Z Luoyang zaszaleliśmy i kupiliśmy bilet na szybki pociąg jadący 250 km/h i po dwóch godzinach, wieczorem byliśmy w Xi’an. Są oddzielne dworce dla szybkich pociągów, które wyglądają luksusowo, jak lotniska. Na tym dworcu widzieliśmy eleganckich Chińczyków w markowych bądź quasi markowych ubraniach.