Tongariro i Glowworms I 16-18.12.2024
Tongariro to najstarszy park narodowy w Nowej Zelandii, a trekking Tongariro Alpine Crossing figuruje wysoko na liście miłośników natury. Trasa ta jest uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie.
Przygotowaliśmy się solidnie na tę trasę, łącznie z rozmową motywacyjną wygłoszoną dzieciom, które miały przejść 20 km po trudnym, górzystym terenie. Jednak zbyt mocny wiatr pokrzyżował nam plany. Firma transportowa odwołała nam podwózkę na początek trasy. Trasa została „zamknieta” – a dokładnie z uwagi na wiatr sięgający 90 km/h odradzono wyjścia na wszelkie odkryte szlaki przez najbliższe kilka dni.
Z bolącym sercem zrobiliśmy zamiast Alpine Crossing 12-kilometrowy trekking Tama Lakes- przed końcem zawróciliśmy gdyż szła ulewa. Nawet na tym trekkingu wiało niemiłosiernie i prawie nam zwiało dzieci.
W parku Tongariro kręcono wiele scen do „Władcy Pierścieni” jak i „Hobbita”, między innymi sceny z Mordoru.
Podjechaliśmy na Mount Ruapehu – jeden z najaktywniejszych wulkanów na Ziemi, który wybuchał w 1861, 1895, 1903, 1945, 1969, 1971, 1975, 1988, 1995, 1996, 1997 i ostatnio w 2007 roku. W kraterze wulkanu znajduje się jezioro, które stale paruje i stąd nazwa maoryska tłumaczona jako „wybuchające jezioro”. Zdziwiło nas, że na tym aktywnym wulkanie znajduje się ośrodek narciarski. Góra Ruapehu odegrała rolę samotnej góry w Hobbicie.
Pod wieczór dzieci wypatrzyły mini golfa przy pobliskim pubie więc zakończyły dzień jedną rozegraniem jednej partyjki.
Glowworms – Waitomo cave
Jaskinie ze świecącymi punkcikami, można zobaczyć tylko w Australii, Nowej Zelandii i ponoć w Ameryce Północnej więc nie mogliśmy ominąć tej atrakcji. Wybraliśmy najsłynniejsze miejsce w Nowej Zelandii do podglądania larw muchówki. Larwy te wystawiają taką długą lepiącą nitkę niczym pająk i aby zachęcić ofiarę do zbliżenia się, emitują niebieskie światło. Małe owady lecą do światła i łapią się w pułapkę z lepiącego sznurka.
Nasza wycieczka rozpoczęła się od zwiedzania piechotą jaskini; podziwiania stalaktytów, stalagmitów i kolumn oraz sprawdzania akustyki głównej komnaty poprzez chóralne śpiewanie „Jingle Bells” (święta za pasem). Następnie wsiedliśmy na pokład małej łódeczki i w całkowitej ciemności i ciszy podziwialiśmy tysiące niebieskich światełek nad naszymi głowami, które przypominałyby rozgwieżdżone niebo gdyby nie świadomość, że nad nami jest tysiące lepkich „języków” larw. Przeżycie jest niesamowite i aż żal, że nie można go uwiecznić krótkim video.











Taupo i sportowe emocje Ironman 70.3 I 11-16.12.2024
W końcu dotarliśmy do Taupo, czyli do miejsca, przez które w ogóle znaleźliśmy się w Nowej Zelandii.
Gdy rok temu Marcin dostał kwalifikację na Mistrzostwa Świata połówki Ironmana w Nowej Zelandii, pomysł ten wydawał się bardzo odległy. Dzieci od razu zapowiedziały, że lecą z tatą i nie było odwrotu- Marcin nie mógł polecieć tu sam (jak wcześniej na Mistrzostwa Świata w Lahti).
Już w drodze do Taupo spotykaliśmy rzesze atletów rozpoznawalnych przez akcesoria Ironmana czy przymocowany do auta rower. Marcin roweru nie miał, wymagałoby to od nas wyższej logistyki. Zlitowała się koleżanka Marcina- Agnieszka i zgodziła, by po jej zawodach kobiet, następnego dnia Marcin pożyczył od niej rower na swoje zawody. Nieco za mały na Marcina, ale i tak nie zamierzał ścigać się z prosami.
Wydarzenia towarzyszące mistrzostwom to biegi dzieci- chłopcom świetnie poszło (Iggi 800m, Bartek 500m); Ignac przybiegł drugi – niestety był zawiedziony brakiem podium. Dla rodzin przewidziano jeszcze Fun Run na 5 km, w którym wystartowała Ola klnąc pod nosem, ze musi zacząć ćwiczyć by nie wyzionąć ducha na tak krótkich dystansach..
Do Taupo przyjechało ponad 5000 sportowców z całego świata, a Polaków było ok 100, dzięki czemu byliśmy aż 10tą siła zawodów pod względem liczebności!
W dniu zawodów żona Marcina miała nadzieję, że nie będzie mocno wiało gdyż jezioro Taupo (największe jezioro w Nowej Zelandii, powstało w kalderze wulkanu, który wciąż jest aktywny sic!) jest niczym morze, gdzie przy wietrze tworzą się ogromne fale. Towarzyszył jej również lęk przed jakąkolwiek kontuzją mogącą wynikać z jazdy na nieznanym sprzęcie.
Sportowców zagrzewali do walki Maorysi tańczący hakę, a cała atmosfera była podniosła i pełna emocji. Odliczanie i start kolejno wszystkich kategorii wiekowych.
Chłopcy wiernie kibicowali tacie mimo upału, pokonawszy biegając ponad 10 km.
Kibicowaliśmy też innym znajomym, trzymając kciuki za wszystkich Polaków i w ogóle wszystkich sportowców.
Krótka relacja Marcina z zawodów: „Było super. Cieplutko, masa kibiców i ładna trasa. Startowałem w pierwszej fali za prosami, a przed startem była haka co nas zagrzała do boju. Pływanie było z super widocznością i idealną temperaturą. Wziąłem stara, zniszczona piankę aby po zawodach wyrzucić (a ostatecznie udało się sprzedać w Auckland później…) i parę razy mi się rozpięła i woda chłodziła plecy. Po pływaniu było długie T1 z podbiegami i wskoczyłem na rower, który był dość wymagający (ok. 900 m przewyższeń). W Nowej Zelandii maja chropowaty asfalt wiec trzeba było odpowiednio rower przygotować no i siebie na wstrząsy. Jechałem na pożyczonym rowerze rozmiar S, wiec i tak jestem w szoku ze bez większych bóli przejechałem cala trasę. Rower sprawił się świetnie i jestem wdzięczny Agnieszce za pożyczenie żółtej strzały. Bieg składał się z 2 pętli wśród tłumu kibiców – pierwszy raz widziałem tak rewelacyjny doping na każdym metrze trasy. Do tego tysiące sympatycznych i pomocnych wolontariuszy. Na biegu na 3km złapały mnie mocne kolki – pewnie od za małego roweru – wiec zwolniłem. Do tego doszły małe skurcze, a moim celem był przyjemny bieg i cieszenie się trasą i zawodami. Nie walczyłem o pozycję, więc już na spokojnie człapałem do mety w bardzo spokojnym tempie 5,15 min/km, co widać na załączonym filmiku: https://youtu.be/mHWFbgYb69s
Ogólne wrażenia – rewelacja. Najlepsza organizacja jaka widziałem – zarówno na trasie, jak i dla kibiców czy organizacja miasta – zero korków, dostępne miejsca parkingowe blisko startu. Trzeba to powtórzyć”
Wieczorem razem z Agą i Piotrkiem wspólnie świętowaliśmy ukończenie zawódów podczas bankietu atletów.
Taupo to raj dla wędkarzy łapiących ogromne pstrągi, jak i dla amatorów sportów wodnych czy pieszych wędrówek. I co istotne dla nas- w jeziorze nie ma rekinów więc można pływać bez stresu😊
W Taupo przepiękny był rejs statkiem po jeziorze, podczas którego mogliśmy podziwiać 10 metrową, współczesną rzeźbę maoryskiego przywódcy. Zaintrygował nas też golf, gdzie celuje się z brzegu, a dołek jest na platformie na jeziorze Taupo. Bisko platformy widać nurka wyławiającego niecelnie wystrzelone piłki.














Picton/ Wellington: Te PaPa I 08-11.12.2024
Po dwóch tygodniach i przejechaniu camperem 2500km opuszczamy promem wyspę południową. Sami byliśmy zaskoczeni ilością przemierzonych kilometrów, szczególnie, że Nowa Zelandia ma obszar mniejszy od Polski, jednak jest straaaasznie długa. Przez te 2 tygodnie codziennie spaliśmy w innym miejscu, by w swej zachłanności zobaczyć jak najwięcej (w końcu małe jest prawdopodobieństwo byśmy tu jeszcze wrócili).
Wellington
Zdziwiła nas niska zabudowa stolicy, ale znowu- chodzi o bezpieczeństwo w przypadku trzęsienia ziemi.
Jeden dzień na stolicę to niezbyt wiele, ale ogrody botaniczne, na które wjeżdża się kolejką linową, tętniący życiem i pełen biegaczy port i linia brzegowa nas zauroczyły. Spaliśmy w samym centrum miasta w camperze, przy małym parku na tyłach muzeum Te Papa. Wieczorem zaskoczyła nas głośna muzyka i język arabski z megafonu – okazało się ze w parku nieopodal Syryjczycy świętowali obalenie reżimy as Asada. Głośno było aż do 21, bo potem przecież cisza nocna się powoli zaczyna.
Wracając do muzeum Te Papa to jest niesamowite i można tam spędzić kilka dni eksplorując historię kraju od czasów przed przybyciem pierwotnych ludów, a potem Cooka, po współczesne. To co nas zaskoczyło, to fakt, że Maorysi są w Nowej Zelandii tylko od 800 lat. Jakoś byliśmy przeświadczeni, że przybyli tu dużo wcześniej, jak Aborygeni w Australii (40.000 – 60.000 lat). Ciekawe było przeczytać jak podobne są języki mieszkańców wysp Pacyfiku do języka maoryskiego.
W muzeum można poczuć empirycznie jak to jest być w domu podczas trzęsienia ziemi, które to nawiedzają Nową Zelandię.
Z Wellington podjechaliśmy do Auckland oddać nasz ukochany dom na kółkach. Żal nam było się rozstawać, uważamy, że jest to genialny sposób na podróżowanie z dziećmi; nie trzeba się co chwilę rozpakowywać, w każdej chwili można zjechać i zrobić sobie herbatę czy ugotować obiad albo uciąć krótką drzemkę przed dalszą drogą. Można zaszyć się w lesie gdyż jest się całkowicie samowystarczalnym.






Nelson, Abel Tasman i niegroźne rekiny I 06-08.12.2024
Leżące nad zatoką Tasmana i okolone z trzech stron górami Nelson stanowi bazę wypadową do licznych trekkingów. Najbardziej znany szlak prowadzi przez Abel Tasman National Park – Abel Tasman Cost track i liczy 60 kilometrów.
Dojechaliśmy na camping dość późno i skierowaliśmy swe kroki na plażę.
Nieopodal ludzie pływali i łowili ryby. Nasi chłopcy moczyli nóżki. Po chwili usłyszeliśmy zamieszanie 100 m od nas. Wędkarze złapali grubą rybę i walczyli we trzech by ją wyciągnąć. Gdy to nastąpiło naszym oczom ukazał się.. rekin.
Po dłuższej pogawędce okazało się, że wędkarze co kilka godzin wyławiają rekina, a zatoka jest ich pełna. Są one jednak niegroźne i ludzie się kąpią. Wędkarze twierdzili, że mieli nawet nagranie z drona, na którym na powierzchni wody pływają ludzie, a pod nimi rekiny. Wieczorem byliśmy świadkami złowienia kolejnego rekina przez inną grupę wędkarzy, którzy czipowali je dla celów naukowych. Twierdzili, że tydzień wcześniej wyłowili 3 metrowego rekina.
Nie dawało nam to spokoju gdyż nasz camping był przy samej plaży, a nigdzie nie widzieliśmy znaków ostrzegawczych.
Po rozmowie z recepcją campingu, która była zdziwiona obecnością rekinów, bądź tylko udawała zdziwienie, odnieśliśmy wrażenie, że Nowozelandczycy po prostu żyją ze świadomością, że rekiny pływają wkoło, ale są niegroźne więc nic sobie z ich obecności nie robią. Później jeszcze na północnej wyspie NZ również natykaliśmy się na rekiny i słyszeliśmy tę samą śpiewkę – „one są niegroźne”.
Inaczej niż w Australii, gdzie po pierwsze są znaki, a po drugie przy plażach zainstalowano siatki, by żaden rekin nie wpłynął do zatoki czy w okolice plaży.
Marcin, wbrew woli żony, zdecydował się zrobić trening pływacki, jednak sama świadomość bliskości „niegroźnych” rekinów sprawiła, że wyszedł z wody po 20 minutach.
Poza plażowaniem i zwiedzaniem Nelson, zrobiliśmy jeszcze kilkugodzinny trekking w Abel Tasman National Park, prowadzący przez las deszczowy i gigantyczne paprocie.








Wanaka i zachodnie wybrzeże: Haast, Franz Josef Glacier, Hokatika I 02-06.12.2024
Wanaka to kolejny przepiękny letni i zimowy kurort, doskonały na aktywny odpoczynek. Nie zostaliśmy tam jednak długo gdyż czas nas gonił.
Odwiedziliśmy Puzzilg World czyli świat iluzji, który przypadł do gustu dzieciom, szczególnie zabawa w Minotaura w wielkim labiryncie. Przeszliśmy się brzegiem jeziora Wanaka, zobaczyliśmy instagramowe drzewo wynurzające się z wody i ruszyliśmy dalej.
Udaliśmy się w stronę zachodniego wybrzeża, po drodze musieliśmy przebić się przez pasmo górskie, gdzie pogoda jest dość kapryśna. Stawaliśmy po drodze na licznych lookoutach zwieńczonych wodospadami bądź widokami tropikalnej roślinności.
Dotarliśmy do Haast– miasteczka na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc, a niektórzy mówią „tak”-jak moja przyjaciółka, która zaręczyła się w Haast właśnie.
To na zachodnie wybrzeże, m.in. do Haast Maorysi przybywali w poszukiwaniu kamienia pounamu- nefrytu, z którego wyrabiano ozdoby, broń czy narzędzia do rytuałów. Wierzono, że kamień ma szczególną moc gdyż został podarowany przez bogów.
Samo Haast wpisane jest na listę dziedzictwa kulturowego Unesco z uwagi na nietkniętą przez cywilizację naturę, gdzie czas zatrzymał się miliony lat temu.
Pogoda nas nie rozpieszczała więc zamiast wypatrywać pingwinów oraz grzbietów delfinów, ruszyliśmy dalej na północ.
Lodowce
Przez ocieplenie klimatu lodowce, takie jak Franz Josef, leżący w dolinie nowozelandzkich Alp Południowych, z roku na rok się kurczy. Teren wkoło pracuje więc ze względów bezpieczeństwa punkty widokowe są oddalone od lodowca o kilka kilometrów. By podziwiać lodowiec z bliska można wykupić lot helikopterem. My zdecydowaliśmy się na krótki trekking do ogólnodostępnego punktu widokowego.
West Coast Treetop Walk
Zatrzymaliśmy się 17 kilometrów na południe od miasta Hokitika by pochodzić w koronach drzew rimu i kamahi, 20 metrów nad poziomem ziemi. Z wysokiej na 47 metrow wieży można podziwiać widok na jezioro Mahinapua bądź odważyć się i zjechać tyrolką (zipline) na sam dół, co cała nasza czwórka uczyniła.
Hokitika Gorge Track
Odbiliśmy jeszcze na wschód by dotrzeć do lazurowej rzeki Hokitika, jednak może przez zachmurzenie przybrała barwę szaro-burą
W Hokitika mieliśmy cudowny camping z wieloma atrakcjami dla dzieci. Odwiedziliśmy też Centrum kiwi, gdzie dostaliśmy zdjęcie kiwi w zamian za nierobienie mu zdjęć. Wielką atrakcją okazały się raki, które dzieci mogły łowić do woli i potem wypuszczać. Stanowisko z gigantycznymi węgorzami, które miały po 100 lat również robiło wrażenie.
Shantytown
Nie omieszkaliśmy zatrzymać się w Shantytown, gdzie dzieci mogły zobaczyć jak wyglądały miasteczka objęte gorączką złota w XIX w. Poza standardowymi metodami wydobycia złota, ciekawy był pokaz wydobycia poprzez działo na wodę, które rozpuszczało ziemię ze złotem. Nie zabrakło również zabawy w poszukiwanie złota czy przejażdżki zabytkową lokomotywą.





























Queenstown i Milford Sound I 29-02.12.2024
Queenstown– około 20-tysięczne miasto, położone nad urokliwym jeziorem Wakatipu jest rajem dla wszystkich kochających aktywności outdoorowe. Jest to takie nasze Zakopane, tylko mniej ma naganiaczy na wspólne zdjęcie 😉 Jest to punkt startowy dla wielu wędrówek, mieści się tu także kurort narciarski the Remarkables, do którego ściągają Nowozelandczycy oraz Australijczycy.
To tu czekał na nas domek na kółkach, który miał dać nam schronienie przez najbliższe 2 tygodnie zwiedzania wyspy południowej. Uznaliśmy, że 2 tygodnie wystarczą na próbę czy się nie pozabijamy na tak małej przestrzeni. Nie wynajęliśmy go na miesiąc zwiedzania obu wysp również z uwagi na koszty- wychodził drożej niż wypożyczenie samochodu osobowego i nocowanie na Airbnb czy campingach.
Do wypożyczalni podjechał także Amerykanin, który umówił się z Marcinem na sprzedaż swojego roweru przed wyjazdem powrotnym do Stanów. Marcin kupił szosę za atrakcyjną cenę, by mógł trenować przed Mistrzostwami Ironmana.
W samym Queenstown wjechaliśmy gondolą na wzgórze Bob’s Peak, by zobaczyć piękny widok na miasto i okalające je góry. Dzieci namówiły nas na luges, które bardzo przypadły nam do gustu.
W ramach treningu Marcin podjechał rowerem do Arrowtown przepiękną gravelowo – szosową drogą. Po drodze udało się zaliczyć wystawę starych i nowych super-samochodów. Samo Arrowtown to malownicze miasteczko, które słynie z dobrze zachowanego dziedzictwa z czasów gorączki złota.
Skosztowaliśmy także ponoć najlepszego burgera w Nowej Zelandii lub wg, niektórych – na całym świecie – Fergburger, który w swoim menu ma zarówno wersję wegetariańska, jak i poza wszechobecną jagnięciną burgera o nazwie Bambi- z jelonka, których farmy mijamy po drodze. Rzeczywiście bardzo dobry.
Milford Sound
Z Queenstown pojechaliśmy do spokojnego, sielskiego Te Anau, położonego nad urokliwym jeziorem o tej samej nazwie- drugim największym w Nowej Zelandii (po Taupo), a największym na wyspie południowej, w okolicach którego żyje sobie zagrożony wyginięciem ptak Takahe- nielot, którego głos przypomina ryczenie osła.
Nocowaliśmy w buszu nad jeziorem Te Anau. Chłopcy byli zachwyceni możliwością parkowania naszego domku tak blisko natury i do późnej nocy budowali szałasy.
Rano ruszyliśmy z naszego lasu do zatoki Milford Sound. Obszar fiordów to najbardziej deszczowy rejon w Nowej Zelandii i jeden z najbardziej deszczowych na świecie. Pada tam przez 183 dni w roku. Niestety pogoda nas nie zaskoczyła i zmierzaliśmy camperem do portu w Milford Sound w deszczu i we mgle, pełni obaw czy będzie cokolwiek widać.
Po zaparkowaniu na parkingu w Milford od razu przyuważyły nas wszystkożerne i drapieżne papugi Kea i zaczęły się pakować do campera. Musieliśmy je przeganiać gdyż już w wypożyczalni ostrzegano nas, że ptaki te potrafią narobić niezłej rozróby, nadgryzając chociażby uszczelki samochodowe czy kradnąc drobne przedmioty. Kea przyłapano także na żerowaniu na owcach- wyjadały im tłuszcz ze grzbietów. Do roku 1970 roku rząd Nowej Zelandii płacił nagrody za każdą zabitą keę, z uwagi na szkody wyrządzane osadom ludzkim. Gdy populacja kei niemiłosiernie spadła, zakazano tego procederu i aktualnie kea jest pod ochroną, ale trzeba się mieć przy niej na baczności gdyż w ogóle się nie boi ludzi.
Gdy nasz prom odbił od brzegu, zaczęło się powoli przejaśniać, aż w połowie dwugodzinnej wycieczki słońce przebiło się całkowicie przez chmury.
Fiord Milford Sound został uformowany przez lodowiec, który spływał do morza i wyrzeźbił rów. Na końcu fiordu dopływa się do morza tasmańskiego. Fiord otoczony jest przez wysokie formacje skalne, podziwiać można też liczne mniejsze i większe wodospady.
Mieliśmy ogromne szczęście zobaczyć zarówno grzbiety delfinów, jak i foczki wylegujące się na skale oraz dwa pingwinki skaczące przy brzegu.
Na statku poznaliśmy młodą parę z Chile, która wyemigrowała 6 lat temu i osiedliła się w wiosce na samym południu. Twierdzili, że jest tam duża kolonia Chilijczyków, którzy szukają lepszego życia blisko natury. Opowiadali, że wyspa południowa jest bardzo bezpieczna, szczególnie samo południe, jedyny mankament to ten deszcz..
W drodze powrotnej stawaliśmy na różnych punktach widokowych. Wiele miejsc przypomniało nam austriackie i szwajcarskie doliny, a same fiordy nieco zatokę Ha Long w Wietnamie.














Christchurch (Nowa Zelandia) I 28-29.11.2024
Opuściliśmy kraj Down Under i wyruszyliśmy ku dalszej przygodzie, która czekała na nas za rogiem, a właściwie za skrzydłem.
Wsiadając na pokład samolotu w Sydney mieliśmy nadzieję wylądować na wyspie południowej Nowej Zelandii- w Queenstown, gdzie czekał na nas domek na kółkach.
Pod koniec lotu samolot zaczął się trząść niemiłosiernie. Marcin siedział z dziećmi po przeciwnej stronie korytarza i zachował pokerową twarz przy mnie i dzieciach więc nie pozostało mi nic innego jak ściskać rękę siedzącej obok mnie Angielki, która mnie uspokajała mówiąc, że skoro maski jeszcze nie wypadły to nie jest tak źle. Turbulencje trwały lata świetlne, a gdy nieco ustały, pilot zaczął podchodzić do lądowania.
I już, już mieliśmy dotknąć ziemi, gdy nagle samolot poderwał się ostro do góry. Po chwili usłyszeliśmy komunikat, że lądowanie się nie powiodło z uwagi na silny wiatr i w związku z powyższym lecimy do oddalonego o 500 km Christchurch.
Było nam już obojętne gdzie nas wywiozą, oby tylko wylądować szczęśliwie.
Dalej z turbulencjami, nieco mniejszymi, wylądowaliśmy w Christchurch, gdzie dostaliśmy nocleg i bilet na lot następnego dnia do Queenstown.
W ten sposób zwiedziliśmy drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii, które podniosło się o trzęsieniu ziemi z 2011 roku. Dowiedzieliśmy się, że niska zabudowa w wielu miastach Nowej Zelandii wynika właśnie ze strachu przed trzęsieniem ziemi.
Podeszliśmy także na największy w Nowej Zelandii plac zabaw (w naszym odczuciu przeciętnej wielkości). Tutaj z kolei naćpany pan zaczął zaczepiać Marcina, a potem innych beztroskich przechodniów. Szybko ktoś wezwał policję i byliśmy świadkami pościgu czterech policjantów na jednego uciekiniera, który mimo wskoczenia na swój rower, nie zdołał umknąć.
Po tym dniu pełnym wrażeń wszyscy zasnęliśmy w trymiga i o poranku podjęliśmy drugą- tym razem udaną próbę dotarcia do naszego campera.
Wsiadając do samolotu witaliśmy się z towarzyszami naszej niedoli niczym z najlepszymi przyjaciółmi. Posadzono nas identycznie jak dzień wcześniej więc znowu mogłam ściskać Angielkę w momentach zwątpienia w kwalifikacje pilota. Okazało się, że Angielka (która od lat mieszka w Australii), planuje ze swoją przyjaciółką podróż po Europie i jesteśmy umówieni, że za rok nas odwiedzą w Warszawie😊
Gdy wylądowaliśmy szczęśliwie w prawidłowej destynacji dowiedzieliśmy się, że z uwagi na położenie Queenstown między górami, gdzie hula wiatr, dość często dochodzi do lądowań w innych miastach.







Sydney I 23-28.11.2024
W Sydney zamieszkaliśmy u Piotrka, którego poznaliśmy 12 lat temu w Australii oraz u jego żony Teresy. Tak nas rozpieszczali kulinarnie, że wyjechaliśmy zapewne z dodatkowymi kilogramami. Chłopcy poznali nowe smaki i po wyjeździe wspominali jeszcze z rozrzewnieniem kuchnię naszych gospodarzy, a my także oblizujemy się jeszcze na samo wspomnienie.
Odbyliśmy również podróż sentymentalną z Piotrkiem i pojechaliśmy tak jak 12 lat temu do Blue Mountains pod Sydney. Nazwa pochodzi od niebieskiej łuny unoszącej się ponad drzewami- to eukaliptusy wydzielają olejki, które tworzą niebieską mgiełkę.
Ostatnie dni w Sydney spędziliśmy na rozmowach i graniu w karty z Teresą i Piotrkiem. Ponadtwo wybraliśmy się do przepięknie położonego Taronga zoo, gdzie m.in. można zobaczyć dziobaka: https://youtu.be/zyTILupoLw4 oraz wiele innych australijskich zwierząt, jak wombaty, kasowary, kangury, węże i pająki, koale, czy emu, ale również jest duża sekcja zwierząt afrykanskich czy nawet europejskich. Nie zapomnieliśmy równięż o plażowaliśmu na przedmieściach La Perouse, gdzie kręcono wiele scen z Mission Impossible 2. Starczyło też czasu na zakup souvenirów i wysłaniu ich do Polski czy tez na pogranie w piłkę z Natanem- synem Eweliny i Michała.
Żegnamy Lucky Country czy też Down Under i ruszamy poznać Kiwi:)















East Coast I 16-23.11.2024
NOOSA I 16-18.11.2024
Noosa to kurort porównywalny do naszego Sopotu, trochę zbyt dużo ludzi jak dla nas, ale warto tu przyjechać dla przechadzki po Parku Narodowym Noosa, gdzie do wyboru jest kilka tras – my wybraliśmy tę najbardziej popularną wzdłuż wybrzeża. Niestety nie wypatrzyliśmy koali na drzewach, które ponoć urzędują w parku.
Słona rzeka Noosa oferuje wiele atrakcji; rejsy łodziami, motorówkami i wszelkiej maści sporty wodne. Przy nabrzeżu można spotkać wielkiego Pelikana, skonstruowanego na Paradę Wód w 1977 roku. Wypuszczono go nawet raz na wodę, ale popsuł się wtedy biedaczek i trzeba było go długo naprawiać.
Dopytujemy w informacji turystycznej o koale, jednak ostatnio nie widziano ich w okolicy. Są za to kangury, zamieszkujące busz obok miejsca Elen Point i przychodzące tłumnie na lokalny camping.
Podjeżdżamy więc pół godziny od Noosa i zatrzymujemy się przy ścieżkach krajoznawczych. Faktycznie, kangurki sobie hasają wśród drzew skubiąc trawkę, ale płoszą się na nasz widok. Wiemy, ze potrafią być niebezpieczne, szczególnie przy posiadanym młodym potomstwie więc nie podchodzimy zbyt blisko. Z kolei po dojechaniu na camping w Elen Point widzimy całe stada kangurów, które niewiele sobie robią z obecności człowieka. Przyzwyczajone do oglądania turystów zajmują się swoimi sprawami i wyskubują trawniczek przy samych domkach campingowych.
Coffs Harbour I 18-20.11.2024
Opuszczamy Noosę i Gold Cost i ruszamy ponad 500 km na południe do portowego miasta Coffs Harbour.
Wita nas kapryśna pogoda, ale mimo to ocean robi kolosalne wrażenie. Surferom żadna aura niestraszna.
Udaje nam się zobaczyć Big Banana; region nazywany jest czasem Banana Coast i słynie głównie z plantacji bananów, ale także borówek, ziemniaków, ogórków, pomidorów, awokado i orzechów macadamia.
Australia chlubi się swoimi „Big Things”- wielkimi konstrukcjami, a czasem rzeźbami, które są charakterystyczne dla danego miejsca/regionu i z założenia miały przyciągnąć turystów (nazywane „pułapkami na turystów”). Lista Big Things zawiera ponad 1000 pozycji, m.in. figuruje tam: wieki banan, wielka gitara, wielki kapelusz, wielka krowa, wielka krewetka etc.
Idziemy też na walk do Muttonbird Island.
Cala wyspa usiana jest dziurami wyglądającymi niczym nory- są to schronienia ptaków, które nazwano muttonbird z uwagi na smak ich mięsa przypominający baraninę/jagnięcinę. Ptaki migrują na zimę do Azji, potem wracają na wyspę, łączą się w pary i wspólnie wysiadują jaja. Gdy potomstwo podrośnie, znowu zimą odlatują do Azji by potem wrócić do tego samego gniazda w ziemi, które naszykowały sobie przed zimą.
Nelson Bay I 20-23.11.2024
W drodze do Nelson Bay stanęliśmy na spacer w Urunga, gdzie idąc kładką zawieszoną nad wodą można podziwiać jak łączą się rzeki Bellinger i Kalang i wpadają do oceanu. Widać, że to też dobre miejsce dla wędkarzy, o czym świadczą chociażby specjalne stoły do patroszenia ryb.
Zauważyliśmy zarówno w Uranga jak i w innych przybrzeżnych miastach, tabliczki na kamieniach i kładkach nad samym oceanem, świadczące o tym, że wiele osób prochy bliskich oddało oceanowi.
Po dotarciu do Nelson Bay odbyliśmy Tomaree Coastal Walk, który pozwala dostrzec urokliwe położenie miasteczka i otaczających je zatok. Rozkoszowaliśmy się słońcem na dwóch plażach, dzieci pałaszowały fish and chips, a na koniec zobaczyliśmy wydmy, które jednak nie są w stanie doścignąć tych naszych w Łebie.
Wyjeżdżając podjechaliśmy do Rezerwatu Koali, który jest również odpowiedzialny za ratowanie koali z różnych wypadków i prowadzi szpital dla tych uroczych zwierząt.
Bardzo dużo się dowiedzieliśmy o koalach, m.in., że z misiem nie mają nic wspólnego i że należą do torbaczy, takich jak wombat czy kangur.
Koale jedzą przez około 4h dziennie, są aktywne przez godzinę, a resztę czasu przesypiają. Wynika to z faktu, że żywią się liśćmi eukaliptusa (są jedynymi zwierzętami, które trawią toksyny zawarte w liściach) i ich organizm potrzebuje bardzo dużo czasu na strawienie liści.
Koale czerpią wodę z liści eukaliptusa i nie muszą schodzić do żadnego wodopoju, poza okresami wielkiej suszy. W języku Aborygenów nazwa koala znaczy „no drink”.
Wiek koali można poznać po ich uzębieniu, a ich linie papilarne są bardzo zbliżone do tych ludzkich (mają 2 kciuki i 2 palce w przednich łapkach). Koale raczej schodzą z jednego eukaliptusa by znaleźć innego z mało toksycznymi liśćmi (rozpoznają po zapachu i także po zapachu rozpoznają czy dane drzewo nie jest już zajęte przez jakiegoś pobratymca), jednak jeśli drzewa są w bliskiej odległości, koale potrafią na nie przeskoczyć.
Koale żyją 10-15 lat, ale aktualnie często krócej z uwagi na liczne zagrożenia ze strony człowieka; wycinane są całe lasy eukaliptusowe pod budownictwo (w niektórych stanach bardziej, w innych mniej chroni się wildlife), ludzie grodzą się metalowymi płotami, a nie drewnianymi, których koale nie potrafią pokonać próbując dojść do swojego eukaliptusa, zwierzęta domowe jak psy zagryzają koale, a samo szczekanie psa w bliskim kontakcie z koalą może wystraszyć koalę na śmierć. Do tego dochodzą jeszcze wypadki samochodowe.
W drodze do Sydney zatrzymaliśmy się w Koala Habitat, czyli miejscu gdzie można wypatrzyć koale w ich naturalnym środowisku, jednak nie zauważyliśmy ani jednego torbacza, za to zostaliśmy obsikani przez chmary cykad, które wydalają nadmiar wody z zebranego nektaru.


















Brisbane I 13-16.11.2024
Z dwugodzinnym opóźnieniem, czasem wykorzystanym na homeschooling, przylatujemy do kolejnego stanu- Queensland.
W Brisbane wypożyczamy samochód i ruszamy w odwiedziny do Oksany i Mikołaja. Kasia, Marcina siostra, zna się z Oksaną od podstawówki i zarekomendowała nas jako mało uciążliwą rodzinkę😉 Bardzo dziękujemy Kasiu😉
Oksana i Mikołaj mieszkają w uprzywilejowanym miejscu, gdzie zawsze świeci słońce, na przedmieściach Brisbane, na urokliwym cyplu, który Marcin zjeździł na rowerze Oksany. Chłopcy, choć najpierw przerażeni wielkością psa gospodarzy – Rexa, po kilku dniach oswajają się i po wyjeździe tęsknią za Reksiem.
Przejeżdżamy obok przepięknej mariny, zwiedzamy urokliwą zatokę i pier, dzieci kąpią się w lagunie i basenie, budują fortece na plaży, a Marcin trenuje pływanie, bieganie i rower.
Dowiadujemy się mnóstwo o rynku nieruchomości. Australijczycy nie przywiązują się do domu czy mieszkania, często zmieniają miejsce zamieszkania albo dzielnicę, z uwagi na pracę bądź zmianę trybu życia. Widzieliśmy w tym stanie całe osiedla wybudowane dla osób 50+, które chcą trochę zwolnić i żyć spokojniej rzut beretem od plaży. Wszędzie widać mnóstwo billbordów z domami na sprzedaż, rotacja jest duża. Oksana tłumaczyła nam na czym polega downsizing- zmiana lokum na mniejsze w miarę zmieniających się potrzeb. Ciekawym zjawiskiem i zarazem formą spędzania wolnego czasu jest oglądanie domów na sprzedaż, można to robić weekendowo dla funu i rozeznania w nieruchomościach w okolicy, nawet jeśli nie planuje się kupna.
Czas pod Brisbane upłynął nam spokojnie na spacerach, pogaduchach i kąpielach. Aż trudno było jechać dalej.










