ULURU I 10-13.11.2024
Lot do serca Australii z Sydney trwa aż 3,5h, do pokonania jest 2500km. Zmieniamy nawet strefę czasową. Sydney-Polska różnica czasu wynosiła 10h, a teraz Ayers Rock/Uluru jest 8,5h.
12 lat temu przejazd do Uluru z Melbourne zajął nam kilka dni, gdzie kangury, wielbłądy i koale umilały nam gorącą trasę. Teraz poszło szybko, aż za, ale jeszcze inne miejsca czekają.
Uluru- świętą skałę Aborygenów, a dokładniej ludu Anangu (gdy Anglicy przybyli na kontynent istniało około 500 różnych języków i plemion Aborygenów) odwiedzamy w ostatnim możliwym momencie- przed latem interioru i temperaturami nie do wytrzymania. W 1985 rząd Australii oddał prawo własności Uluru miejscowym Aborygenom, plemieniu Anangu, które przekazało ją rządowi w 99-letnią dzierżawę. Zapewne dzierżawa będzie przedłużana…
Uluru- święta skała ludu Anangu, zatrzymuje w swych zagłębieniach i jaskiniach życiodajną wodę. Lud Anangu gromadził się pod Uluru; mieli wyznaczone miejsca na ceremonie dla mężczyzn, oddzielne dla kobiet, jaskinię mędrców, która była niejako szkołą, gdzie na ścianach malowano jadalne rośliny i uczono przetrwania w trudnych outbackowych warunkach. W innej strefie przygotowywano posiłki. Oczywiście Aborygeni zmieniali miejsce pobytu gdyż byli nomadami, poza tym zwierzęta szybko nauczyłyby się gdzie grozi im niebezpieczeństwo.
Przez lata turyści z całego świata wspinali się na Uluru, nie szanując próśb Aborygenów aby zaprzestać wchodzenia na ich święte miejsce. Dopiero w roku 2019, gdy wzrosła świadomość turystów, wielu też straciło tam życie, zakazano definitywnie wspinaczki.
Aborygeni- przedstawiciele najstarszej kultury, która przetrwała nieprzerwanie 60.000 lat, w naszych oczach są zawieszeni między dwoma światami: światem przodków, który został zniszczony i zdezaktualizowany, a światem białego człowieka, w którym są zagubieni.
Rząd Australii w 2008 roku przeprosił za prześladowania i szkody wyrządzone przez lata kolonizacji oraz za skradzione pokolenie (gdy odbierano Aborygenom dzieci celem przymusowej asymilacji kulturowej). Odtąd zmieniające się rządy biją się w pierś, jednak fiasko ostatniego referendum jest bardzo wymowne.
Referendum, przeprowadzone w październiku 2023, miało dać Aborygenom i wyspiarzom z cieśniny Torres szansę na doradzanie parlamentowi w kwestiach ich dotyczących. Australijczycy jednak nie zgodzili się na rozszerzenie praw autochtonów oraz wpisanie ich do konstytucji.
Według wielu komentatorów było to odebranie „prawa do istnienia rdzennej ludności w jej własnym kraju”. Inaczej niż sąsiednia Nowa Zelandia, Australia do dziś nie zawarła porozumienia ze swoimi rdzennymi mieszkańcami.
Dodamy, że Aborygeni od lat wnioskują o zmianę daty świętowania Dnia Australii na inną gdyż dla nich jest to Data Inwazji.
Uluru to miejsce magiczne. Tak jak outback, który wydaje się pustkowiem i wygląda bardziej jak sawanna. Outback skrywa wiele gatunków zwierząt jak dingo, kangury, emu, jaszczurki, pająki, węże i … dzikie wielbłądy oraz konie. Pamiętamy jak nas zdziwiły dzikie wielbłądy na outbacku gdy podróżowaliśmy 12 lat temu. Nie spodziewaliśmy się ujrzeć tu tych zwierząt.
Wielbłady sprowadzono w XIX wieku z Półwyspu arabskiego, Indii, Afganistanu aby pomóc kolonizatorom w transporcie i ciężkiej pracy w upalnych warunkach outbacku. Rozwój innych form transportu sprawił, że wielbłądy nie były już potrzebne i wypuszczono je na wolność. Populacja szybko się rozrosła zagrażając naturalnemu ekosystemowi oraz osadom ludzkim i od 2010 jest kontrolowana, często przez odstrzał, co budzi liczne kontrowersje. Odwiedziliśmy kolejne święte miejsce Aborygenów- Kata Tjuta/ the Olgas (oznacza „wiele głów”)- piaskowce czerwonej barwy, malowniczo wydrążone przez prądy wietrzne. Przepiękny tekking po Valley of the Winds, gdzie bardzo przydały się siatki na głowę gdyż uporczywe muchy nie odstępują człowieka na krok i włażą do oczu.

Uluru/ Ayers Rock








Sydney – Najpiękniej położone miasto Australii, a może i świata I 7-10.11.2024
Z lotniska odebrał nas Michał, którego poznaliśmy zupełnym przypadkiem w naszej podróży 12 lat temu. Michał to globtroter, który między innymi przebył bez użycia silnika, siłami natury Amerykę Południową, a rok temu także Australię. Wspierała go w tym projekcie żona Ewelina i syn Natan. Niesamowita rodzina podróżników – polacmy blog Michała: http://www.kozok.eu.
Po polskim śniadanku z rodziną Michała i odprowadzeniu Natana do szkoły, udaliśmy się komunikacją na najsłynniejszą i najbardziej obleganą miejską plażę w Sydney- Bondi Beach. Pogoda nie sprzyjała kąpielom więc mieliśmy całą plażę dla siebie. Chłopcy nie mogli sobie odmówić pluskania i zamków na plaży.
Przy Bondi znajduje się niesamowity odkryty basen ze słoną wodą czynny przez cały rok- Bondi Iceberg, założony w 1929 przez ratowników, którzy chcieli również zimą trenować formę. Australijską zimą, czyli w okolicach lipca, temperatura wody wynosi 16-20 stopni. Ocean przy dużych falach wręcz wlewa się do basenu, co robi niesamowite wrażenie. Aby stać się członkiem klubu Iceberg wprowadzono zasadę obowiązującą do dziś, stanowiącą, że pływacy muszą być obecni na basenie przez trzy niedziele z czterech przez 5 lat. Jeśli z pilnych powodów są nieobecni, mogą napisać oficjalne pismo usprawiedliwiające. Członkami mogli być tylko mężczyźni. Dopiero w 1995 roku do znamienitego klubu dopuszczono również kobiety. Z ciekawostek, od lat 30 klub organizuje w grudniu zawody Chicken Swim, w których wygrany dostawał faszerowanego kurczaka do zabrania na bożonarodzeniowy obiad. Aktualnie jest to wydarzenie rodzinne, a wygrany dostaje zabawkę w formie kurczaka. Basen przez lata został zmodernizowany, dodano kawiarnię, saunę i siłownię na poziomie wyżej.
Trzy czwarte z nas oddało się pluskaniu, tudzież treningowi, a jedna czwarta, której jet lag najbardziej dawał się we znaki, usnęła na płycie basenu. Następnie podążyliśmy wzdłuż wybrzeża trasą Cogee Walk. Z nabrzeża udało nam się wypatrzyć wieloryby w oceanie. W połowie trasy się rozpadało i wróciliśmy do naszych gospodarzy.
Kolejnego dnia, odświętnie ubrani, zaczęliśmy poranek od biegu na orientację w terenie, by ledwo zdążyć na wejście do Opery w Sydney. Mieliśmy bilety na koncert utworów Mozarta i Bacha pod batutą Australijki Simone Young. Dzieci były zachwycone koncertem w tak znamienitym entourage’u więc co chwilę dopytywały kiedy nastąpi koniec i będzie można pójść na lody.
Zdziwił nas ubiór publiczności; bardzo na luzie, niezbyt elegancki – może to wynika z szerokiej obecności turystów. Kolejna dziwna kwestia to wpuszczanie spóźnialskich między utworami, podczas braw- w Polsce dopuszczalne jedynie podczas antraktu.
Spacer deptakiem i prom na przedmieścia Sydney- do surferskiego raju o nazwie Manly pozwolił nam zobaczyć zatokę i emblematyczne budynki z perspektywy wody. Manly pachniało wakacjami i przypominało nam… Chałupy.
Kolejny dzień spędzamy na zabawach z Natanem w parku i na grze w planszówki. Marcin zaliczył jeszcze trening na rowerze Michała.
Po nocy Ewelina podwozi nas na lotnisko- wzywa nas Uluru😊













Ruszamy w podróż z dziećmi I 5-7.11.2024
Po 12 latach znów jesteśmy w Australii. Tak wiele się zmieniło przez te 12 lat, my się zmieniliśmy. Wiele wspaniałych osób przybyło, a wiele ukochanych odeszło.
Zegar z każdym rokiem przyspiesza, dni i tygodnie zaczynają zbijać się w miesiące, a okres między jednym a drugim Bożym Narodzeniem wypełniają cykliczne aktywności; czy coś się wydarzyło rok czy dwa, a może trzy lata temu, trudno powiedzieć.
Czy to przez pojawienie się dzieci życie nabrało tempa? Czy to my jesteśmy tak zachłanni i chcemy zbyt dużo zbyt intensywnie? Czy po prostu to świat przyspieszył, albo optyka zmienia się w miarę starzenia?
Może uda nam się w tej podróży wyrwać szponom czasu i sprawić, by choć przez te kilka miesięcy zaczął wolniej albo po prostu inaczej płynąć?
Cel, który nam przyświeca to złapać te momenty bliskości z dziećmi. Dziećmi, które zbyt szybko rosną i nim się obejrzymy pójdą dalej własną drogą. Spędzimy wspólnie kilka miesięcy podróżując głównie po Australii, Nowej Zelandii, Filipinach, Tajlandii i paru jeszce innych krajach.
A że wybraliśmy koniec świata? Zawody Marcina w Nowej Zelandii z pewnością były dobrym pretekstem, a sama podróż akurat w tym momencie naszego życia jawiła się jako realna.
Będzie to pewnie trochę podróż sentymentalna dla nas, a może trochę odkrywcza, widziana oczami dzieci.
I tak wyruszyliśmy 5 listopada 2024 roku z Warszawy przez Stambuł do Kuala Lumpur. Specjalnie zostaliśmy tu kilka godzin by zobaczyć stolicę Malezji przed kolejnym lotem. Z lotniska podjechaliśmy pociągiem do centrum miasta. Gdy wysiedliśmy z pociągu, buchnęła w nas fala tropików. Upał i niemiłosierna wilgoć przyklejały ciuchy do ciała. Jeśli dodać do tego zmęczenie dzieci, które zamiast spać oglądały filmy w samolocie, to robią się wprost idealne warunki na zwiedzanie miasta.
Wzbijając się na wyżyny cierpliwości i empatii podjechaliśmy taksówką pod wieże Petronas Towers- niegdyś najwyższą budowlę świata, aktualnie najwyższe na świecie bliźniacze wieże. W jednej z wież mieszczą się biura firmy Petronas- kolokwialna nazwa Petroliam Nasional Berhad (malezyjskiego koncernu naftowego i gazowego), a druga wynajmuje swoje biura licznym firmom. Ponadto budynek mieści centrum handlowe, salę koncertową, galerie sztuki i sklepy. Wieże były budowane w tym samym czasie przez 2 różnych wykonawców- Japończyków i Koreańczyków, by w ten sposób konkurowali ze sobą w szybkości budowy. Zmieścili się w przewidzianym czasie-sześciu latach.
Wieże zaprojektował dla rządu Malezji argentyński architekt César Pelli. Owczesny premier Mahathir miał wizję zbudowania niezwykłego budynku, z którego Malezyjczycy będą dumni i który będzie odzwierciedlał takie islamskie wartości jak jedność, harmonia czy stabilność. Dlatego chciał, by wieże widziane z góry opierały się na geometrycznych islamskich formach dwóch przecinających się kwadratów, tworzących ośmioramienną gwiazdę. Według architekta projekt tego typu nie wykorzystywał zbyt wiele przestrzeni, w związku z czym dodał jeszcze półokręgi między rogami gwiazd.
Na tyłach Petronas Towers mieści się urokliwy KCC Park, który miał na celu złagodzić szklaną dżunglę i wnieść nieco zieleni dla oka. W kafejce przy parku siadamy na lody pistacjowe, które dodają animuszu dzieciom.
Potem podjeżdżamy zobaczyć Rzekę Życia- projekt rewitalizacyjny terenu u zbiegu dwóch rzek- Kelang i Gombak. Wieczorami rzeki są podświetlane i z najstarszym meczetem Malezji w tle, tworzą ponoć niesamowity obrazek. Dla nas za dnia jednak czystość wody wciąż pozostawia dużo do życzenia.
Zerknęliśmy na Plac Niepodległości (Dataran Merdeka) nawiązujący do kolonialnej przeszłości, gdy Malezja była częścią Imperium Brytyjskiego i wróciliśmy pociągiem na lotnisko, by dzieci ucięły sobie drzemkę.
Potem jeszcze tylko 9h lotu z międzylądowaniem na Bali, gdzie przez okno pomachaliśmy części rodziny urzędującej akurat w Indonezji i po 2 dniach wylądowaliśmy w kraju Down Under.





Samba de Janeiro I 19-22.07.2012
Rio de Janeiro: 19.07.2012 – 22.07.2012
Rio z perspektywy miasta to plątanina chaotycznych ulic, gęsto naćkane wieżowce, biura przypominające wielką płytę i wysokie hotele zakrywające popołudniowe słońce nad Copacabaną. Ciężkie, wilgotne powietrze i temperatury osiągające 45 stopni latem.
Natomiast Rio z perspektywy wzgórza Pau do Azucar oraz z Corcovado, gdzie Chrystus przygląda się miastu to filmowa sceneria półwyspów i wysepek wśród błękitu oceanu, co można zobaczyć tu:
Brazylia to dla nas przede wszystkim ludzie, którzy wydają się wiecznie uśmiechnięci, pogodni, zawsze mają czas na pogawędkę z przechodniem. Sami z siebie nas zaczepiają aby spytać czy nie potrzebujemy podwózki, czy pomóc nam gdzieś trafić. Zagadują w supermarkecie by doradzić które pomidory są najsmaczniejsze. Kochają muzykę, która dociera do nas z przejeżdżających samochodów, otwartych okien i telefonów.
Wybieramy się z naszym kanapowym gospodarzem w piątkowy wieczór podejrzeć jak cariocas (mieszkańcy Rio) świętują weekend. Miejscem spotkań jest dzielnica Lapa, gdzie tłumy stoją na ulicach podrygując w rytmach samby, popijając caipirinię, piwo i inne trunki. Taki hiszpański „botellón”. Potem impreza przenosi się do licznych klubów, popularne są te z muzyką „forró”.
Innego dnia nasz gospodarz zabiera nas na spacer do faveli (brazylijskie slumsy), która znajduje się 500 metrów od jego domu, czyli w jednej z bogatszych dzielnic- Botafogo. Favela nosi nazwę Santa Marta i leży rzut beretem od domu burmistrza. Brazylia to kraj kontrastów… Tutaj Michael Jackson nakręcił teledysk „They don’t care about us” (a częściowo też w mieście Salvador). Budynki od tego czasu niewiele się zmieniły, ale kwestie bezpieczeństwa uległy znacznej poprawie; 3 lata temu oczyszczono favelę z gangów narkotykowych. Patrol policji stoi u podnóża i w środku faveli.
Rio dzieli się na świat faveli i świat poza favelą, nazywany „asfalto” (asfalt). Większość ludzi z faveli pracuje w asfalcie, sprzedając na ulicach czy kelnerując w knajpach. Nie jest tak, że wszyscy chcą się wyrwać z faveli do tego lepszego, asfaltowego świata. Ludzie z wyboru mieszkają tu przez całe życie i nawet jak się dorobią i stać by ich było na zakup małego mieszkanka pod Rio to więź z favelą, gdzie się wychowali, gdzie wszystkich znają z imienia jest tak silna, że niewielu decyduje się ją opuścić. Mówimy tu o spokojnych favelach, nie tych rządzonych przez baronów narkotykowych.
Niedzielne popołudnie w Santa Marta nie odbiega od niedzielnego popołudnia w Warszawie- jedni piją piwko na ławce, inni robią domowe porządki (wysypując cały syf za okno na chodnik obok;), dzieci biegają puszczając latawce. Wolni ludzie, chociaż wybudowany niedawno przez rząd mur, który ma zapobiec rozrastaniu się faveli i kilka kamer zamieszczonych w strategicznych punktach sprawiają, że ci ludzie wciąż nie są traktowani na równi z innymi obywatelami.
Brazylia była dla nas niczym wisienka na torcie w 9-miesięcznej podróży. Stąd lot do Londynu, gdzie przez 2 dni możemy przyglądać się przygotowaniom do Olimpiady oraz rochę odpocząć, a potem już home sweet home!
Na zakończenie chcemy podzielić się z Wami piosenką, która jest hitem w Ameryce Południowej i towarzyszyła nam przez 3 miesiące podróżowania. Oto ona:
http://www.youtube.com/watch?v=hcm55lU9knw
- Rio
- Rio
- Rio, widok z ruin Santa Teresa
- Rio centrum
- Christo Redentor, trochę turystów też postanowiło się tam wybrać…
- widok z Corcovado na Rio
- widok z Corcovado na Rio
- Christo Redentor
- Christo Redentor
- widok z Pau do Azucar
- widok z Pau do Azucar
- widok z Pau do Azucar
- 🙂
- favela Santa Maria
- favella Santa Maria
- favella Santa Maria
- favella Santa Maria
- plaże Rio
- udało nam się trafić na modelkę:)
- Copacabana
- Copacabana
Ach, ta Argentyna!
Argentyna, czerwiec i lipiec 2012.
Musimy na chwilę wrócić do Argentyny.
Nie chcemy by ten wpis zabrzmiał źle i że Argentyna nam się nie podobała. Wręcz przeciwnie, kraj przecudnej urody, ludzie otwarci, rozmowni i do rany przyłóż. Niemniej jednak kilka kwestii sprawia, że jest to kraj niełatwy do życia. Poniżej przedstawiamy zaledwie namiastkę spraw, na które zwróciliśmy uwagę. Do rzeczy:
Powierzchnia 2.767 tyś km2 (ósmy kraj na świecie), ludność 40 mln, surowce naturalne w dużych ilościach: ropa naftowa, gaz ziemny, złoto, srebro, węgiel, ołów, cynk, żelazo, uran itd. oraz ogromne tereny uprawne, w latach 1890-1930 jeden z dziesięciu najbogatszych krajów świata, ale… ale liczne kryzysy gospodarcze/ walutowe oraz wszechobecna korupcja wciąż popychają ten kraj wstecz.
Jaka jest inflacja w Argentynie? Nikt tego nie wie, gdyż oficjalne dane zdają się nie pokazywać prawdy. Jaka jest w rzeczywistości mówią sami Argentyńczycy. Wczoraj masło podrożało o 20%, w zeszłym miesiącu mate podrożało dwukrotnie itd. Ceny biletów autobusowych ciągu 2 lat zdrożały dwu lub trzykrotnie, wejście do parku narodowego Iguazu również ponad dwukrotnie w ciągu 2 lat, a po stronie brazylijskiej jedynie o 10%. Jak to się dzieje? Kiedy jakaś wpływowa grupa społeczna czegoś chce, idzie na ulice protestować. I co? I dla przykładu „camioneros” (czyli pracownicy transportu ciężarowego) w maju/ czerwcu dostali 25% podwyżki. Kto za to płaci? Ceny w sklepach niektórych produktów od razu zdrożały. Ale kierowcom jest nadal mało, gdyż te 25% zostało opodatkowane na zasadach ogólnych, a ich zdaniem nie powinno tak być. Jak usłyszeliśmy od przedstawicieli tej grupy:
– Dlaczego my mamy płacić podatki? Niech płacą inni, my nie powinniśmy. Jesteśmy za biedni – w rzeczywistości poznani przez nas kierowcy zarabiają ok. dwukrotność polskiej średniej krajowej.
Ludzie nie buntują się, gdyż w ich kontraktach jest adnotacja o rocznej waloryzacji wynagrodzenia o wskaźnik inflacji.
W związku ze światowym kryzysem Argentyna broni swojej gospodarki. Jak? Zakazując importu. Prowadzi to do sytuacji, że brakuje im części do produkcji np. samochodów, przez co fabryki wstrzymują produkcję. Również od około 3 miesięcy mieszkańcy Argentyny nie mogą wymieniać peso na inne waluty. Oficjalny kurs jest sztucznie zaniżony o ok. 30%. Na czarnym rynku za 1 dolara dostaniemy minimum 5,5 peso, a w kantorze/ banku/ bankomacie 4,5. Jeśli pojedzie się na przykład do Paragwaju to można wymienić dolary amerykańskie na guarani paragwajskie, a je dalej na peso argentyńskie. Kurs takiej kombinowanej wymiany to 5,8 peso argentyńskiego za 1 $. Przebitka o ok. 30%.
Gdziekolwiek się nie pójdzie w Argentynie, wszyscy mówią o korupcji na niespotykaną skalę. Nie jest tajemnicą, że rodzina Kirchnerów (m.in. Cristina – obecna pani prezydent, czy ś.p. Nestor, były prezydent kraju) posiada ogromny majątek. Słyszeliśmy że w Patagonii mają niewyobrażalne ilości ziemi, w samej małej miejscowości El Calafate 3 domy. Import – eksport ropą naftową jest kontrolowany przez firmy należące do tej rodziny. Z kolei już w Urugwaju słyszeliśmy historię z pierwszej ręki, iż rodzina Kirchnerów działa jak mafia. Pani Prezydent lubi ubierać się w eleganckie i bardzo drogie ubrania. Często zagląda do jednego sklepu, w którym wybiera sobie najdroższe torebki. Nie płaci jednak za nie, a w zamian właściciel sklepu nie musi odprowadzać podatków. Proste. Generalnie większość polityków u władzy jest bardzo bogata, kontrolują wiele branż w kraju poprzez swoje firmy, np. firmy przewozowe do nich należą, a ceny są odgórnie ustalane. W innych branżach też istnieją zmowy cenowe. Przetargi są ustawiane. Dla przykładu słyszeliśmy historię jednej miłej pani, która chciała kupić ziemię w Puerto Madryn. Skompletowała wszystkie (a jest to bardzo biurokratyczne państwo) dokumenty znacznie przed terminem i okazało się, że już się przetarg skończył i nie przyjmują więcej oferentów.
Dziwiliśmy się, co na to prasa? Jednak słyszeliśmy, że obiektywne media nie istnieją w Argentynie. Większość mediów jest również kontrolowana przez bogaczy będących politykami lub współpracujących z nimi.
Ale jak to się dzieje, że te same osoby ciągle są na szczytach władzy? Dlaczego Cristina Kirchner ponownie wygrywa wybory prezydenckie?
Powodów jest kilka.
1. Naszym zdaniem głównym są niesamowite umiejętności oratorskie i populistyczne pani prezydent. Odwraca się uwagę społeczeństwa od bieżących problemów dokonując zabiegów propagandowych. Ostatnim takim była nacjonalizacja koncernu naftowego YPF, czyli w rzeczywistości wywłaszczenie większościowego akcjonariusza, hiszpańskiej firmy Repsol. Spotkało się to z ogromnym aplauzem Argentyńczyków. Kolejnym wszechobecnym przykładem są wyspy Falklandy, tu nazywane Malwinami. Wyspy są położone 500 km od lądu argentyńskiego, odkryte i zamieszkane przez Anglików. Argentyna od lat rości sobie do nich prawa, a w 1982 trwała nawet dwumiesięczna wojna o nie pomiędzy Argentyną i Anglią. Nie wchodząc już w szczegóły, ostatnio znowu odżyła dyskusja na temat „powrotu wysp do macierzy”, czyli do Argentyny. Próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego Falklandy powinny należeć do Argentyny, skoro nie ma tam rdzennej ludności argentyńskiej oraz od zawsze były zamieszkane i ochraniane przez Anglików (z krótką przerwą w XVIII wieku, kiedy to należały do Francji a następnie do Hiszpanii)? Usłyszeliśmy parę wyjaśnień. Ale żadne nas nie przekonało. To że blisko, że jest na liście miejsc do dekolonizacji, że są połączone podwodnym lądem z Argentyną. Jednak najczęściej nie było żadnej argumentacji, tylko emocjonalne stwierdzenia że „Malwiny zawsze były, są i będą argentyńskie”. Wydaje nam się, że to jest właśnie główne wytłumaczenie tej sytuacji: emocje. To na nich gra pani prezydent, podburzając ludzi przeciwko zewnętrznemu wrogowi i tym samym poprawiając swoje notowania wyborcze, jako prawdziwej patriotki.
2. Akcje społeczne przed wyborami są zakrojone na szeroką skalę. Najbiedniejsi dostają zapomogi, podnosi się minimalne wynagrodzenie, biednym buduje się domy z dykty, zamrażane są ceny transportu itd. Od razu po wyborach wszystko drożeje, a o biednych politycy zapominają.
3. Na górze istnieje klika powiązanych ze sobą osób, przez którą nie da się przebić.
4. Nikt nie wierzy, że nowi ludzie coś zmienią, bo „przecież wszyscy kradną”.
P.S.
W Argentynie nadal część ludzi wierzy, że śmierć wcześniejszego prezydenta, męża Cristiny została sfingowana. Mają na to dowody, m.in. takie, że trumna była za mała. Nestor Kirchner miał udawać swoją śmierć aby uniknąć zapłacenia zaległego podatku katastralnego od posiadanych niezliczonych włości. O dziwo te długi nie przeszły na jego żonę…
- przejście graniczne Chile – Argentyna. Oficjalna tablica informująca, do kogo należą Malwiny.
- wszechobecne strajki. Tu kierowcy ciężarówek
- na murze: „Malwiny to Argentyna”
- Malwiny
- napis na murze „YPF to Argentyna. Wszyscy za Cristiną.”
- tablice w centrum Buenos Aires:”Malwiny były, są i będą argentyńskie”.
- na murze „Wynocha Anglicy z Malwin”
- napis na murze: „won Anglicy z Malwin”
- napis na chodniku: „Malwiny są argentyńskie”
- oficjalna mapa Argentyny z zaznaczonymi Malwinami
- napis na murze „Malwiny, wrócimy”
brazylijskie plaże I 15 – 19.07.2012
Ilha do Mel i Curitiba: 15.07.2012 – 16.07.2012
Parati: 17.07.2012 – 19.07.2012
Będąc na wycieczce w Boliwii (Salar de Uyuni i Altiplano) poznaliśmy dwójkę szalonych Brazylijczyków – Thiago i Rogi, z którymi przez trzy dni dzieliliśmy samochód i sypialnię. Mieliśmy ponownie spotkać się w ciągu trzech tygodni w Argentynie, w Bariloche aby wspólnie poszusować po śniegu. Spotkanie nie wyszło gdyż zamknęli nam drogę z Patagonii (ruta 40). Może i dobrze gdyż jak się potem dowidzieliśmy, wyciągi i trasy nie funkcjonowały ze względu na zbyt silne wiatry.
Umówiliśmy się finalnie z Thiago, że spotkamy się w takim razie w Brazylii i pojedziemy z nim i jego dziewczyną ze Stanów – Brooke na wyspę Ilha do Mel. Rogi niestety musiał pracować. Spotkaliśmy się na dworcu w Curitibie i stamtąd autobusem i promem dotarliśmy na wyspę. Pogoda do kąpieli się nie nadawała, ale wszyscy chodziliśmy z kąpielówkami w plecaku, tak na wszelki wypadek. Wyspa wyglądała na opustoszałą, porośnięta miejscami gęstą dżunglą, przez którą bez ścieżki nie dało się przedrzeć. Nie ma tam ruchu samochodowego, można chodzić tylko na piechotę albo jeździć na rowerach. Momentami wyspa jest bardzo wąska, ma zaledwie 50m, a mimo to stoją tam chatki. Byliśmy jedynymi gośćmi małego hosteliku, który przypominał nam „Werandę” w Jastarni. Poza sezonem więc zero komercji, nie widać żywego ducha, nie licząc chmary ptaków. Właśnie rozpoczął się sezon na rybę „tinha” (pol. mugilowate) więc ją spałaszowaliśmy na kolację. Połaziliśmy po wyspie gdzie tylko się dało, tzn na co pozwolił nam wysoki stan wód.
Wróciwszy z miodowej wyspy spotkaliśmy się z Rogim i jego kolegami i jak zwykle o tej porze „woziliśmy się po mieście”. Zabrali nas na niebiańskiego grilla do churrascarii o nazwie „Dom Gabriel”. W Argentynie próbowaliśmy wielokrotnie steków, ale mięso brazylijskie biło na głowę argentyńskie bife de chorizo. Wyszliśmy stamtąd gdy już ledwo mogliśmy się ruszać i dotoczyliśmy się do baru cachaceria aby poprawić wszystko kielonkami cachacy. Dowiedzieliśmy się, że młodzi Brazylijczycy zazwyczaj nie piją cachacy, gdyż jest ona uważana za trunek dla biedniejszych. Najtańszą cachacę można bowiem kupić już za 3 $. Klasa średnia pije piwo, wódkę i whiskey. Popularne są za to drinki caipirinha na bazie cachacy.
Rogi pokazał nam jak się tańczy „forró” w parach. Gdy do Brazylii przyjeżdżali obcokrajowcy powstał taniec, który wszyscy mogliby tańczyć, nie tak skomplikowany jak np. samba. Dlatego nazwano go z angielskiego „for all” (dla wszystkich), wymawiając szybko po portugalsku powstaje „forró”. Jest on bliźniaczo podobny do naszych weselnych potańcówek. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, że na weselach przestępując z nóżki na nóżkę tańczymy właśnie „forró”.
Pożegnaliśmy się z Brazylijczykami i przedostaliśmy się do uroczego, kolonialnego kurortu Parati, gdzie czekała na nas kanapa i jej sympatycznie wyglądający właściciel- tatuażysta i kucharz w jednym. Podeszliśmy do restauracji, w której pracował nasz gospodarz. Przywitaliśmy się i dostaliśmy instrukcje jak dojechać do jego domu, który nie posiada adresu. On sam miał wrócić po pracy, o 12 w nocy.
Wsiedliśmy więc posłusznie do wskazanego autobusu i jedziemy, jedziemy, jedziemy oddalając się od Parati. Po 40 minutach zostaliśmy w autobusie tylko my i kierowca, a za oknem coraz rzadziej pojawiały się jakieś zabudowania. W końcu kierowca nas informuje, że to tutaj jest nasz przystanek. Patrzymy- wkoło gęsta dżungla i kilka domków na horyzoncie.
Próbujemy odnaleźć nasz dom, śledząc instrukcje. Po 20 min marszu przy jednym słupie skręcamy w puszczę i ruszamy w dół w stronę potoku. Przechodzimy po niewielkiej kładce nad wodą i skręcamy w prawo. Idziemy dalej zastanawiając się czy na pewno Brazylia jest bezpiecznym krajem na mieszkanie w dżungli poza miastem. W końcu docieramy do chałupy w buszu, która pasuje do opisu naszego kucharza. Wchodzimy. Zostajemy na dwie noce w chacie naszego Robinsona Crusoe, który nie pojawia się przez te dwa dni. Zwiedzamy pobliską plażę Trynidad i kolorowe Parati. Naszemu gospodarzowi pozostawiamy mały podarunek i podziękowanie za gościnę. Szkoda, że nie było okazji się poznać bo wydawał się niesamowicie ciekawą osobą, wnosząc po chatce i rękodziełach w niej wiszących.
Wracając do bezpieczeństwa w Brazylii, gdy wsiedliśmy do autobusu jadącego do Rio de Janeiro, nasz autobus został zatrzymany przez jednostkę do zadań specjalnych, która dokładnie przefiskała wszystkie torby pasażerów. Oszczędzili tylko nas (ach ci uprzywilejowani turyści), przeprowadzając z nami jedynie wywiad środowiskowy: skąd jesteśmy, który raz w Brazylii, skąd jedziemy i dokąd. Potem funkcjonariusz kazał nam podać adres zamieszkania. Chwila konsternacji, jak mu wytłumaczyć adres naszej chatki nad potokiem i skąd znamy właściciela, chyba nam nie uwierzy… Na szczęście chodziło mu o adres w Rio, a z tym było prościej.
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- rybka na wyspie
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- Ilha do Mel
- na grillu. Najlepsze mięso na świecie
- churrascaria w Curitibie
- cachaceria w Curitibie
- w poszukiwaniu domku w Parati
- znalezienie domku w Parati
- Trinidad, w końcu mogliśmy się popluskać
- plaża w Trinidad
- plaża w Trinidad
- Trinidad
- Parati
- Parati
- Parati
- Parati
- Parati, jak Wietnam 🙂
- Parati
- plaża miejsca w Parati
Iguazu I 12 – 14.07.2012
Puerto Iguazu, Foz do Ignacu i parki narodowe Iguazu po obu stronach granicy: 12.07.2012 – 14.07.2012
Obejrzeć wodospady Iguazu po stronie argentyńskiej czy brazylijskiej? Większość turystów poleca stronę argentyńską jako tę piękniejszą. Nie mogliśmy się zdecydować i poszliśmy tu i tu.
Wodospadow jest az 275, wysokoscia siegaja 80 m, a ich huk ponoc slychac w promieniu 20 km. Iguazu cataratas uwazane sa za jeden z siedmiu naturalnych cudow swiata.
Strona argentyńska jest dużo bardziej rozbudowana, z licznymi ścieżkami, kolejno podchodzi się do oddzielnych wodospadów i oglada je z roznych poziomow. Kolosalne wrażenie robi najdalszy punkt zwiedzania – gardziel diabła. Po stronie brazylijskiej natomiast podziwia się panoramę i lepiej widać ogrom tego cudu na skalę światową. Oba widoki stawiamy na równi, oba są cudowne, oceńcie sami.
Strona argentynska (gardziel diabla):
Strona brazylijska:
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna, dwie siostry
- Argentyna, smieszne ostronosy (coati) z rodziny szopowatych atakuja turystow w poszukiwaniu pozywienia
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna
- Argentyna, ostronosy na peronie
- Argentyna
- Argentyna – w drodze do glownej atrakcji, czyli Garganta del Diablo
- krokodyla tez spotkalismy
- Argentyna – Garganta del Diablo
- Argentyna
- Argentyna – Garganta del Diablo
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- Brazylia
- ostatnie ulubone potrawy argentynskie, czyli stek (domowej roboty) i lody
Paragwaj I 8 – 12.07.2012
PARAGWAJ
Encarnacion i Trinidad: 08.07.2012 – 09.07.2012
Asuncion, Aregua i Caacupe: 09.07.2012 – 11.07.2012
Ciudad del Este i Itaipu: 11.07.2012 – 12.07.2012
Zahaczyliśmy o Paragwaj, którego nie było w pierwotnych planach – a co tam, raz się żyje. Na pierwszy rzut poszła stolica karnawału – Encarnación, niestety poza karnawałem. Za to trafiliśmy na finał meczu dwóch drużyn z Asunción – pieszczotliwie nazywanych „cyklon” i „dziadek”. Zwyciężył cyklon przerywając po wielu latach hegemonię dziadka. Całe miasto okazało się być fanem cyklonu i świętowało trąbiąc w klaksony i tańcząc na ulicach. Co ciekawe, w Encarnación istnieje mniejszość niemiecka, polska i ukraińska,. Istnieją nawet polskie kościoły. Podczas wojny potrójnego sojuszu (1865-1870) przeciwko Brazylii, Argentynie oraz Urugwajowi zginęła ponad połowa ludności Paragwaju i rząd chcąc zaludnić kraj zachęcał ludzi z Europy do przyjazdu i osiedlenia się.
Pod Encarnación leżą ruiny miasta jezuickiego Trynidad, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to ponoć jeden najrzadziej na świecie oglądanych zabytków tej rangi. Po 2-godzinnej wizycie zrozumieliśmy dlaczego – nic tam ciekawego nie ma…
Z Encarnación pojechaliśmy do stolicy, na kanapę do przesympatycznego Paragwajczyka. Właściwie to zamieszkaliśmy w hostelu, który właśnie otworzył w domu, który dostał od babci, stąd nazwa „La Casita de la Abuela” (domek babci). Przez dwa dni staraliśmy się pomóc mu rozreklamować hostel, m.in. wieszając plakaty w turystycznych miejscach. Sam hostel jest bardzo przyjemny (http://www.facebook.com/groups/120621831413764/). Asuncion nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale poznani Paragwajczycy, jak najbardziej. Jest to niesamowita wartość dodana mieszkania na kanapach, dociera się do tubylców, do których, jako turystom, ciężko trafić.
Następnie obejrzeliśmy wioskę Aregua, która bardzo przypadła nam do gustu. Czerwona ziemia, wkoło palmy, roślinność tropikalna, kościółek na wzgórzu, jak z filmów. W Caacupe Obejrzeliśmy bazylikę, pod którą piknikowaliśmy z sześciorgiem dzieci, które zobaczywszy nasze jajka na twardo uznały, że muszą je zjeść 😉
Ostatnim przystankiem było Ciudad del Este – jeden wielki jarmark, bez charakteru, bez ładu i składu. Jest on nazywany targowiskiem Am. Płd, można się tam obkupić przede wszystkim w elektronikę. Główną klientelę stanowią Brazylijczycy i Argentyńczycy. Pod miastem leży tama „Itaipu” (w języku guarani oznacza „śpiewający kamień”) z elektrownią wodną o największej mocy na świecie. Tama chińska na Jangcy jest co prawda większa pod względem infrastruktury, jednak nie pod względem mocy. Elektrownia została zbudowana na rzece Parana, na spółkę z Brazylią. Oba kraje posiadają po 10 generatorów. Paragwaj używa dwóch, co zaspokaja 80% potrzeb na energię tego 6,5-milionowego kraju, a Brazylia używa 18 (8 kupuje od Paragwaju) i dzięki nim zaspokaja 20% tego 200-milionowego kraju. Tama ponoć nigdy nie runie, ale gdyby się tak stało, to w ciągu 10 godzin woda dotarłaby do Buenos Aires i zniszczyła wszystko, co leży na jej drodze…
Po zaledwie kilku dniach opuszczaliśmy Paragwaj, gdzie ludzie bardzo niewyraźnie wymawiają „r”, przez co ich akcent przypomina bardziej amerykański niż kastylijski. Zapamiętamy stąd smakowite „terere” – napój podobny do mate, tyle, że na zimno. Zapamiętamy ludzi chodzących z termosami pod pachą, dużo większymi niż w Urugwaju gdyż musi się w nich zmieścić lód.
- Concordia, Argentyna, za granica z Urugwajem
- Concordia, Argentyna, za granica z Urugwajem. Festiwal Brat do Brata (Argentynczycy, Urugwajczycy, Chilijczycy, Brazylijczycy i Paragwajczycy). 2h przedniej zabawy|
- festiwal w Concordii
- Trinidad
- Trinidad i jezuita
- Trinidad, nakrylismy miejscowych bazgrajacych po zabytkowym murze
- Encarnacion – fiesta
- Asuncion, panteon bohaterow
- Asuncion
- Asuncion
- Asuncion
- chipa, chlebek z manioku nadziewany serem na cieplo sprzedawany wszedzie w Paragwaju
- Asuncion, la Casita de la Abuela
- Aregua
- Aregua, takich stoisk sa tam tysiace
- Aregua
- Aregua
- bazylika w Caacupe
- bazylika w Caacupe
- imieninowy kurczaczek w Ciudad del Este
- Ciudad del Este, czyli wielkie targowisko
- Itaipu tama
- terere tudziez mate
- my tez sie zalapalismy na terere
Urugwaj I 3 – 7.07.2012
Colonia del Sacramento: 03.07.2012 – 04.07.2012
Montevideo: 04.07.2012 – 06.07.2012
Salto: 07.07.2012
Wsiedliśmy w Buenos Aires na prom i plum, po godzinie znaleźliśmy się w Urugwaju – w Colonia del Sacramento. Małe, ciche (poza sezonem), rybackie miasteczko pełne kocich łbów, położone nad rzeką Rio de la Plata. Wspaniałe miejsce na chillout, pamiętające czasy kolonii portugalskiej.
Dalej udaliśmy się do stolicy kraju. Zazwyczaj nie przepadamy za dużymi miastami jeśli chodzi o zwiedzanie. Jednak niska zabudowa, neoklasyczne budynki, kolonialna starówka i świeża bryza docierająca ulicami z nad rzeki Rio de la Plata sprawiają, że miasto z ok. 1,3 milionami ludzi nie męczy. Co więcej, jest to dobre miasto do zamieszkania. Również z uwagi na wspaniałe tradycje piłkarskie :).
Nocowaliśmy tu na kanapie u Urugwajczyka, który zabrał nas na imprezę urodzinową do swojej przyjaciółki. Posmakowaliśmy tam gulaszu z cieciorką i wołowiną, popularnego podczas zimy, która nas tu zastała. Na deser ciasto z wszechobecnym w wielu krajach Am. Płd „dulce de leche”. W prezencie podarowaliśmy wino argentyńskie, które długo taszczyliśmy w plecaku aż z Maipu, koło Mendozy. W trakcie wieczoru, degustując wina chilijskie, urugwajskie, argentyńskie i już nie pamiętamy jakie, zorientowaliśmy się, że w tej grupie znajomych (nie wiemy czy to próba reprezentatywna), największym poważaniem cieszą się wina chilijskie, potem urugwajskie, a na końcu argentyńskie. No cóż, skąd mogliśmy wiedzieć… Imprezka bardzo udana, jak w Polsce, tylko zamiast wódeczki leje się wino.
Z Montevideo pojechaliśmy na północny-zachód odmoczyć się w gorących źródłach w miejscowości przygranicznej Salto. Wkoło szron, a my w cieplutkiej wodzie.
Tylko „liznęliśmy” Urugwaj, jednak poznani ludzie bardzo przybliżyli nam ten kraj poprzez swoje opowieści. To, co jest widoczne gołym okiem to fakt, że to nie Argentyńczycy piją hektolitry mate, a Urugwajczycy. Widok w trzech odwiedzonych przez nas miastach był niesamowity – co trzecia osoba chodzi z termosem pod pachą, z którego dolewa sobie gorącej wody do kubeczka z mate. Niezależnie od wieku, płci czy pozycji społecznej. Poważni panowie w garniturach jadący do pracy w banku czy starowinka, wszyscy dzierżą termosy pod pachą. Jedna reklama urugwajskiej mate pokazuje, ile rzeczy potrafią zrobić Urugwajczycy przy pomocy tylko jednej ręki, gdyż drugą mają zawsze zajętą…
- Colonia del Sacramento
- Colonia del Sacramento
- Colonia del Sacramento
- Colonia del Sacramento
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo
- Montevideo, wyprowadzaczy psów tam wielu
- Montevideo, sprzedaż kubeczków do mate
- Montevideo, stadion gdzie rozgrywano pierwsze mistrzostwa świata
- Montevideo
- lepiej nie pij mate w autobusie
- Montevideo
- Salto
- Salto





























































































































