Angkor What??? I 2 – 5.02.2012

Siem Reap i świątynie Angkor: 02.02.2012 – 05.02.2012

Jeszcze w Bangkoku pozyskaliśmy wizę kambodżańską online. Wsiadając do pociągu w Bangkoku zmierzającego do granicy z Kambodżą, byliśmy uzbrojeni w wiedzę od Partysi odnośnie przekrętów jakie się tam odstawia. Musieliśmy jednak brać udział w tym cyrku, co nas bardziej bawiło niż denerwowało.

Gdy pociąg dojechał do stacji końcowej, poprosiliśmy wraz z poznanymi w pociągu Niemcami kierowcę tuk tuka by nas zawiózł na przejście graniczne. Tuk tuk zawiózł nas oczywiście do sztucznego konsulatu, czyli do dużego białego budynku, gdzie ściemnieni funkcjonariusze „pomagają” wyrobić turystom wizę za cenę nieco wyższą niż nominalna. Po 3 minutach rozmowy kierowca tuk tuka nam uległ i zawiózł nas 300 metrówdalej na granicę. Tutaj formalności i pożegnanie z Tajlandią, po czym przejście przez kawałek miasta nazywanego „no man’s land”. Po stronie kambodżańskiej z kolei można albo na własną rękę szukać lokalnego autobusu albo wziąć udział w zabawie w darmowy autobus. Nie mieliśmy ochoty na czekanie w 40-stopniowym upale na lokalny autobus, tylko wsiedliśmy do tego „darmowego”, który wywozi turystów na dworzec autobusowy w szczerym polu, z którego można dojechać dalej jedynie taksówką albo minibusem po nieco zawyżonych cenach. Zdaje się, że teraz sytuacja już tu się unormowała, gdyż cena wywoławcza taksówki to $12/ os, a taksówkarz dość szybko (max 3 min) zgodził się na płatność po wykonaniu usługi, zamiast przedpłaty. Razem z parą Niemców zdecydowaliśmy się na taksówkę i po 150 km byliśmy w Siem Reap.

Nazwa miasta Siem Reap jest interesująca, albowiem oznacza „Pokonany Syjam”, odwołując się do wygranej bitwy z Tajami. Ciekawe jak się czują tajscy turyści odwiedzając to miasto. Wieczorem wybraliśmy się na kolację do centrum Siem Reap. Zabudowa miasta przeszła nasze oczekiwania- hotele, bary z europejskim jedzeniem, taki mały Bangkok. Wystarczy jednak zboczyć w kilka uliczek dalej i już widać wioskę, nie miasto.

Kambodża jest bardzo zranionym narodem przez liczne walki z państwami ościennymi oraz wojny domowe, które ustały zaledwie kilkanaście lat temu. Do tego to tutaj Pol Pot przeprowadził masowe ludobójstwo w latach 1975 – 1979. Raczkująca niepodległość sprawia, że ludzie bardzo się cieszą, są niesamowicie pogodni, pamiętając złe czasy. Niestety widać ofiary pól minowych, bez kończyn. Spotkaliśmy starszych turystów z Niemiec i Francji (Kambodża była pod francuskim protektoratem), którzy zwiedzali Angor 30 lat temu. Wówczas  były wyznaczone tylko wąskie ścieżki do świątyń, a wkoło znajdowały się pola minowe. Aktualnie nie ma takiego zagrożenia, jednak nadal nie jest wskazane chodzenie po odludnych polach, czy pójście na stronę w nieznany teren, gdyż mogą być jeszcze niewybuchy.

Pierwszego dnia zwiedzaliśmy Angkor z przewodnikiem i poznanymi w pociągu Niemcami, a kolejne dwa dni jeździliśmy po kompleksie rowerami, przez co bardziej dostrzegliśmy ogrom tej byłej potęgi. W przerwach żywiliśmy się pysznymi ananasami sprzedawanymi pod świątyniami, które syciły pragnienie i dawały siłę na dalsze zwiedzanie.

Najbardziej z całego kompleksu znany jest Angkor Wat, jeden z 7-dmiu cudów świata średniowiecznego, a jest to jedynie jedna z dziesiątek świątyń, które powstawały na przestrzeni IX – XIII wieku. Łącznie kompleks Angkor (świątynie, miasta, parki, rzeczki itd.) zajmuje terytorium ponad 400 km2. Częściowo są to świątynie hinduistyczne, głównie ku czci Wishnu, ale w późniejszym okresie budowano świątynie buddyjskie (zresztą mnisi i królowie buddyjscy przerabiali wcześniejsze hinduistyczne świątynie na buddyjskie). Za czasów panowania dynastii Angkorskiej Kambodża była potęgą, zajmowała m.im. terytorium Laosu, część Tajlandii i prawie połowę dzisiejszego Wietnamu. Ich stolica Angkor Thom (znajdująca się kompleksie Angkor) w czasach świetności zamieszkiwało ok. 1 mln mieszkańców i było to najludniejsze miasto na świecie. W tym samym okresie w Londynie żyło zaledwie 50 tyś ludzi.

Angor jest tak niesamowity, że nie da się tego ani opisać ani oddać na zdjęciach, jest to miejsce magiczne i urzekające. Bez przesady czuje się tam ducha przeszłości. My w naszej zachłanności by zobaczyć cały świat (życia nie starczy), zostaliśmy tam tylko 3 dni, ale spokojnie można odkrywać nowe, tajemnicze i różnorodne świątynie cały tydzień albo i dłużej.

Bangkok I 30.01 – 01.02.2012

Bangkok: 30.01.2012 – 01.02.2012

Bangkok jest bardzo smaczny, cały czas się tu coś przegryza z ulicznych straganów i budek na kółkach; szaszłyki mięsne, owoce morza, kluski z warzywami, sajgonki, naleśniki, ananasy, sushi, duriany itp. Itd. W chińskiej dzielnicy je się prawie wszystko, w menu niektórych restauracji figurują również płetwy rekina. Sami jedliśmy mięso rekina w Tajlandii, a kilka dni później dowiedzieliśmy się o brutalnych, nielegalnych połowach zwanych „finning”. Polegają one na odcinaniu płetwy rekinom na kutrze na morzu i wrzucaniu jeszcze żywych ryb z powrotem do wody, gdzie powoli umierają. Płetwa rekina w Azji jest traktowana jako rarytas i oznaka statusu społecznego. Sama w sobie ponoć nie ma smaku, więc doprawia się ją wieloma przyprawami. Najbardziej znana jest zupa z płetwy rekina.

Przez trzy dni łaziliśmy i pływaliśmy po Bangkoku; rzeką Chao Phraya można dotrzeć do wielu punktów miasta i jest to dużo ciekawsze niż metro czy autobus. Bardzo ładny Uniwersytet oraz świątynia Wat Arun leżą po przeciwnych jej brzegach.

Tak jak i na południu kraju, na ulicach, w restauracjach i prywatnych domach wiszą portrety króla Tajlandii, jest on tu bardzo poważany. Jego podobizna widnieje na banknotach więc jeśli się je niechcący upuści trzeba je jak najszybciej podnieść, aby król nie leżał na ziemi, a broń boże nie można na nie nadepnąć, gdyż jest to zniewaga króla. Aktualnie król jest chory i jeden Fin z Phuket polecił nam byśmy absolutnie nie poruszali tego tematu z Tajami, gdyż jest temat bardzo drażliwy.

Zwiedziliśmy obligatoryjne punkty takie jak kapiący złotem (prawie kiczowaty) Wielki Pałac Królewski oraz Świątynię Wat Phra Kaew, gdzie znajduje się Szmaragdowy Budda, którego w zależności od pory roku przyodziewa się w inny kubraczek. W pobliskiej świątyni Wat Phro widzieliśmy z kolei największego w Tajlandii leżącego Buddę z XVI wieku, ma 46 m długości i 15 m wysokości.

Wieczorami fundowaliśmy sobie masaż zmęczonych stóp. Popularne są tu również masaże rybami- „fish spa”; wkłada się nogi do akwarium, gdzie małe ryby podskubują i zjadają martwy naskórek. Nie spróbowaliśmy tego empirycznie gdyż słyszeliśmy i widzieliśmy, że ryby zamiast wsuwać stary naskórek ze stóp, przysysają się do łydek (nawet po peelingu).

Mieszkaliśmy kilka przecznic od najbardziej popularnej wśród turystów ulicy w Bangkoku- Khao San Road, która w dzień jest wielkim jarmarko-straganem z usługami wszelkiego typu- masaże i tatuaże, a w nocy to jedna wielka imprezowania. Jest tak głośno, że nie da się na niej rozmawiać.

Jednego wieczoru udaliśmy się też do dzielnicy czerwonych latarni- na ulicę Patpong. Sam Patpong to aktualnie stragan z podróbkami. Na pobliskich ulicach widzieliśmy tłumy młodych, znudzonych dziewczyn czekających na klientów, część z nich nie wyglądała na pełnoletnie. We wszystkich barach tańczyły na stołach dziewczyny, które również wyglądały na bardzo znudzone. Całość zrobiła na nas tak przygnębiające wrażenie, że wybiliśmy sobie z głowy wszelkie ping-pong show-y.

W Tajlandii w wielu hotelach czy bambusowych chatkach w podstawowym wyposażeniu pokoju poza ręcznikiem, mydłem i papierem toaletowym są również prezerwatywy. Seksturystyka wciąż kwitnie.

Opuściliśmy Bangkok o 6.00 rano 02.02.2012 pociągiem w stronę kambodżańskiej granicy.

Tajskie wyspy – wschodnie wybrzeże I 24 – 29.01.2012

Tajlandia. Wyspy – wschodnie wybrzeże: 24.01.2012 – 29.01.2012

 

Koh Tao: 24.01.2012 – 26.01.2012

O 23.00 wsiedliśmy na prom z Surat Thani i o po 7 godzinach dopłynęliśmy do brzegów wyspy Koh Tao, leżącej  na południowo- wschodnim wybrzeżu Tajlandii. Wokół wyspy znajduje się wiele atrakcyjnych miejsc do nurkowania, a wzdłuż wybrzeża ciągną się liczne szkoły nurkowe. Zdecydowaliśmy się zamieszkać w kurorcie „Sunshine Divers”, poleconym przez poznaną na półwyspie Railey Australijkę.

Zapisałem się na kurs PADI AOWD (Advanced Open Water Diver) aby móc schodzić do30 metrówi oglądać większe ryby, zostawiając Olę z tuńczykami i barakudami na głębokości  18 metrów. Szkoła nurkowa w ramach dwudniowego kursu oferowała za darmo nocleg. W ramach kursu szczególnie ciekawe było nurkowanie nocne, kiedy rybki oświetlone latarką prezentowały swoje naturalne kolory. W nocy doświadczyłem też zjawiska fosforescencji, kiedy cała nasza 5-osobowa grupa nurkowa zgasiła w wodzie latarki i zaczęliśmy machać rękami. Wszędzie pojawiły się małe, świecące punkciki – po prostu bajka.

Na Koh Tao spędziliśmy 3 dni, z czego 2 pod wodą – Marcin na kursie, Ola na nurkowaniu rekreacyjnym.

Wybrzeże Koh Tao pod wodą podobało nam się bardziej niż na Andamanach w Indiach – więcej tu kolorowych rybek, skał i innych stworzonek morskich, jak np. „choinki bożonarodzeniowe” (różnokolorowe drzewka o kształcie małej choinki, które się chowają przy pstryknięciu palcami).

 

Ko Phangan: 27.01.2012 – 29.01.2012

Na Koh Tao poznaliśmy Justynę i Michała, mieszkających od wielu lat w Londynie i z nimi ruszyliśmy w dalszą trasę – na wyspę Ko Phangan. Wybraliśmy jej północne wybrzeże z cichymi zatokami o turkusowej wodzie.

Całą czwórką zapisaliśmy się na nurkowanie ze szkołą nurkową na „Sail Rock”. Jest to wystająca formacja skalna pośrodku morza położona mniej więcej w połowie drogi między wyspami Koh Tao i Ko Phangan. Wyruszyliśmy z rana prywatną łodzią szkoły nurkowej „Sail’s Rock Divers”. Na pokładzie serwowano śniadanie, a między nurkowaniami pyszne curry z owocami na deser.

Nurkowanie przy Sail’s Rock było dla nas najpiękniejszym jakie kiedykolwiek mieliśmy. To miejsce jest niesamowite, gdyż skała położona pośrodku morza nie ma wielu kryjówek i ryby nie mają się gdzie schować, dzięki czemu można je oglądać w całej okazałości. Widzieliśmy olbrzymią murenę o długości ponad2 metrów, wyglądającą jak ogromny wąż morski. Zachwycające były całe ławice „Butterfly fish”, tuńczyków, węgorzy, barakud i małych „Nemo”. Inne wielokolorowe ryby muskały nas ogonami gdy stawaliśmy bez ruchu, istne cudo! Kolejną atrakcją skały jest fakt, że ma komin, w który można wpłynąć na 18-stu metrach i wypłynąć na 11-stu, lub odwrotnie.

Trochę głupio nam było zamówić na kolację barakudę, gdyż kilka godzin wcześniej pływaliśmy z jej braćmi wokół skały, no ale w końcu ją zjedliśmy.

Północ Koh Phangan jest znana z małego portu. Nocą widać z plaży mocno oświetlone łódki dryfujące na morzu, wyglądają jakby tam była jakaś impreza. Światła mają na celu przyciągnąć kalmary, które myślą, że płyną na dyskotekę, a w efekcie są łapane, suszone na słońcu i sprzedawane do restauracji i sklepów.

Po 3 dniach zostawiliśmy Ko Phangan, złote zatoki, domki na plaży, urocze wodospady i wróciliśmy nocnym promem do Surat Thani, skąd mieliśmy lot do Bangkoku. Uściski dla Justyny i Michała!

Przejażdżka na słoniku i bójka z Tajką I 22 – 23.01.2012

Khao Sok National Park: 22.01.2012 – 23.01.2012

Po zachodnim wybrzeżu pojechaliśmy do Parku Narodowego Khao Sok, gdzie zamieszkaliśmy w dżungli w domku na kurzej nóżce. Wieczorem mieliśmy koncert rechotania, grzechotania, świszczenia, piszczenia, świergolenia, świergotania i ćwierkania. W parku wiedzieliśmy motyla wielkości naszej dłoni, latające cudo.

Celem odwiedzenia parku były dla nas słoniki. Wykupiliśmy przejażdżkę na słoniu, wdrapaliśmy się z platformy na jego grzbiet i ruszyliśmy w stronę wodospadu. Woźnica naszego słonia początkowo szedł za nami, co nas nieco niepokoiło gdyż nasz „jumbo” okazał się małym buntownikiem i czasem sobie podbiegał nie bacząc na komendy. Uznaliśmy, że w razie czego będziemy skakać. Poczuliśmy się bardziej komfortowo gdy nieco później nasz woźnica usiadł na szyi słonia. Wycieczka do wodospadu i z powrotem zajęła 2 godziny, które nam w zupełności wystarczyły, gdyż nie jest to najwygodniejszy środek transportu. Nasz słoń był prześliczny, z małymi włoskami na szorstkiej skórze. Co pewien czas chłodził się dmuchając sobie trąbą w twarz i jednocześnie na nas. Na koniec przejażdżki kupiliśmy mu banany i nakarmiliśmy w nagrodę. Słonie nie bawią się w obieranie bananów tylko jedzą je całe, wraz ze skórką.

Z parku przez jeden guest house zamówiliśmy turystycznego vana, który miał nas zawieźć do portu w mieście Surat Thani, długość trasy to jakieś150 km. Już na początku coś kierowca kręcił mówiąc, że cena jest wyższa od ustalonej o 2 dolary, ale to zaakceptowaliśmy. Potwierdziliśmy z kierowcą, że wysadzi nas w porcie. Gdy dojechaliśmy do Surat Thani, turyści kolejno wysiadali na lotnisku i gdzieś w centrum, tak że zostaliśmy już tylko my.

Po kilku minutach kierowca się zatrzymał pod agencją turystyczną zapewne swojej znajomej albo żony i mówi nam, że mamy wysiadać, że to ostatni przystanek i możemy kupić bilet na prom w tej agencji. Pani z agencji już do nas podchodzi rozpromieniona, wita się serdecznie i zachwala swoją ofertę. My grzecznie odpowiadamy, że zamiast wycieczki wolimy być zawiezieni na portu, zgodnie z wcześniejszą umową (nie mieliśmy pojęcia w której części miasta jesteśmy). Po 10 minutach bezowocnej rozmowy, kierowca zaczął na nas krzyczeć, żebyśmy sobie już poszli i zabrali bagaże, bo mu się śpieszy z powrotem do parku Khao Sok i jak chcemy może nas tam zabrać 🙂  Nauczeni w Indiach, że grzeczne „pogróżki” pomagają wyegzekwować ustaloną trasę, powiedzieliśmy, że wezwiemy policję. Na to nasi rozmówcy się roześmiali (w Indiach naprawdę to działało…), wiec spisaliśmy wszystkie dostępne dane samochodu. Poprosiliśmy również naszego kierowcę o imię i nazwisko dla kompletności informacji. Na to ten przestał się śmiać, nawet przestał się już śpieszyć, tylko czym prędzej uciekł.

Uznaliśmy, że również spiszemy nazwę agencji turystycznej współpracującej z kierowcą, aby móc „zarekomendować” ją w internecie. Gdy Tajka z agencji zorientowała się w sytuacji, w mgnieniu oka podbiegła do Marcina, chwyciła za bluzkę, drapiąc mu klatę do krwi i wyrwała zeszyt. Ten notatnik stanowi dla nas dużą wartość sentymentalną i informacyjną, mamy tam zapiski od Chin, więc Marcin odebrał Tajce zeszyt, gdy ta zdążyła już z niego wyrwać 2 strony. To nie spodobało się Tajce i ruszyła z pięściami. Tak z minutę stała naprzeciwko Marcina z podniesioną gardą, strasząc to lewym to prawym sierpem. Klęła przy tym po angielsku, byśmy na pewno zrozumieli co chciała nam przekazać: „You fucking man, you fucking man”. Krzyczała coś, że ona tylko chciała nam pomóc, ale skoro jej dokuczamy to zaraz zniszczy nam też aparat fotograficzny. Marcin postanowił, że nie będzie walczył z nadpobudliwą Tajką (może to zawodniczka Muay Thai…) i trzymając ręce w dole, prosił grzecznie o spokój. Emocje trochę opadły, Tajka odeszła do swojego narożnika, a my opuściliśmy ring.

Okazało się, że port znajdował się 1,5km od tego miejsca więc doprawdy kierowca zaoszczędziłby sobie i nam kłopotu odwożąc nas na miejsce, a tak stracił jakieś 40 minut.

Finalnie doszliśmy na piechotę do portu i kupiliśmy bilet na nocną łódkę na wyspę Koh Tao, mekki nurków.50 mprzed portem zaczepił nas kierowca tuk tuka i zaoferował podwózkę, za co miałby otrzymać ponad $3 premii od ceny nominalnej naszych biletów. Zgodziliśmy się, pod warunkiem, że dostaniemy 50% tej prowizji. Odstawiliśmy wspólnie szopkę przejeżdżając 50 m do portu tuk tukiem, za co zarobiliśmy ponad $1,5.

Tego dnia (23 stycznia) był pierwszy dzień chińskiego nowego roku, roku smoka. W wielu miejscach widzieliśmy imprezy, zabawy i tańce.  My również świętowaliśmy, ale urodziny Natalki.

Tajskie wyspy – zachodnie wybrzeże I 16 – 22.01.2012

Tajlandia. Wyspy – zachodnie wybrzeże: 16.01.2012 – 22.01.2012

 

Phuket:  16.01.2012 – 18.01.2012

Polskie media zrobiły nieco szumu wokół niedawnej powodzi w północnej Tajlandii, dlatego zdecydowaliśmy się zobaczyć tylko południe i Bangkok. Opuściliśmy Delhi i po 6-cio godzinnym międzylądowaniu w Kuala Lumpur nasz samolot wzbił się w powietrze by wylądować w Tajlandii na osławionej wyspie Phuket. Z premedytacją wybraliśmy okolice najbardziej imprezowej plaży – „Patong”.

Z lotniska turystyczny van zabrał nas do dzielnicy tańszych hoteli. Po Indiach wydawało nam się, że jesteśmy w Zurychu. Naszego eleganckiego, klimatyzowanego vana wyprzedzały same drogie, nowe samochody. Przejeżdżaliśmy koło kilku olbrzymich Tesco i co najmniej pięciu McDonaldów. Im bliżej do celu, tym więcej Sheratonów i innych Mariott’ów.

Szukając noclegu przeszliśmy jedną ulicę, na której 100% właścicieli hoteli to Europejczycy (głównie Anglicy) i Australijczycy. Zdecydowaliśmy się zamieszkać u Pekki – Fina, który osiadł tu 20 lat temu, poślubił Tajkę i żyje z nią i dwójką dzieci doglądając interesu. Zlitował się nad parką z Europy Wschodniej i wspominając z rozrzewnieniem swoje lata backpakerskiej młodości, opuścił nam cenę o 40%.

Najkrótsza trasa na plażę prowadziła przez olbrzymie centrum handlowe. Tętniące życiem, usiane knajpkami o cenach europejskich oraz z pokazem tańczących fontann na dziedzińcu, centrum zawzięcie konkuruje z plażą w przyciąganiu rzeszy turystów.

Plaża Patong wygląda jak Mielno w sezonie, ze świecą szukać miejsca gdzie można położyć ręcznik. Ciężko się zdrzemnąć przy akompaniamencie skuterów wodnych, motorówek ciągnących bananowe pontony i turystów na spadochronach. Starsi panowie spacerują przytulając młodziutkie Tajki, a czasem Tajów. Phuket jest największą wyspą Tajlandii i zapewne posiada cichsze zakamarki, natomiast głośny Patong upodobali sobie przede wszystkim obwieszeni złotem Rosjanie. Słychać też Anglików, Amerykanów, czasem Francuzów.

Knajpy na Patong’u serwują jedzenie z każdego zakątka świata – azjatyckie, europejskie, amerykańskie itd. Jako że  przez 5 tygodni Indii zamieniliśmy się prawie w wegetarian, miło było podjeść znowu trochę wołowiny i kurczaków, a świetnym miejscem okazał się Burger King…

A wieczorem? Wieczorem pod naszym oknem wsiadają na skuter starsi i młodsi panowie, co drugi z Tajką. Czas na imprezę na ulicy Bangla. Tłum gapiów, imprezowiczów i seksturystów tworzy jedną masę przetaczającą się powoli w stronę morza i z powrotem. Kluby gogo zachęcają do wejścia wystawiając na przynętę Tajki, tańczące na rurze przy zewnętrznych stolikach, co jakiś czas rozbierając się do majtek ku uciesze panów z brzuszkami. Niektóre mocno zblazowane ze znudzeniem przestępują z nogi na nogę. Ladyboye przed i po operacji kuszą krótkimi spódniczkami. Na samej plaży też impreza, w rytmach techno można odreagować rok ciężkiej pracy, wykąpać się na golasa w morzu albo oglądać odlatujące lampiony.

Po 2 dniach czmychnęliśmy w poszukiwaniu spokojniejszej enklawy.

 

Koh Phi Phi: 18.01.2012 – 19.01.2012

 Koh Phi Phi nie okazało się oazą spokoju ze względu na wysoką liczbę turystów, w końcu przyjechaliśmy w sezonie. Wyspa jest uważana za jedną z najpiękniejszych w Tajlandii. Składa się jakby z dwóch górzystych wysepek połączonych pośrodku wąskim pasem lądu, w jednej zatoce znajduje się port, a w drugiej bajeczna plaża. Ze względu na takie ukształtowanie terenu, tsunami z 2004 roku bardzo zniszczyło właśnie Koh Phi Phi, gdyż fala z łatwością przebiła się przez środek wyspy. Dziś nie ma śladu po tsunami, a nowa, gęsta zabudowa ponownie narusza ekosystem wyspy.

Ceny są wygórowane, wyższe nawet niż na Phuket. Z trudem znaleźliśmy rachityczną bambusową chatkę za $23/ noc. Na wyspach wszystko załatwia się przez agencje turystyczne. Nie istnieje oficjalna kasa w porcie, gdzie można dostać bilety na prom. Na Phi Phi po raz pierwszy skosztowaliśmy przepysznego, tajskiego jedzenia, na bazie mleczka kokosowego, owoców morza, trawy cytrynowej, ostrych sosów i tysięcy innych przypraw.

Zostaliśmy tylko jedną noc i wykupiliśmy wycieczkę łodzią połączoną ze snorklowaniem na kilku plażach naszej i pobliskiej, niezamieszkałej wyspy Phi Phi Leh.

Widzieliśmy m.in. plażę „Monkey Beach”, gdzie turyści karmią czym popadnie mocno już spasione małpy, widok jest dość przykry bo małpki tylko siedzą i jedzą, często niezdrowe dla nich fastfoody. Dalej przepływaliśmy koło grot i jaskini Wikingów, snorklowanie w błękitnej wodzie z widocznością na 15m było cudowne.

Główną atrakcją takiej wycieczki jest plaża ”Maya Bay”, gdzie kręcono film „Niebiańska plaża” z Leonardo DiCaprio. Wzbudził on niesmak ekologów gdyż przy produkcji filmu Amerykanie postanowili upiększyć i powiększyć plażę usuwając z niej część wydm i sadząc dodatkowe palmy.

Aktualnie w sezonie przypływa tu tak wielu turystów, że ciężko ją uznać za rajską plażę.

Po wieczornej kolacji złapała nas tak olbrzymia ulewa i burza z piorunami, że przez 2 godziny nie mogliśmy wrócić do naszej chatki. Na szczęście chatka okazała się bardziej wytrzymała niż podejrzewaliśmy, a daszek z liści palmy nie przepuścił ani kropli.

 

Półwysep Railey: 19.01.2012 – 22.01.2012

Z Kho Phi phi popłynęliśmy na półwysep Railey, na który można się dostać jedynie łodzią ze względu na skały uniemożliwiające przedarcie się lądem. Jest on znany przede wszystkim wśród osób kochających wspinaczkę, które zjeżdżają się z całego świata by zdobyć liczne wapienne formacje skalne. My wdrapaliśmy się jedynie na jedno wzgórze w okolice laguny, a że poprzedniej nocy padało, umorusaliśmy się przy tym niemiłosiernie.

Railey posiada cztery plaże: wschodnią- namorzynową, zachodnią, Ton Sai i najładniejszą Phra Nang, gdzie znajduje się bardzo ciekawa jaskinia/ świątynia Księżniczki. Rybacy modlą się do niej przed wyjściem w morze i jeśli wszystko pójdzie po ich myśli, w podzięce składają jej ofiary. Jako, że księżniczka jest odpowiedzialna za urodzaj i płodność, oczekuje przede wszystkim darów w kształcie fallusów…

Na Railey spędziliśmy trzy przemiłe wieczory z małżeństwem z Warszawy- Anią, Markiem i ich synkiem Bartkiem- pozdrawiamy Was gorąco jeśli nas czytacie. Jakże miło spotkać Polaków na obczyźnie;) Na wspólnej kolacji skonsumowaliśmy m.in. krokodyla, który smakował jak kiepski kurczak- nie polecamy oraz rekina, który jest bardzo smaczny.

Incredible India

Niesamowite Indie: 13.12.2011 – 15.01.2012

W przewodnikach przeczytasz, że Indie można kochać albo nienawidzić, ale nikt nie pozostaje wobec nich obojętny.  I tak właśnie jest. Z jednej strony denerwujesz się gdy w wielu miejscach chcą Cię naciągnąć. Jesteś przecież milionerem, skoro stać Cię na bilet lotniczy do Indii. Sytuacji tego typu na naszej drodze było wiele:

  • Taksówkarz nie zawiezie Cię do twojego hostelu, tyko do tego, gdzie dostanie prowizję.
  • Ustalasz cenę podwózki rikszą na 20 rupii gdyż dystans to jedynie2 kilometry. Kierowca dowozi Cię w środku nocy do hostelu i mówi, że musisz zapłacić200, anie 20 rupii. Odpowiadasz, że w takim razie zadzwonisz na policję, na co on odjeżdża wściekły.
  • Pan w jakiejś świątyni, niby zwykły zwiedzający, zaczyna Ci opowiadać historię tego przybytku i po 3 minutach żąda zapłaty 200 rupii za tekst, który przeczytasz w przewodniku.
  • Pani sprzątaczka w innej świątyni wskazuje Ci miejsce, z którego możesz lepiej przyjrzeć się rzeźbie i za to jedno zdanie też żąda zapłaty.
  • Weź kwiatek i puść go na rzece, pani zapewnia, że to nic nie kosztuje. Jeśli tak zrobisz, poprosi o 100 rupii za sztukę.
  • Oglądasz w Varanasi święty obrządek kremacji w skupieniu, gdy podchodzą do Ciebie kolejni naciągacze tłumacząc cały proces. Niby pracują w domach starców, gdzie staruszków nie stać na zakup specjalnego drewna do kremacji, które kosztuje fortunę. Wciskają Ci, że masz szansę zrobić dobry uczynek i pomóc staruszkom ofiarowując darowiznę, najchętniej w wysokości kilku tysięcy rupii, drewno na stos jest przecież takie drogie…
  • Płacisz za przejazd lokalnym autobusem, wrzucają Twój bagaż na dach brudząc go niemiłosiernie. Jak dojeżdżasz na miejsce żądają zapłaty za zdjęcie bagażu, jedyne 20 rupii od sztuki. Jak nie zapłacisz to nie chcą ci go oddać.  Jest to opłata obligatoryjna, ale tylko dla nie-Hindusów. Wiesz, że nie ma takich oficjalnych opłat i próbują Cię oszukać, mimo że i tak pewnie zapłaciłeś drożej za podróż jako nie-Hindus. Skończy się kłótnią i zrzuceniem bagażu.
  • Biura podróży udające oficjalną informację turystyczną, które wciskają wycieczki i opowiadają nieprawdę np.: „Dziś jest bardzo duża mgła i pociąg albo nie odjedzie, albo będzie bardzo opóźniony. Na szczęście mamy kierowcę, który może Was zawieźć te250 kmza niewielką kwotę…”

Takie przykłady można długo mnożyć. Sprawa estetyki dla wrażliwych kobiet też może być ciężka do zniesienia. Brud i śmieci walające się po ulicach, fetor fekaliów w niektórych miejscach sprawiają, że odechciewa Ci się jeść przez cały dzień. I jeszcze żebracy wchodzący na przystankach do pociągu niższej klasy, łapiący Cię za rękę i nie puszczający póki im czegoś nie dasz.

Z drugiej strony to jednak w Indiach możesz poczuć się znów jak małe dziecko, które nie utraciło zdolności dziwienia się światem. Tu każdy dzień jest inny. Codziennie coś Cię zaskoczy, nigdy się nie nudzisz. Kozy w sweterkach, małpy i szczury odprowadzające Cię na pociąg i czekające grzecznie między pasażerami na peronie. Krowy i woły wchodzące Ci w drogę. Wychudzone, ale kochane psy i koty, które wyłapią Ci karalucha spod nóg.

Nacieszysz się zróżnicowanymi wegetariańskimi potrawami, które je się dłonią, a nie sztućcami. Jedz jednak tylko prawą ręką, gdyż lewa jest uznawana jako brudna, służy do obmywania się po czynnościach fizjologicznych, nie używa się w wielu miejscach bowiem papieru.

Zadziwisz się gdy w Kalkucie krzycząc z drugiego końca ulicy zaproponują Ci haszysz, w Varanasi opium, a w kolejnych miastach marihuanę i inne dopalacze.

Gdzie indziej będziesz czuć się jak gwiazda filmowa? Tutaj każdy się Tobie przygląda, chce podać Ci rękę, czasem Cię dotknąć, zrobić sobie razem zdjęcie. Hindusi są otwarci, często chcą poznać obcokrajowców. Wypytują się Ciebie o wszystko; skąd jesteś, czemu zwiedzasz Indie, czy masz rodzinę, a czy lubisz Indie, a poco, a na co, itp. itd.  I wtedy zapominasz o tych  wszystkich naciągaczach, którzy chcieli Cię dziś oszukać. To bieda wymusza u wielu brak skrupułów. Komunikacja nie stanowi najmniejszego problemu, w końcu to była brytyjska kolonia. Ludzie potrafią być niesamowicie mili, pomocni, bezinteresowni. W Indiach można przeprowadzić bardzo sympatyczną i ciekawą rozmowę z niemalże każdym: kierowcą taksówki, przypadkowym przechodniem, poznaną osobą podczas podróży, dyrektorem państwowej firmy czy prezesem korporacji. Niespodziewanie otrzymujesz od nich prezenty i zaproszenie do domu.

Martwisz się bo Twój pociąg się spóźnia 3 godziny? Ciesz się, to przecież bardzo krótko. Opóźnienia 20godzinne nie należą do rzadkości.  Jesteś w Indiach, tu dosłownie wszystko się może zdarzyć.

I ostatni przykład „Incredible India”

 Pyta nas Hindus o wyglądzie raczej playboya:

– A kim jesteście dla siebie?

– Małżeństwem

– Małżeństwem z miłości czy zaaranżowanym?

– Z miłości

– U nas małżeństwa z miłości są nieudane, tylko zaaranżowane przez rodziców są dobre i trwałe. Rodzice są bardziej doświadczeni i oni mi znajdą najlepszą kandydatkę na żonę.

– Ale poznasz ją przed ślubem?

– Niekoniecznie. Zobaczę jej zdjęcie i jak mi się spodoba to się ożenię

– Ale nie poznasz jej osobiście?

– Może porozmawiamy na wspólnym rodzinnym obiedzie i przez 10 minut będę z nią sam na sam.

– Ale czego się dowiecie o sobie w 10 minut?

– Zapyta się mnie gdzie pracuję, ile zarabiam i jakie mam hobby

– Ale przecież w dniu ślubu nie będziesz jej kochać?

– To prawda, ale po ślubie ją pokocham, my Hindusi się łatwo dopasowujemy

– A jeśli jednak jej nie pokochasz?

– Pokocham, rodzice znajdą mi taką, którą pokocham. Wybiorą z tej samej kasty, klasy społecznej, o podobnych zainteresowaniach więc nie będzie między nami konfliktów

– A jak ją znajdą?

– Przez swoich znajomych albo agencję pośrednictwa.

– A jeśli jednak jej nie pokochasz?

– To się bardzo rzadko zdarza. Ale można się rozejść. Tylko że wtedy kobieta będzie takim wyrzutkiem, nikt jej już nie będzie chciał więc ona i tak nie będzie chciała się rozejść. U nas prawie nie ma rozwodów.

23.01.2012 – Zdrowie Natalki!!!

Staliśmy się dumną ciocią i wujkiem ślicznej Natalki.

New Delhi I 14 – 15.01.2012

Delhi: 14.01.2012 – 15.01.2012

Jakby zwiedzić 15-milionową stolicę Indii w pół dnia?

Po raz pierwszy wykupiliśmy wycieczkę zorganizowaną, pod patronatem indyjskiego rządu. Byliśmy jedynymi nie-Hindusami.

Autokar zawozi nas pod hinduską Świątynię Lakshmi Narayan. Wyskakujemy z wozu, szybko, szybko truchtamy do wejścia. Przewodnik każe naszej grupie zdjąć buty, które wsypuje do wspólnego wora i chce zabrać nam telefony komórkowe i aparaty gdyż nie można ich wnosić. Dać, nie dać? Wycieczka rządowa, chyba nie ukradną… Zwiedzamy świątynię w 15 minut i wychodzimy. Telefony i aparaty są. Autokar zawozi nas do afgańskiego  minaretu Qutub. Trochę historii, spacer po parku i już pakują nas z powrotem do autokaru. Jedziemy do Świątyni Bahai, nazywanej Świątynią Lotosu ze względu na jej kształt. Ma symbolizować czystość i równość wszystkich religii świata. Przypomina nieco operę w Sydney. Wchodzimy bez czekania bocznym wejściem dla VIPów odprowadzani przez zazdrosne spojrzenia innych czekających turystów. Przepraszam pana, przepraszam, bardzo się spieszę, ja z wycieczki rządowej, przepraszam. Wykonana z marmuru łącznie z ławkami daje przyjemny chłód. Wnętrze jest ascetyczne. Codziennie są odmawiane modlitwy przez reprezentantów wszystkich religii. Trafiliśmy na czytanie Pisma Świętego, do tego była to niedziela więc praktycznie byliśmy na mszy.

I już znowu gnamy do autobusu. Jednej rodzinie po raz kolejny się dostało za opóźnianie wycieczki. Po drodze zza szyby oglądamy aleję z ambasadami, coś a la nasz Trakt Królewski, Bramę Indii i kilka innych monumentów. Ostatni postój to dom i ogród, gdzie został zastrzelony Mahatma Gandhi. Nie rozumiemy czemu przewodnik porównuje cierpienie i śmierć Gandhiego do śmierci Chrystusa, wisi tam nawet taki obraz. Nie zdążyliśmy uzyskać wyjaśnienia bo już nas pchają do autokaru i zawożą w miejsce, z którego startowaliśmy. Schluss, koniec wycieczki.

Taj Mahal I 13 – 14.01.2012

Agra: 13.01.2012 – 14.01.2012

Jakże mocno musiał kochać Shah Jahan swoją żonę Mumtaz Mahal, skoro wybudował jej takie cudo 🙂 Trzeba przyznać, że Taj Mahal robi ogromne wrażenie, mieni się różnymi kolorami w zależności od kąta padania światła i pory dnia. Wybudowany z marmuru i tysiąca wartościowych, wielobarwnych kamieni ściągniętych ze wszystkich stron świata zachwyca swoim ogromem, lśniącą bielą, precyzją rzeźbień i detali. W wielu miejscach w Indiach miejscowi i/ lub mieszkańcy krajów SAARC (Południowoazjatyckie Stowarzyszenie Współpracy Regionalnej)  płacą znacznie mniej niż zagraniczni turyści. W Taj Mahal ta różnica jest ogromna: Hindusi 20 rupii (ok. 1,30 zł) a my 750 rupii (ok. 50 zł),  ale warto było.

Pokoik zarezerwowaliśmy pod samym Taj’em, jakieś 2 min piechotą od bramy wejściowej. Przed wejściem byliśmy o 6.30, a wrota otworzyli o 7 rano. Dzięki temu do środka weszliśmy w pierwszej dwudziestce ludzi i mieliśmy okazję podziwiać majestat tego cudu niemalże na wyłączność. Po 2 godzinach krążenia po terytorium Taj’a poszliśmy na śniadanie na dachu naszego hostelu, skąd mogliśmy dalej delektować się pięknym widokiem białego pałacu.

Jako że nie pojechaliśmy do Rajastanu znanego z dużej ilości fortów, postanowiliśmy zobaczyć chociaż Agra Fort i nie zawiedliśmy się. Fort zwiedza się bardzo przyjemnie ze słuchawkami na uszach, a głos znany z Discovery Channel opowiada historię rodu Mughal oraz przybliża słuchaczowi funkcjonalność komnat fortu (w Khajuraho skorzystaliśmy z audioguide tej samej organizacji).

Ja bym Oli wybudował 2 razy większy i piękniejszy pałac, a kamienie sprowadziłbym z księżyca!

Friends of Orchha czyli rodzina zastępcza I 12 – 13.01.2012

Orchha: 12.01.2012 – 13.01.2012

Orchha to mała, malowniczo położona wioska, odwiedzana ze względu na spokojną, sielską atmosferę i liczne arabskie, dość zaniedbane pałace oraz świątynie.

Mieliśmy zarezerwowany nocleg u hinduskiej rodziny na obrzeżach Orchhy. Skorzystaliśmy z oferty organizacji „Friends of Orchha” skupiającej 5 rodzin, które odpłatnie użyczają gościny po takich cenach jak hostele. Część z tych pieniędzy idzie do kieszeni rodzin, a część  na rzecz organizacji, która stara się poprawić byt mieszkańców Orchhy m.in. poprzez budowę publicznych toalet.

Dużą zaletą takiego pobytu jest poznanie życia hinduskiej rodziny, szczególnie jeśli pomieszka się u nich dłużej (na co nie mogliśmy sobie pozwolić gdyż przez cyklon i zatrucie straciliśmy sporo dni) . Mieliśmy szczęście gdyż nasza rodzina w miarę porozumiewała się po angielsku – Pani domu była nauczycielką angielskiego, ale lepiej od niej mówiła ośmioletnia Minnie. Wspólnie z rodziną przygotowaliśmy i spożyliśmy kolację, śniadanie oraz wybraliśmy się na parogodzinną wycieczkę rowerową z ich dwiema uroczymi córkami. Jedzenie jest bardzo proste – główne składniki wszystkich posiłków to mąką, ryż, ziemniak i woda. W dniu wypłaty zajadają się kurczakami. Na śniadanie serwowana jest paratha (mączny placek smażony na oleju) nadziewany ziemniakiem, na obiad Thali (ryż, ziemniaki, sos i ewentualnie inne dodatki, jak warzywko czy od święta kurczak), a na kolację chapati (mączny placek smażony bez oleju).

Na północy Indii zimą jest chłodno. Rzadko stosowane są grzejniki czy farelki, a częściej paleniska. I tak oto w Orchhy mieliśmy przyjemność ogrzać się w izbie przy palenisku z suszonych kup, na którym zresztą podgrzewane było jedzenie. Krowie kupy są zbierane, suszone parę dni na ścianie budynku lub na murku i takie nadają się do opał. Palone nie wydzielają żadnego zapachu, więc nie przeszkadza to przy konsumpcji kolacji.