Kamasutra w Khajuraho I 9 – 11.01.2012
KHAJURAHO: 09.01.2012 – 11.01.2012
Podróż nocnym pociągiem przebiegała między pryczą a toaletą. W tym dniu akurat nie było bezpośredniego pociągu do Khajuraho więc dojechaliśmy do miejscowości Mahoba, gdzie wzięliśmy lokalny autobus i już po 4 godzinach telepania byliśmy w Khajuraho.
W Khajuraho 2 dni zdychaliśmy odżywiając się tostami i wodą. Gdy zaraza przeszła, trzeciego dnia opuściliśmy nasze łoże by rikszą zwiedzić w ekspresowym tempie cały kilka kompleksów świątyń, słynnych z erotyzmu.
Kompleks przez wieki był porośnięty dżunglą, aż przez przypadek został odkryty przez brytyjskiego żołnierza w drugiej połowie XIX w. Był on podobno zszokowany mnogością skomplikowanych pozycji erotycznych, pokazujących akty seksualne nie tylko ludzi, ale też ludzi ze zwierzętami. Do dziś poza licznymi hipotezami, nie ma pewnego wyjaśnienia czemu świątynie są całe pokryte erotycznymi rzeźbami.
W kompleksie świątynnym poznaliśmy dwie Polki- panią przewodnik z Łodzi oraz dziewczynę po indologii pracującą w muzeum w Holandii. Biedaczka została zbombardowana przez naszą trójkę gradem pytań nt. Indii. Pytaliśmy się m.in. jak Hindusi postrzegają nas, turystów, czy też mają dla nas jakąś oddzielną kastę/klasyfikację. Odpowiedź brzmiała: nie, po prostu jesteśmy dla nich bankomatem. Oczywiście mówimy o miejscach turystycznych, bowiem klasa średnia niekoniecznie musi czuć tak wielką chęć poznania nas jak sprzedawcy pamiątek;)
Podczas naszej przedłużonej wizyty w Khajuraho poznaliśmy też pewnego Hindusa, managera lotniska, reprezentanta Brahmini, który został oddelegowany daleko od domu i mieszkał w naszym ośrodku pośrodku dżungli. Spędziliśmy 2 miłe wieczory, podczas których znacznie przybliżył nam kulturę i wierzenia ludności Indii.
- nasz autobus
Hinduizm w Varanasi I 7 – 8.01.2012
VARANASI: 07.01.2012 – 08.01.2012
Varanasi jest z kolei świętym, pielgrzymkowym miejscem hinduistów, którzy przyjeżdżają tu oczyścić się z grzechów poprzez kąpiel w rzece Ganges.
Zarezerwowaliśmy hostel z widokiem na rzekę, ale po przyjeździe z niezadowoleniem skonstatowaliśmy, że nie jesteśmy w pierwszej linii zabudowy. Gdy wyszliśmy na spacer, okazało się, że w pierwszej linii, jakieś200 metrówod nas, znajduje się krematorium. Krematorium w Varanasi oznacza specjalne paleniska na otwartym powietrzu, na których pali się ciała zmarłych.
Marzeniem wierzących hindusów jest po śmierci zostać skremowanym i wrzuconym do Gangesu. Nad rzeką znajdują się budynki, gdzie umierający ludzie mogą dokonać żywota i potem zostać spalonym. Kremacja odbywa się na oczach wszystkich. Ciało w białym całunie jest kładzione na stosie ze specjalnego drewna, które zabija nieprzyjemny zapach. Palenie trwa 24 godziny na dobę, kilka ciał jednocześnie na osobnych stosach, Stos podpala mężczyzna, zazwyczaj syn, który wcześniej musi całkowicie się ogolić; włosy na głowie, brodę, wąsy, zarost. To, czego nie uda się spalić, np. większe kości, jest wrzucane potem do rzeki.
Tubylcy i turyści oglądają tą ostatnią drogę z zadumą, namaszczeniem, zdumieniem, niedowierzaniem czy po prostu w szoku. Jedni mogą stać tam godzinami, inni z torsjami odchodzą po minucie.
Wynajęliśmy łódź, z której mogliśmy podziwiać to jedno z najstarszych miast Indii. Przepływaliśmy koło martwego ciała w brązowym worku oraz unoszącego się na wodzie tłuszczu z pośladków. Nasz sternik opowiadał, że nie wszystkich po śmierci się kremuje w Varanasi. Starszych tak, ale m.in. młodszych, schorowanych, dzieci czy trędowatych wrzuca się po śmierci do Gangesu w worku, przywiązując ich ciała do dużych kamieni, tak by utonęły. Czasem wypływają jednak na powierzchnię, czego byliśmy świadkami.
Mimo, że rzeka Ganges na odcinku w Varanasi jest niesamowicie zanieczyszczona zarówno przez ciała zmarłych jak i ogromną ilość ścieków wlewaną przez pobliskie fabryki , nie przeszkadza to nikomu i ludzie z całych Indii pielgrzymują tu by się w niej wykąpać, czasem tuż przy zmarłych. Część mieszkańców Varanasi zaczyna dzień od kąpieli i umycia ząbków w rzece. Wkoło ludzie robią w niej pranie i płuczą naczynia z pobliskich kawiarni.
Jeden wykształcony Hindus z najwyższej kasty (Brahmini) wyjaśniał nam, że jakieś 70% społeczeństwa jest niewykształcone i mimo wszelkich namacalnych dowodów skażenia wody i tak się w niej kąpie wierząc, że skoro rzeka jest święta to jest czysta.
Stare miasto Varanasi to labirynt wąskich uliczek. Ciężko przejść je czystą stopą, trzeba manewrować między stertami śmieci, krowich kup i samymi krowami barykadującymi co i rusz drogę.
Wieczorem uczestniczyliśmy w widowiskowej ceremonii nad Gangesem, gdzie Brahmini modlili się o pokój i dobro na świecie.
Podobno ponad 60% turystów zatruwa się w Varanasi. Niestety należymy do większości i na koniec pobytu strasznie się struliśmy. Może to nasza wina gdyż zjedliśmy obiad na stacji kolejowej, a może pobytowi w Varanasi towarzyszyło tyle emocji, zapachów i wrażeń, że nie byliśmy w stanie tego wszystkiego przetrawić na raz.
- siusiu
- Porzadek w miescie
- pranie
- pranie
- golenie
- suszenie krowich kup na opal
- ciezko przejsc po Varanasi bez wdepniecia…
Buddyzm w Bodhgaya I 5 – 6.01.2012
Gaya, Bodhgaya: 5.01.2012 – 6.01.2012
O godz.23.00 mieliśmy nocny pociąg do Gaya, skąd chcieliśmy się przedostać do najświętszego miejsca buddystów- miejscowości Bodhgaya. Pociąg opóźnił się 3 godziny i mogliśmy zobaczyć morze ludzi śpiących pokotem na dworcu. Było ich tak wielu, że prawie nie dało się przejść. Część czekała na pociąg, a część po prostu tam nocuje do rana, gdzie około 6.00 jest przepędzana przez policjanta drewnianym kijem.
Pewna zwariowana Kanadyjka, poznana na Andamanach, poleciła nam Bodghayę, w której akurat w styczniu przez 10 dni miał przebywać Dalajlama wygłaszając swoje prelekcje. Spodziewaliśmy się zobaczyć medytujących buddystów, a ujrzeliśmy Tybetańczyków kupujących żaroodporne garnki. Atmosfera wydała nam się iście jarmarczna i odpustowa, ze straganami sprzedającymi szwarc, mydło i powidło, karuzelami i wesołym miasteczkiem. Zjechali się tu buddyści z całego świata, głownie jednak z Indii, Tybetu i, ku naszemu zdziwieniu, z Chin. Europejsko wyglądających turystów widzieliśmy niewielu, poznaliśmy Czechów i Rosjan.
Na miejscu dostaliśmy książkę objaśniającą tajniki buddyzmu, które na bieżąco komentował Dalajlama. Widzieliśmy go jednak tylko na telebimie gdyż nie udało nam się bliżej podejść.
Atmosfera skupienia była widoczna głównie przy Świątyni Mahabodi (tam Budda doznał oświecenia), która zrobiła na nas niesamowite wrażenie.
Wieczorem w jednym z barów Gay-i poznaliśmy pewnego Hindusa, biznesmana z wyższej kasty, który pod wpływem alkoholu tak nas sobie upodobał, że chodził za nami i kupował nam okoliczne potrawy, m.in. grzybki w ostrym sosie i wpychał je w nas. U Marcina wyprosił wspólne piwo i chodził z nim za rączkę od sklepu do sklepu. Hinduscy mężczyźni bowiem często się przytulają i chodzą ze sobą za rączkę, co jest oznaką przyjaźni. Momentami jednak ciężko się zorientować czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie…
- Bohater dnia – Dalajlama
- Świątynia Mahadobi
- Świątynia Mahadobi
- Świątynia Mahadobi
- Świątynia Mahadobi
- Świątynia Mahadobi
- żebrzące rączki
- Thali – tradycyjny posiłek indyjski
Indie kontynentalne – Kalkuta I 3 – 4.01.2012
Kalkuta: 03.01.2012 – 04.03.2012
- Victoria’s Memorial
- Victoria’s Memorial
- Victoria’s Memorial
- Park Maidan
- Park Maidan
- Park Maiden
- Park Maiden
- Katedra Sw. Pawla
- Katedra Sw. Pawla
W Kalkucie przekonaliśmy się, że Indie kontynentalne mają niewiele wspólnego z andamańskimi wyspami.
Zamówiony na lotnisku taksówkarz nie potrafił znaleźć naszego hostelu, w związku z czym przez 2 wieczorne godziny zwiedzaliśmy to ogromne miasto zza szyby samochodu. W zamkniętej taksówce czuliśmy się bezpiecznie mijając slumsy, żebraków oraz sterty śmieci. Niektórzy ludzie szykowali swe legowiska do snu na chodniku.
Niestety ranek nie przyniósł większych zmian w obrazie otoczenia. Brud, sterty śmieci pochłaniane przez wszystkożerne krowy i zapach fekaliów towarzyszył nam w drodze do turystycznych atrakcji. Przechodziliśmy koło mężczyzn zupełnie bezpardonowo sikających w centrum miasta, nie próbujących nawet szukać ustronniejszego miejsca. Widok sikających kobiet jest o wiele rzadszy, jednak one też kucają w swoich sari, które zakrywa wykonywanie czynności fizjologicznych. W mniejszych miejscowościach i na wsiach wiele osób załatwia swoje potrzeby fizjologiczne przy drodze. Tak jak w Chinach byliśmy zdumieni słysząc wkoło charczenie, tak w Indiach poza spluwaniem towarzyszą nam wkoło odgłosy bekania.
Po pierwszym szoku, jaki przechodzi pewnie każdy, którego stopa po raz pierwszy dotknie Indii, zaczęliśmy zauważać również piękne obrazy- targ pachnący curry, kurkumą, kardamonem i kadzidłami, biedne lecz roześmiane dzieci na ulicach, Hinduski w tak bijących czystością sari, jakby unosiły się nad ziemią.
Wielu żebraków, nawet jeśli nic im nie daliśmy i tak się do nas uśmiechało. Poznaliśmy Maltankę mieszkającą w Kalkucie 1,5 miesiąca, która spędziła dużo czasu na ulicach tego miasta bawiąc się z dziećmi. Poleciła nam byśmy dawali dzieciom jedynie jedzenie i to takie, którego nie można sprzedać, to wtedy z niego same skorzystają. Opowiadała nam, że my, ludzie Zachodu, litujemy się i współczujemy żebrakom, podczas gdy oni sami często nie uważają siebie jako skrajnie biednych gdyż nie mają porównania z innym życiem, a czasem jest to ich dobrowolny wybór- paradoksalnie „prostszy” przepis na życie. Zgodnie ze wzorowym hinduskim życiem, każdy mężczyzna po wychowaniu dzieci powinien porzucić wszystkie dobra doczesne i jako żebrak doczekać końca swoich dni w świętych miejscach hinduskich.
Zupełnie inaczej wygląda sprawa z pseudo-biedakami. Jeden zaprzyjaźniony Hindus przytoczył nam historię żebraka, którego poznał w Delhi. Jego plan na życie był prosty: codziennie schludnie ubrany udawał się do sklepu, gdzie prosił o małą jałmużnę. Potem szedł do kolejnego sklepu i znów kolejnego. W większym sklepie prosił o 5 rupii (33 grosze), a w mniejszym straganie o 1 rupię. Dziennie odwiedzał 200 sklepów/ straganów w danej okolicy. W miesiąc przerobił wszystkie dzielnice Delhi i znów wracał do tego sklepu, od którego zaczynał. W ten sposób zarabiał 20.000 – 30.000 rupii miesięcznie i dorobił się małej fortunki…
My również chcielibyśmy prosić każdego Polaka o wpłacenie jedynie złotówki na nasze konto, które podamy przy kolejnych wpisach:)
W Kalkucie zwiedziliśmy zapierający dech w piersiach symbol miasta- Victoria Memorial z ciekawymi galeriami ukazującymi historię Kalkuty i zachodniego Bengalu, gotycką katedrę Św. Pawła oraz zakurzone muzeum Indii, w którym od czasu opuszczenia Indii przez Anglików w 1947 roku prawdopodobnie nikt nie sprzątał. W centrum miasta znajduje się ogromny park Maidan, który w rzeczywistości jest śmieciową pustynią z tysiącami ludzi i wieloma klubami krykieta. Ponadto ciekawe wydało nam się planetarium, gdzie lektorka na żywo opowiadała o naszym zadziwiającym wszechświecie, a my myśleliśmy o zadziwiających Indiach. Wizytą w kinie na Bolywoodzkim hicie „Don 2” zakończyliśmy naszą przygodę w Kalkucie.
Lekarz, policja i eskorta z wyspy I 01-03.01.2012
Havelock, Port Blair, Wandoor
Na Andamanach mieliśmy niewątpliwą przyjemność poznać służby medyczne i mundurowe.
Lekarz
Przychodzi Marcin do lekarza, gdyż w nocy nieco opuchł. Pod gabinetem lekarskim jest kolejka, która się nie zmniejsza. Marcin wchodzi do gabinetu z pytaniem kiedy przyjdzie lekarz. Korpulentna Hinduska bawiąca się telefonem komórkowym oznajmia, że ona jest lekarzem, ale nie ma prądu więc nie może nikogo przebadać. Jest godzina 10.00 rano, w gabinecie zupełnie jasno. Marcin prosi by go obejrzała na korytarzu gdzie jest jeszcze jaśniej, albo chociaż dotknęła jego opuchlizny. Lekarka jest niewzruszona i tłumaczy, że nie zacznie badania bez prądu. Po 15 minutach włączają światło. Wtedy lekarka zaczyna pracę i nie patrząc nawet na schorzenie, dotyka opuchlizny i przepisuje leki. W przyszpitalnej aptece leki dostaje się za darmo, dokładnie taką ilość tabletek, jaka jest potrzebna, a nie całe pudełko, więc żaden lek się nie zmarnuje. Podczas kolejnych spotkań z Panią doktor (były łącznie 3) zmieniała się diagnoza – najpierw była to reakcja na słońce i wodę, potem infekcja po zakażeniu od wody, aż ostatecznie winą zostały obarczone miejscowe pluskwy.
W przychodni i szpitalu wiszą plakaty odwodzące Hindusów od przesadnej kopulacji.
Policja i służby leśnicze
Jak już wspominaliśmy nasz lot 28 grudnia przepadł, gdyż nie mogliśmy się wydostać z naszej wysepki na większą z lotniskiem. Za dodatkową opłatą przebukowaliśmy bilet na 3 stycznia 2012. Postanowiliśmy upomnieć się o zwrot kosztów do ubezpieczyciela. Udaliśmy się po stosowne zaświadczenie o cyklonie i braku możliwości podróżowania między wyspami do 2 instytucji:
- Port Havelok. Menadżer portu skierował nas do asystenta głównego inżyniera, który jest zarządcą wyspy. Niestety Mr. Wassu od paru dni był nieobecny, a swoich uprawnień nie przekazuje nikomu. Po długich prośbach skierowano nas do zarządcy lasów i środowiska na Havelock. Tam trafiliśmy na przesympatycznego pana, który wystawił nam zaświadczenie, uraczył kawą i opowieściami o Hindusach.
- Policja. Wydawało nam się to całkowicie oczywiste miejsce. Niestety na Havelock usłyszeliśmy „we are not authorised”, natomiast po namowach zaproponowano nam abyśmy przyszli następnego dnia to coś załatwią. Następnego dnia usłyszeliśmy to samo. 3 – go dnia już byliśmy lekko zdenerwowani, gdyż podróż na policję zajmuje piechotą prawie 1h, więc przysłali do nas szefa policji. Wykonał masę telefonów i zapewnił, że następnego dnia o 8.15 rano otrzymamy zaświadczenie. Godzina jest istotna, gdyż o 9 rano odpływał nasz prom z Havelock do Port Blair. Następnego dnia o 8.15 oczywiście nic nie było załatwione. Parę telefonów i zapewnień i 0 8.30 policjant wziął nasze paszporty i obiecał, że przed 9 rano spotkamy się przy promie i przyniesie nasze zaświadczenie. Spóźnił się 2 minuty. Prom odpływał na naszych oczach, kiedy biegliśmy w jego stronę z paroma policjantami krzyczącymi „stop the ferry”. Ze zdenerwowania Marcin rzucił parę przekleństw i torby na molo a następnie usiadł na jego skraju. Policjanci uznali chyba, że to próba samobójcza i zaczęli Marcina przytulać i pocieszać mówiąc, że za 2 godziny będzie kolejny prom płynący dłuższą trasą, ale załatwią nam na niego wstęp. Dokument, który przyniósł policjant, nie posiadał podpisu upoważnionej osoby, w związku z czym przydzielono nam jednego policjanta aby eskortował nas na wyspę. Po przypłynięciu do Port Blair „nasz” policjant przekazał zaświadczenie kolejnemu stróżowi prawa, który w mig (czyli w 1 godzinę) przywiózł nam je podpisane do portu. Voila – i sprawa załatwiona.
Tak znaleźliśmy się w końcu w Port Blair, stolicy Andamanów. Samo miasto jest bez wyrazu, może dlatego co chwilę ktoś proponował nam haszysz, abyśmy ujrzeli jego koloryt. W stolicy trafiliśmy na noworoczny koncert muzyki hinduskiej, która bardzo przypadła nam gustu. Kilkakrotnie śpiewana była ta piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=YR12Z8f1Dh8 Miejscowi opowiedzieli nam o jej głębokim przesłaniu, które które można zrozumieć czytając słowa piosenki na youtube (tak to jest po angielsku).
Z Port Blair pojechaliśmy na jeden dzień na piękną plażę znajdującą się po drugiej stronie wyspy South Andaman, w miejscowości Wandoor. Plaża ma jeden feler – nie można się kąpać w morzu z uwagi na słonowodne krokodyle.
3 stycznia, z trzygodzinnym opóźnieniem (jako zadośćuczynienie dano nam wegetariańskie bułeczki i somozy), w końcu opuściliśmy Andamany wylatując do Kalkuty.
- W przychodni
- W przychodni
- wigilijne zmiany
- Havelock
- Havelock
- Pożegnanie z Havelock
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
- Wandoor
Cyklon – uwięzieni w raju I 24 – 31.12.2011
Andamany cd – 24.12.2011 – 31.12.2011
Przypływając na Andamany 14 grudnia nie mogliśmy podejrzewać, że wyspa Havelock nie będzie chciała nas wypuścić.
Do Wigilii czas nam mijał spokojnie. Zamiast prezentu bożonarodzeniowego pod choinką poszliśmy na masaż całego ciała. Masaż tłustą oliwą był przyjemny do czasu aż masażyści nie doszli do głowy i nie zaczęli ciągnąć nas za włosy we wszystkich kierunkach, na przemian drapiąc skórę swoimi pazurami. Marcin miał zbyt krótkie włosy by go mocno wytarmosić więc w zamian dostał sporo uderzeń pięściami po plecach.
Sfatygowani i świecący się na kilometr od nałożonej na nas oliwy udaliśmy się na kolację wigilijną.
Po rybach, krewetkach i telefonach do Polski poszliśmy na pasterkę. W wiklinowym kościele zebrało się 20 osób. Mszę prowadził pan w parcianych spodniach, któremu słuchacze co i rusz przerywali aby wtrącić swoje trzy grosze, Nie zrozumieliśmy ani słowa więc jedynie mruczeliśmy przy pieśniach. Małe i większe krabiki miały całą mszę by baraszkować w butach zostawionych przed wejściem.
Podczas mszy słyszeliśmy wzmagający się wiatr i groźny szum fal. Jedna palma nadszarpnęła linie elektryczne powodując niewielki pożar. 25 grudnia dowiedzieliśmy się, że cyklon o nazwie „Thame” dotarł do naszej wyspy przynosząc deszcz i wichury jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy. W nocy morze zaczęło się wkradać do naszego ośrodka i pokonawszy jakieś 50m zatrzymało się na wysokości pierwszych zabudowań. Przewróciło się kilka drzew na wyspie, m.in. na linie elektryczne co ograniczyło dostawy prądu. Momentami nie było też bieżącej wody.
Hinduska obsługa naszego resortu zupełnie nie przejmowała się cyklonem, tłumacząc nam, że raz do roku nawiedza on wyspę, jednak nie stanowi większego zagrożenia. Polecili nam aby nie wychodzić w nocy z budynków i położyć plecaki na podwyższeniu. Jeden Hindus dał nam szczerą radę, żeby na wszelki wypadek spać z jakąś długą szmatą czy liną, aby w razie potrzeby przywiązać się do drzewa i uniknąć porwania przez fale tudzież wiatr. W ten sposób zapewnieni o braku niebezpieczeństwa wstawaliśmy w nocy sprawdzić poziom morza, które szumiało w odległości 150 metrów od naszej chatki. Dudniący deszcz, huk spadających kokosów i gałęzi przy każdym porywie wiatru oraz klekocące na wietrze blaszane daszki (jeden zresztą odleciał) towarzyszył nam przez najbliższe 3 noce. Cyklon trwał 3-4 dni, które wystarczyły by skończyły się niektóre zapasy żywieniowe takie jak jajka czy ryby (zakaz wypływania) oraz pieniądze w obu bankomatach. Całe jedzenie dla wyspy Havelock jest bowiem przywożone ze stolicy Andamanów, Port Blair.
Cyklon uniemożliwił wszelki transport między wyspami, nie kursowały ani promy, ani wodoloty. Prognozy pogody ograniczyły się do braku prognozy gdyż według wszelkich służb pogoda w tym rejonie świata może zmienić się nieobliczalnie w ciągu pół godziny. Tłumy turystów czatowały w okolicach portu sprawdzając czy kursują promy aby wydostać się z wyspy. Wielu z nich, tak jak my, nie dotarło na lotnisko znajdujące się na większej wyspie, w Port Blair i straciło bilety na samolot, których ceny wzrastały niemiłosiernie z dnia na dzień. Byliśmy zmuszeni zarezerwować bilet dopiero na 3 stycznia 2012 roku. Na szczęście od 29 grudnia wszystko wróciło do normy i cyklon opuścił Havelock. Znów mogliśmy nurkować. Niestety cyklon nie ucichł na dobre, tylko skierował się na ląd, do stanu Tamil Nadu, gdzie do tej pory zabił ponad 40 osób.
Na Sylwestra nasza wyspiarska izraelska większość zorganizowała imprezę w jednym z ośrodków wśród palm. Niestety, gdy na nią dotarliśmy o 22.00, impreza już się skończyła na skutek interwencji policji, której przeszkadzał noworoczny hałas – taka jest wersja oficjalna. Nieoficjalna (bardziej prawdopodobna) jest taka, że organizatorzy wsparli miejscową policję zbyt małą kwotą, co wyszło dopiero podczas imprezy i już było za późno aby „dopłacić”. Finalnie przywitaliśmy Nowy Rok na plaży ze znajomymi Grekami. Ognisko, muzyka reggae, gwiazdy i my.
Kochani, życzymy Wam cudownego Nowego Roku 2012!
- Kolacja wigilijna
- Kolacja wigilijna
- Pasterka
- cyklon
- plaza podczas cyklonu
- cyklon
- malutka stonoga – specjalnie dla Kamila 🙂
- skorpion ktorego usmiercilismy
- Finding Nemo 🙂
- 2 m rybka plywala kolo nas
Wesolych Swiat z Andamanow I 14-24.12.2011
Andaman Islands (Havelock, Neil i inne): 14.12.2011 – 28.12.2011
Andamany z uwagi na swoje położenie na środku oceanu w odległości1000 kmod Indii były łakomym kąskiem dla wielu ościennych państw. Pochodzenie plemion andamańskich nie jest do końca wyjaśnione.
Port Blair, stolica Andamaów, przez lata stanowił więzienie dla wrogów Korony angielskiej. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości w 1947 roku, Brytyjczycy przekazali Andamany Indiom. Aby utrzymać Andamany w swoim posiadaniu, Indie zachęcały swoją ludność do osiedlenia się na wyspach poprzez ofiarowanie jej ziemi i zorganizowanie pracy. W ten sposób wiele niezamieszkałych dotąd wysp bądź zamieszkałych przez dzikie plemiona, stały się w pełni indyjskie. Po dziś dzień wiele wysp pozostaje niezamieszkałych,
Istnieją również takie rodzynki jak Sentinel Island, gdzie mieszkają dzikie plemiona i jakakolwiek próba zbliżenia się do wyspy kończy się gradem strzał. Antropologom udało się uchwycić jedynie z daleka sylwetki tego pierwotnego ludu, a indyjskie władze ostatecznie się poddały i zostawiły wyspę w spokoju.
Mimo, że Andamany liczą ok. 200 wysp, turyści mogą przebywać tylko na wybranych, otrzymawszy pozwolenie po przylocie do Port Blair. Głównie odwiedzane są 3 wyspy; najlepiej „rozwiniętą” (choć na pół dziką) wyspę Havelock oraz Neil Island i Long Island.
Havelock liczy jakieś10 kmdługości, jego główną atrakcją są piaszczyste plaże, wielki morski błękit oraz bogata fauna i flora. Można snorklować, nurkować, byczyć się na plaży, jeździć rowerem/skuterem i obżerać świeżymi owocami morza. Jest tu bardzo spokojnie i naturalnie, zawiodą się szukający plastikowych leżaków z parasolkami czy królowie dyskotek.
Centrum wyspy stanowi bazar z owocami i warzywami, nieopodal jest targ rybny oraz kilka sklepików z Coca Colą, chipsami i płetwami. Wzdłuż wybrzeża leży około 20 niewielkich resortów, są to głównie bambusowe chatki, gdzie za 22zł dwie osoby mogą spędzić noc. Bardziej ekskluzywne domki z podmurówką są w cenie ok. 120 zł/dzień.
Hindusi tłumaczyli nam, że w porównaniu do ubiegłych lat, w tym roku jest niewielu turystów na Andamanach. Widząc codziennie te same twarze, szacujemy, że nie licząc turystyki krajowej, jest ich max 200. Największy odsetek stanowią Izraelici, ok. 50%, reszta to Hindusi, Anglicy, Francuzi. Niestety nie spotkaliśmy żadnych Polaków, z którymi moglibyśmy zorganizować polską Wigilię. W drugim dniu naszego pobytu poznaliśmy przesympatyczną parę z Polski- Magdę i Pawła (pozdrawiamy Was gorąco jeśli weszliście na bloga), ale niestety wyjeżdżali następnego dnia.
Wróćmy do Izraelczyków. Podobno Andamany są w Izraelu bardzo modne jako idealne miejsce na odreagowanie przymusowej służby wojskowej, którą w wieku 18 lat muszą przejść nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, z tą różnicą, że służba mężczyzn trwa3, akobiet tylko 2 lata. Pewien 40-letni Izraelczyk tłumaczył nam, że lata wojska są tak ciężkie, że pozostawiają piętno na całe życie. Dlatego też po odbytej służbie młodzi Izraelczycy i Izraelki „nadrabiają” stracone lata młodości chilloutując się przez 3 tygodnie na Havelock. Zazwyczaj spotykamy ich na plaży bądź w hamaku z różnorodnymi typami ziół do palenia. Wyglądają przy tym na bardzo szczęśliwych.
W pierwszym tygodniu jeździliśmy tutaj rowerami i skuterem, odwiedziliśmy różne plaże na Havelock, spędziliśmy 2 dni na pobliskiej wyspie „Neil”, ponurkowaliśmy i podtuczyliśmy się pysznymi milk-shakeami o nazwie „lassi”. Cudowne są indyjskie chlebki „chapati:, z masłem, żółtym serem czy czosnkiem, świeże ryby (szczególnie red snapper – polska nazwa brzmi ryba Lutjanidae z wielkim pyskiem) i krewetki w czosnku. Pierwszy raz w życiu jedliśmy tuńczyka nie z puszki J
Na Andamany przyciąga turystów natura przez duże „N”. Hindusi są dumni z mnogości zwierzątek na wyspach i nie zamierzają (jak w innych częściach globu) zabetonować ich tworząc ekskluzywne 5-gwiazdkowe oazy dla białych, gdzie nie uświadczysz nawet pająka. Dlatego na Andamanach wszystko żyje, cała plaża się rusza gdyż tysiące maleńkich stworzonek, z krabikami na czele, podąża obraną przez siebie drogą życiową. Wszelkie te zwierzątka (kraby, jaszczurki, skaczące rybki etc) uciekają przed nami na lewo i prawo – jakby rozstępowało się morze czerwone. Gdy szliśmy nurkować to szkoła nurkowa nas poinformowała, że jak będziemy mieli szczęście to zobaczymy rekina albo węża morskiego, ale na szczęście nie mieliśmy szczęścia… W Informacji turystyczne poinformowali nas o wszelkich zagrożeniach, a mianowicie są:
– kokosy spadające z drzew – parę miesięcy temu zabiły turystę;
– krokodyle – rzadko spotykane, bardziej na niezamieszkałych plażach. 8 miesięcy temu krokodyl nadgryzł turystkę;
– rekiny i węże morskie (ich jad jest wielokrotnie silniejszy od kobry) – nie atakują same niesprowokowane, więc ich nie prowokowaliśmy.
– inne zwierzątka jak stonogi (duże i bardzo niebezpieczne,); skorpiony, węże itd.
– malaria – ostatni zanotowany przypadek rok temu
W domku też niestety mieliśmy dużo fajnych zwierzątek, jak skorpion, komary malaryczne, duże kraby, jaszczurki, pająki.
Połowa z nas bardzo kocha naturę i cieszy się na widok każdego stworzenia – kraba, stonogi, jaszczurki. Druga połowa, ta piękniejsza;) czasem potrzebuje przed snem łyka whiskey aby zapomnieć o 50-centymetrowej stonodze czy szczurze, który spadł z dachu w naszym kurorcie na wyspie Neil, nota bene najbardziej luksusowym ze wszystkich trzech na całej wyspie.
Jednak organizm ludzki wystawiany na różne próby przesuwa granicę tolerancji i z czasem akceptuje coraz więcej. Na początku wszelkie obce stworzenie wchodzące na terytorium nieco bojącego się homo sapiens wywołuje ciarki, jednak po pewnym czasie ani karaluch ani krab w łazience (mieszkał z nami przez 2 pierwsze dni na Andamanach), nie są już straszne. Jaszczurki w sumie też są ładne, przypominają trochę dinozaury w miniaturze, ale ciężko połowie z nas polubić długaśne czarne stonogi czy szczury. A i tak największe niebezpieczeństwo stanowią spadające z palm kokosy.
Już wiemy gdzie pójdziemy na pasterkę. Udało nam się znaleźć chrześcijański kościół (wygląda jak nasza bambusowa chatka, w której mieszkamy), byliśmy nawet na niedzielnej mszy. Nic nie zrozumieliśmy, ale nie szkodzi. Pasterka jest tu o godz. 23.00 więc po kolacji podjedziemy tam rikszą. Wieczerzę wigilijną planujemy w jednej z tutejszych restauracji, nie będzie karpia, ale pewnie jakaś inna rybka czy krewetka bądź homar.
Jeszcze raz życzymy Wam cudownych Świąt i ściskamy Was gorąco!
- Kraby w kokosie
- Chatka na Havelock Island
- Nasza chatka na Neil Island
- Krabik zamiast muszli wybral platikowy pojemnik
Andamany I 14 – 28.12.2011
Opuscilismy Nepal i polecielismy przez Delhi i Kalkute na Wyspy Andamany. Zadekowalismy sie na wyspie Havelock w uroczej chatce przy plazy (Gold India Resort). W tej pieknej scenerii prawdopodobnie spedzimy Swieta Bozego Narodzenia. W planach mamy jeszcze odwiedzenie okolicznych wysepek, pelnych (ponoc) dziewiczych plaz. Na Havelock jest kilka malenkich kafejek internetowych, ale internet w nich nie dziala zbyt szybko (jest to dial up o predkosci 46 kbps, gdzie wgranie strony naszego bloga zajmuje od 30 min wzwyz).
Mamy natomiast numer indyjski +91 967 957 6846, ktory na wiekszosci wysepek powinien byc osiagalny.
Przez najblizsze 2 tygodnie nasz kontakt ze swiatem bedzie znacznie ograniczony, dlatego awansem pragniemy zyczyc Wam: Wesolych swiat, spedzonych w rodzinnej atmosferze, spokoju i wytchnienia od codziennych obowiazkow oraz niekonczacej sie inspiracji i radosci w nadchodzacym 2012 roku.
Calujemy Ola i Marcin
Pokhara i Kathmandu I 08 – 13.12.2011
Nepalski savoir vivre
Zanim ruszyliśmy w naszą wędrówkę po Himalajach, dostaliśmy w biurze podróży instrukcje, jak należy zachowywać się w Nepalu i na co uważać. Oto najciekawsze z punktów:
- Należy ubierać się skromnie, nie pokazywać golizny
- Nie wolno okazywać czułości w miejscach publicznych
- Należy uważać na takie bestie jak osły na górskich ścieżkach
- Nie powinno się robić zdjęć ludności miejscowej bez zapytania o zgodę
- Jeżeli podróżujemy w grupą (np. w 2 osoby) to powinniśmy zamawiać te same potrawy do jedzenia, aby ich przygotowanie było bardziej ekonomiczne
- Nie wolno nic dawać żebrakom
Z nepalskich miast zwiedziliśmy Pokharę i Kathmadnu. Pokhara oferuje całe spektrum możliwości od chodzenia po górach, po wypożyczenie łódki, rowerów, jeepów, motorów, rafting, paralotniarstwo i wiele innych. Część turystyczna pełna jest knajp i kramów z pamiątkami. Panuje tu atmosfera wsi spokojnej, wsi wesołej, a otoczenie jeziora sprawia bardzo miłe wrażenie.
Kathmandu, stolica kraju, jest bardzo hippisowska i bombarduje kakofonią dźwięków, handlarzy chcących coś sprzedać, oferujących podwózkę i oprowadzenie po zabytkach. Co kilkaset metrów ktoś oferuje zioło, haszysz czy marihuanę. Panuje tu taki harmider, że po jednym dniu chodzenia po mieście głowa pęka. Dlatego łącznie dwa dni w stolicy zupełnie nam wystarczyły na pójście na dyskotekę, na której Nepalki i Nepalczycy pokazywali erotyczne układy taneczne, zwiedzenie centrum, dzielnicy turystycznej Thamel i świątyni Małp. Cieszymy się, że opuszczamy to hałaśliwe miasto.
W Nepalu, również w stolicy, dwa razy dziennie wyłączany jest prąd na ok. 2 godziny. W Kathmandu jest jedna główna poczta, gdzie obsługuje się interesantów w przerwach między chrupaniem orzeszków a popijaniem herbatki, a godziny pracy urzędu to 10.30 – 16.00 bądź 10.00 – 14.00. Żyć nie umierać.
- Kathmandu
Paragliding I 11.12.2011
Paralotnie w Nepalu – 11.12.2011
11 grudnia obchodziliśmy półrocznicę zawarcia małżeństwa, w związku z tym zafundowaliśmy sobie lot paralotnią nad Pokharą.
Połowa z nas trochę bardzo się bała, ale po zapewnieniach jednego pilota (który okazał się być byłym rosyjskim wojskowym i komandosem), że włos nam z głowy nie spadnie, ruszyliśmy jeepem po stromych zboczach Sarangkot. Rosjanin- komandos obiecał, że poleci z bojącą się połową z nas.
Nasza ekipa liczyła trzy osoby: naszą dwójkę i jedną Chinkę, która zwiedza świat ze swoim wiernym kompanem- pluszową pandą zawieszoną na breloku. Do tego po jednym pilocie na łebka: 2 Bułgarów i jeden Rosjanin. Lecieliśmy w tandemie, każdy z nas z jednym pilotem.
Po wjechaniu na górę i podpięciu do pilota trzeba było rozpędzić się biegnąc ze stromego zbocza, zawierzyć opatrzności i odfrunąć z tej góry. Parolotnie sa napedzane wylacznie wiatrem.
Lot trwał 40 minut i w trakcie oglądaliśmy góry, jezioro Phewa Tal oraz orły, które specjalnie tresowane, by latać wśród paralotniarzy. Niektórzy nieustraszeni paralotniarze wskazywali orlom swoje ramię, a te ochoczo na nim siadały.
Ląduje się u podnóża góry, nad samym jeziorem Phewa Tal.







































































































































































































