Archiwa blogu

Auckland i pożegnanie Nowej Zelandii – I 6 – 7.01.2025

Największe miasto Nowej Zelandii oraz przez ponad 20 lat stolica, zdetronizowana przez Wellington z uwagi na bliższy dojazd z wyspy południowej, to tygiel kultur i mnogość łódek. Mówi się, że co trzeci mieszkaniec Auckland ma własną łódź.

W Auckland uczestniczyliśmy we wspaniałych, kilkugodzinnych warsztatach o nazwie Workshop Unleashed, gdzie mogliśmy poznać tajniki tworzenia filmów fantasy, science fiction i horroru. Przyglądaliśmy się wszystkim etapom produkcji obrazów oraz poznawaliśmy sztuczki z perspektywą oraz oglądaliśmy etapy makiet, które niegdyś były podstawą niesamowitych scenerii. Chłopcy byli zachwyceni, my również.

Wspięliśmy się także na Mount Eden, malownicze wzgórze, a właściwie stożek wulkaniczny,  gdzie niegdyś Maorysi mieli swój gród obronny, z licznymi ogrodami i tarasami. Krater uważany jest za miejsce święte. Stąd rozciąga się niesamowita panorama na Auckland.

Jeszcze tylko wysyłka jednej torby z pamiątkami i rzeczami z zawodów do Polski i powoli żegnamy Nową Zelandię, która nas zauroczyła.

Słyszeliśmy recenzję, że Nowa Zelandia jest jak większa Irlandia z lepszą pogodą, ale zupełnie nie. Zaskoczyła nas różnorodność krajobrazów; od surowych, górzystych na wyspie południowej -niesamowicie kontrastujących z tropikalną roślinnością, przez gejzery, bulgoczące błota i wulkany, po pagórki rodem z Hobbita oraz piękne piaszczyste plaże na północy.

Rozkochaliśmy się w podróżowaniu camperem, który daje niesamowitą wolność, ale musimy przyznać, że Nowa Zelandia ma całą infrastrukturę do takich wojaży, szczególnie wyspa południowa. Wydawało nam się nawet, że jest więcej camperów niż samochodów osobowych. Powszechnie dostępna woda pitna (zjawisko obecne również w Australii) także ułatwia podróżowanie. 

Wszechobecne fish and chips trafiają w gusta dzieci, w dużych miastach z uwagi na mieszankę kulturową można dostać wszystkie kuchnie świata. Na stołach Nowozelandczyków często goszczą steki z jagnięciny, pieczone ziemniaki, dynia i pasternak. Na deser oczywiście pavlova (trwa spór czy to Australia czy Nowa Zelandia wymyśliła ten deser na cześć rosyjskiej primabaleriny). Istnieje nawet przysłowie: „nie znajdziesz dobrego męża jeśli nie umiesz upiec dobrej pavlowej”.

Nowa Zelandia to wyspa ptaków i fok, inne zwierzęta to te sprowadzone przez kolonizatorów. Plagą stały się tu króliki i oposy (jak w Australii) oraz jeleniowate, sprowadzone dla sportu. Te ostatnie zaczęły dewastować busz. Polowania są powszechne, widzieliśmy masę ogromnych sklepów dedykowanym polowaniom i rybołówstwu. Ponadto mijaliśmy mnóstwo farm z „bambikami” szykowanymi na steki… Rękawiczki ze skóry oposów są wykorzystywane szczególnie w żeglarstwie i golfie; zyskały sławę bardzo odpornych- tak odpornych jak same oposy, uważane powszechnie za szkodniki.

Jeszcze ważna kwestia przy dzieciach; w przeciwieństwie do sąsiadującej Australii- nie ma tu tych wszystkich pająków, krokodyli i węży więc można na spokojnie puścić dzieci do buszu na budowanie szałasu bez dreszczyku emocji. Jedyne co nam się nie podobało to pływające blisko brzegu rekiny. Co z tego, że tubylcy nic sobie z nich nie robią i twierdzą, że są niegroźne- my jesteśmy z Polski i nie jesteśmy przyzwyczajeni do wspólnych kąpieli.

Opuszczamy Nową Zelandię i lecimy do innego świata- Azja czeka. Co ciekawe stąd na Filipiny leci się tak samo długo jak z Polski do Tajlandii. NZ to jednak koniec świata 🙂