Archiwa blogu

Sydney I 23-28.11.2024

W Sydney zamieszkaliśmy u Piotrka, którego poznaliśmy 12 lat temu w Australii oraz u jego żony Teresy. Tak nas rozpieszczali kulinarnie, że wyjechaliśmy zapewne z dodatkowymi kilogramami. Chłopcy poznali nowe smaki i po wyjeździe wspominali jeszcze z rozrzewnieniem kuchnię naszych gospodarzy, a my także oblizujemy się jeszcze na samo wspomnienie.

Odbyliśmy również podróż sentymentalną z Piotrkiem i pojechaliśmy tak jak 12 lat temu do Blue Mountains pod Sydney. Nazwa pochodzi od niebieskiej łuny unoszącej się ponad drzewami- to eukaliptusy wydzielają olejki, które tworzą niebieską mgiełkę.

Ostatnie dni w Sydney spędziliśmy na rozmowach i graniu w karty z Teresą i Piotrkiem. Ponadtwo wybraliśmy się do przepięknie położonego Taronga zoo, gdzie m.in. można zobaczyć dziobaka: https://youtu.be/zyTILupoLw4 oraz wiele innych australijskich zwierząt, jak wombaty, kasowary, kangury, węże i pająki, koale, czy emu, ale również jest duża sekcja zwierząt afrykanskich czy nawet europejskich. Nie zapomnieliśmy równięż o plażowaliśmu na przedmieściach La Perouse, gdzie kręcono wiele scen z Mission Impossible 2. Starczyło też czasu na zakup souvenirów i wysłaniu ich do Polski czy tez na pogranie w piłkę z Natanem- synem Eweliny i Michała.

Żegnamy Lucky Country czy też Down Under i ruszamy poznać Kiwi:)

East Coast I 16-23.11.2024

NOOSA I 16-18.11.2024

Noosa to kurort porównywalny do naszego Sopotu, trochę zbyt dużo ludzi jak dla nas, ale warto tu przyjechać dla przechadzki po Parku Narodowym Noosa, gdzie do wyboru jest kilka tras – my wybraliśmy tę najbardziej popularną wzdłuż wybrzeża. Niestety nie wypatrzyliśmy koali na drzewach, które ponoć urzędują w parku.

Słona rzeka Noosa oferuje wiele atrakcji; rejsy łodziami, motorówkami i wszelkiej maści sporty wodne. Przy nabrzeżu można spotkać wielkiego Pelikana, skonstruowanego na Paradę Wód w 1977 roku. Wypuszczono go nawet raz na wodę, ale popsuł się wtedy biedaczek i trzeba było go długo naprawiać.

Dopytujemy w informacji turystycznej o koale, jednak ostatnio nie widziano ich w okolicy. Są za to kangury, zamieszkujące busz obok miejsca Elen Point i przychodzące tłumnie na lokalny camping.

Podjeżdżamy więc pół godziny od Noosa i zatrzymujemy się przy ścieżkach krajoznawczych. Faktycznie, kangurki sobie hasają wśród drzew skubiąc trawkę, ale płoszą się na nasz widok. Wiemy, ze potrafią być niebezpieczne, szczególnie przy posiadanym młodym potomstwie więc nie podchodzimy zbyt blisko. Z kolei po dojechaniu na camping w Elen Point widzimy całe stada kangurów, które niewiele sobie robią z obecności człowieka. Przyzwyczajone do oglądania turystów zajmują się swoimi sprawami i wyskubują trawniczek przy samych domkach campingowych.

Coffs Harbour I 18-20.11.2024

Opuszczamy Noosę i Gold Cost i ruszamy ponad 500 km na południe do portowego miasta Coffs Harbour.

Wita nas kapryśna pogoda, ale mimo to ocean robi kolosalne wrażenie. Surferom żadna aura niestraszna.

Udaje nam się zobaczyć Big Banana; region nazywany jest czasem Banana Coast i słynie głównie z plantacji bananów, ale także borówek, ziemniaków, ogórków, pomidorów, awokado i orzechów macadamia.

Australia chlubi się swoimi „Big Things”- wielkimi konstrukcjami, a czasem rzeźbami, które są  charakterystyczne dla danego miejsca/regionu i z założenia miały przyciągnąć turystów (nazywane „pułapkami na turystów”). Lista Big Things zawiera ponad 1000 pozycji, m.in. figuruje tam: wieki banan, wielka gitara, wielki kapelusz, wielka krowa, wielka krewetka etc.

Idziemy też na walk do Muttonbird Island.

Cala wyspa usiana jest dziurami wyglądającymi niczym nory- są to schronienia ptaków, które nazwano muttonbird z uwagi na smak ich mięsa przypominający baraninę/jagnięcinę. Ptaki migrują na zimę do Azji, potem wracają na wyspę, łączą się w pary i wspólnie wysiadują jaja. Gdy potomstwo podrośnie, znowu zimą odlatują do Azji by potem wrócić do tego samego gniazda w ziemi, które naszykowały sobie przed zimą.

Nelson Bay I 20-23.11.2024

W drodze do Nelson Bay stanęliśmy na spacer w Urunga, gdzie idąc kładką zawieszoną nad wodą można podziwiać jak łączą się rzeki Bellinger i Kalang i wpadają do oceanu. Widać, że to też dobre miejsce dla wędkarzy, o czym świadczą chociażby specjalne stoły do patroszenia ryb.

Zauważyliśmy zarówno w Uranga jak i w innych przybrzeżnych miastach, tabliczki na kamieniach i kładkach nad samym oceanem, świadczące o tym, że wiele osób prochy bliskich oddało oceanowi.

Po dotarciu do Nelson Bay odbyliśmy Tomaree Coastal Walk, który pozwala dostrzec urokliwe położenie miasteczka i otaczających je zatok. Rozkoszowaliśmy się słońcem na dwóch plażach, dzieci pałaszowały fish and chips, a na koniec zobaczyliśmy wydmy, które jednak nie są w stanie doścignąć tych naszych w Łebie.

 Wyjeżdżając podjechaliśmy do Rezerwatu Koali, który jest również odpowiedzialny za ratowanie koali z różnych wypadków i prowadzi szpital dla tych uroczych zwierząt.

Bardzo dużo się dowiedzieliśmy o koalach, m.in., że z misiem nie mają nic wspólnego i że należą do torbaczy, takich jak wombat czy kangur.

Koale jedzą przez około 4h dziennie, są aktywne przez godzinę, a resztę czasu przesypiają. Wynika to z faktu, że żywią się liśćmi eukaliptusa (są jedynymi zwierzętami, które trawią toksyny zawarte w liściach) i ich organizm potrzebuje bardzo dużo czasu na strawienie liści.

Koale czerpią wodę z liści eukaliptusa i nie muszą schodzić do żadnego wodopoju, poza okresami wielkiej suszy. W języku Aborygenów nazwa koala znaczy „no drink”.

Wiek koali można poznać po ich uzębieniu, a ich linie papilarne są bardzo zbliżone do tych ludzkich (mają 2 kciuki i 2 palce  w przednich łapkach). Koale raczej schodzą z jednego eukaliptusa by znaleźć innego z mało toksycznymi liśćmi (rozpoznają po zapachu i także po zapachu rozpoznają czy dane drzewo nie jest już zajęte przez jakiegoś pobratymca), jednak jeśli drzewa są w bliskiej odległości, koale potrafią na nie przeskoczyć.

Koale żyją 10-15 lat, ale aktualnie często krócej z uwagi na liczne zagrożenia ze strony człowieka; wycinane są całe lasy eukaliptusowe pod budownictwo (w niektórych stanach bardziej, w innych mniej chroni się wildlife), ludzie grodzą się metalowymi płotami, a nie drewnianymi, których koale nie potrafią pokonać próbując dojść do swojego eukaliptusa, zwierzęta domowe jak psy zagryzają koale, a samo szczekanie psa w bliskim kontakcie z koalą może wystraszyć koalę na śmierć. Do tego dochodzą jeszcze wypadki samochodowe.

W drodze do Sydney zatrzymaliśmy się w Koala Habitat, czyli miejscu gdzie można wypatrzyć koale w ich naturalnym środowisku, jednak nie zauważyliśmy ani jednego torbacza, za to zostaliśmy obsikani przez chmary cykad, które wydalają nadmiar wody z zebranego nektaru.

Brisbane I 13-16.11.2024

Z dwugodzinnym opóźnieniem, czasem wykorzystanym na homeschooling, przylatujemy do kolejnego stanu- Queensland.

W Brisbane wypożyczamy samochód i ruszamy w odwiedziny do Oksany i Mikołaja. Kasia, Marcina siostra, zna się z Oksaną od podstawówki i zarekomendowała nas jako mało uciążliwą rodzinkę😉 Bardzo dziękujemy Kasiu😉

Oksana i Mikołaj mieszkają w uprzywilejowanym miejscu, gdzie zawsze świeci słońce, na przedmieściach Brisbane, na urokliwym cyplu, który Marcin zjeździł na rowerze Oksany. Chłopcy, choć najpierw przerażeni wielkością psa gospodarzy – Rexa, po kilku dniach oswajają się i po wyjeździe tęsknią za Reksiem.

Przejeżdżamy obok przepięknej mariny, zwiedzamy urokliwą zatokę i pier, dzieci kąpią się w lagunie i basenie, budują fortece na plaży, a Marcin trenuje pływanie, bieganie i rower.

Dowiadujemy się mnóstwo o rynku nieruchomości. Australijczycy nie przywiązują się do domu czy mieszkania, często zmieniają miejsce zamieszkania albo dzielnicę, z uwagi na pracę bądź zmianę trybu życia. Widzieliśmy w tym stanie całe osiedla wybudowane dla osób 50+, które chcą trochę zwolnić i żyć spokojniej rzut beretem od plaży. Wszędzie widać mnóstwo billbordów z domami na sprzedaż, rotacja jest duża. Oksana tłumaczyła nam na czym polega downsizing- zmiana lokum na mniejsze w miarę zmieniających się potrzeb. Ciekawym zjawiskiem i zarazem formą spędzania wolnego czasu jest oglądanie domów na sprzedaż, można to robić weekendowo dla funu i rozeznania w nieruchomościach w okolicy, nawet jeśli nie planuje się kupna.

Czas pod Brisbane upłynął nam spokojnie na spacerach, pogaduchach i kąpielach. Aż trudno było jechać dalej.

ULURU I 10-13.11.2024

Lot do serca Australii z Sydney trwa aż 3,5h, do pokonania jest 2500km. Zmieniamy nawet strefę czasową. Sydney-Polska różnica czasu wynosiła 10h, a teraz Ayers Rock/Uluru jest 8,5h.

12 lat temu przejazd do Uluru z Melbourne zajął nam kilka dni, gdzie kangury, wielbłądy i koale umilały nam gorącą trasę. Teraz poszło szybko, aż za, ale jeszcze inne miejsca czekają.

Uluru- świętą skałę Aborygenów, a dokładniej ludu Anangu (gdy Anglicy przybyli na kontynent istniało około 500 różnych języków i plemion Aborygenów) odwiedzamy w ostatnim możliwym momencie- przed latem interioru i temperaturami nie do wytrzymania. W 1985 rząd Australii oddał prawo własności Uluru miejscowym Aborygenom, plemieniu Anangu, które przekazało ją rządowi w 99-letnią dzierżawę. Zapewne dzierżawa będzie przedłużana…

Uluru- święta skała ludu Anangu, zatrzymuje w swych zagłębieniach i jaskiniach życiodajną wodę. Lud Anangu  gromadził się pod Uluru; mieli wyznaczone miejsca na ceremonie dla mężczyzn, oddzielne dla kobiet, jaskinię mędrców, która była niejako szkołą, gdzie na ścianach malowano jadalne rośliny i uczono przetrwania w trudnych outbackowych warunkach. W innej strefie przygotowywano posiłki. Oczywiście Aborygeni zmieniali miejsce pobytu gdyż byli nomadami, poza tym zwierzęta szybko nauczyłyby się gdzie grozi im niebezpieczeństwo.

Przez lata turyści z całego świata wspinali się na Uluru, nie szanując próśb Aborygenów aby zaprzestać wchodzenia na ich święte miejsce. Dopiero w roku 2019, gdy wzrosła świadomość turystów, wielu też straciło tam życie, zakazano definitywnie wspinaczki.

Aborygeni- przedstawiciele najstarszej kultury, która przetrwała nieprzerwanie 60.000 lat, w naszych oczach są zawieszeni między dwoma światami: światem przodków, który został zniszczony i zdezaktualizowany, a światem białego człowieka, w którym są zagubieni.

Rząd Australii w 2008 roku przeprosił za prześladowania i szkody wyrządzone przez lata kolonizacji oraz za skradzione pokolenie (gdy odbierano Aborygenom dzieci celem przymusowej asymilacji kulturowej). Odtąd zmieniające się rządy biją się w pierś, jednak fiasko ostatniego referendum jest bardzo wymowne.

Referendum, przeprowadzone w październiku 2023, miało dać Aborygenom i wyspiarzom z cieśniny Torres szansę na doradzanie parlamentowi w kwestiach ich dotyczących. Australijczycy jednak nie zgodzili się na rozszerzenie praw autochtonów  oraz wpisanie ich do konstytucji.

Według wielu komentatorów było to odebranie „prawa do istnienia rdzennej ludności w jej własnym kraju”. Inaczej niż sąsiednia Nowa Zelandia, Australia do dziś nie zawarła porozumienia ze swoimi rdzennymi mieszkańcami.

Dodamy, że Aborygeni od lat wnioskują o zmianę daty świętowania Dnia Australii na inną gdyż dla nich jest to Data Inwazji.

Uluru to miejsce magiczne. Tak jak outback, który wydaje się pustkowiem i wygląda bardziej jak sawanna. Outback skrywa wiele gatunków zwierząt jak dingo, kangury, emu, jaszczurki, pająki, węże i … dzikie wielbłądy oraz konie. Pamiętamy jak nas zdziwiły dzikie wielbłądy na outbacku gdy podróżowaliśmy 12 lat temu. Nie spodziewaliśmy się ujrzeć tu tych zwierząt.

Wielbłady sprowadzono w XIX wieku z Półwyspu arabskiego, Indii, Afganistanu aby pomóc kolonizatorom w transporcie i ciężkiej pracy w upalnych warunkach outbacku. Rozwój innych form transportu sprawił, że wielbłądy nie były już potrzebne i wypuszczono je na wolność. Populacja szybko się rozrosła zagrażając naturalnemu ekosystemowi oraz osadom ludzkim i od 2010 jest kontrolowana, często przez odstrzał, co budzi liczne kontrowersje. Odwiedziliśmy kolejne święte miejsce Aborygenów- Kata Tjuta/ the Olgas (oznacza „wiele głów”)- piaskowce czerwonej barwy, malowniczo wydrążone przez prądy wietrzne. Przepiękny tekking po Valley of the Winds, gdzie bardzo przydały się siatki na głowę gdyż uporczywe muchy nie odstępują człowieka na krok i włażą do oczu.

Uluru

Uluru/ Ayers Rock

Ruszamy w podróż z dziećmi I 5-7.11.2024

Po 12 latach znów jesteśmy w Australii. Tak wiele się zmieniło przez te 12 lat, my się zmieniliśmy. Wiele wspaniałych osób przybyło, a wiele ukochanych odeszło.

Zegar z każdym rokiem przyspiesza, dni i tygodnie zaczynają zbijać się w miesiące, a okres między jednym a drugim Bożym Narodzeniem wypełniają cykliczne aktywności; czy coś się wydarzyło rok czy dwa, a może trzy lata temu, trudno powiedzieć.

Czy to przez pojawienie się dzieci życie nabrało tempa? Czy to my jesteśmy tak zachłanni i chcemy zbyt dużo zbyt intensywnie? Czy po prostu to świat przyspieszył, albo optyka zmienia się w miarę starzenia?

Może uda nam się w tej podróży wyrwać szponom czasu i sprawić, by choć przez te kilka miesięcy zaczął wolniej albo po prostu inaczej płynąć?

Cel, który nam przyświeca to złapać te momenty bliskości z dziećmi. Dziećmi, które zbyt szybko rosną i nim się obejrzymy pójdą dalej własną drogą. Spędzimy wspólnie kilka miesięcy podróżując głównie po Australii, Nowej Zelandii, Filipinach, Tajlandii i paru jeszce innych krajach.

A że wybraliśmy koniec świata? Zawody Marcina w Nowej Zelandii z pewnością były dobrym pretekstem, a sama podróż akurat w tym momencie naszego życia jawiła się jako realna.

Będzie to pewnie trochę podróż sentymentalna dla nas, a może trochę odkrywcza, widziana oczami dzieci.

I tak wyruszyliśmy 5 listopada 2024 roku z Warszawy przez Stambuł do Kuala Lumpur. Specjalnie zostaliśmy tu kilka godzin by zobaczyć stolicę Malezji przed kolejnym lotem. Z lotniska podjechaliśmy pociągiem do centrum miasta. Gdy wysiedliśmy z pociągu, buchnęła w nas fala tropików. Upał i niemiłosierna wilgoć przyklejały ciuchy do ciała. Jeśli dodać do tego zmęczenie dzieci, które zamiast spać oglądały filmy w samolocie, to robią się wprost  idealne warunki na zwiedzanie miasta.

Wzbijając się na wyżyny cierpliwości i empatii podjechaliśmy taksówką pod wieże Petronas Towers- niegdyś najwyższą budowlę świata, aktualnie najwyższe na świecie bliźniacze wieże. W jednej z wież mieszczą się biura firmy Petronas- kolokwialna nazwa  Petroliam Nasional Berhad (malezyjskiego koncernu naftowego i gazowego), a druga wynajmuje swoje biura licznym firmom. Ponadto budynek mieści centrum handlowe, salę koncertową, galerie sztuki i sklepy.  Wieże były budowane w tym samym czasie przez 2 różnych wykonawców- Japończyków i Koreańczyków, by w ten sposób konkurowali ze sobą w szybkości budowy. Zmieścili się w przewidzianym czasie-sześciu latach.

Wieże zaprojektował dla rządu Malezji argentyński architekt César Pelli. Owczesny premier Mahathir miał wizję zbudowania niezwykłego budynku, z którego Malezyjczycy będą dumni i który będzie odzwierciedlał takie islamskie wartości jak jedność, harmonia czy stabilność. Dlatego chciał, by wieże widziane z góry opierały się na geometrycznych islamskich formach dwóch przecinających się kwadratów, tworzących ośmioramienną gwiazdę. Według architekta projekt tego typu nie wykorzystywał zbyt wiele przestrzeni, w związku z czym dodał jeszcze półokręgi między rogami gwiazd.

Na tyłach Petronas Towers mieści się urokliwy KCC Park, który miał na celu złagodzić szklaną dżunglę i wnieść nieco zieleni dla oka. W kafejce przy parku siadamy na lody pistacjowe, które dodają animuszu dzieciom.

Potem  podjeżdżamy zobaczyć Rzekę Życia- projekt rewitalizacyjny terenu u zbiegu dwóch rzek- Kelang i Gombak. Wieczorami rzeki są podświetlane i z najstarszym meczetem Malezji w tle, tworzą ponoć niesamowity obrazek. Dla nas za dnia jednak czystość wody wciąż pozostawia dużo do życzenia.

Zerknęliśmy na Plac Niepodległości (Dataran Merdeka) nawiązujący do kolonialnej przeszłości, gdy Malezja była częścią Imperium Brytyjskiego i wróciliśmy pociągiem na lotnisko, by dzieci ucięły sobie drzemkę.

Potem jeszcze tylko 9h lotu z międzylądowaniem na Bali, gdzie przez okno pomachaliśmy części rodziny urzędującej akurat w Indonezji i po 2 dniach wylądowaliśmy w kraju Down Under.

Australijskie znaki

Na koniec Australii postanowiliśmy wrzucić galerię zdjęć znaków drogowych, które szczególnie wzbudziły nasze zainteresowanie. Enjoy.

Ostatnie dni w Australii I 23.04 – 04.05.2012

Sydney, Nowa Południowa Walia, Australia: 23.04.2012 – 04.05.2012

Sydney nie jest stolicą kraju, chociaż bardzo by chciało nią być. Melbourne również. Miasta te zawsze ze sobą rywalizowały. Kiedy na początku XX wieku przyszedł czas na utworzenie stolicy, Melbourne i Sydney biły się o palmę pierwszeństwa. Rząd jednak podjął decyzję, że najsprawiedliwiej będzie, jak stolica powstanie pomiędzy tymi miastami. Zaprojektowano i utworzono miasto w środku buszu, bez dostępu do oceanu i nazwano je Canberra – w języku jednego z ludów aborygeńskich oznacza to „miejsce spotkań”.

Sydney, mimo że nie jest stolicą, z pewnością jest bardziej znane niż Canberra. Zostało „odkryte” przez James’a Cooka w 1770 r, a jego najstarsza część- the Rocks- była miejscem zepsucia, łajdactwa i rozpusty jeszcze do ’80 XX w.

W Sydney na początku mieszkaliśmy u australijskiego małżeństwa w naszym wieku, które zaproponowało nam wspólne świętowanie „Anzac Day” (skrót od Australian and New Zealand Army Corps). Jest to święto obchodzone 25 kwietnia na cześć wojsk australijskich i nowozelandzkich poległych w I wojnie światowej. Ucieszyliśmy się, że zobaczymy oficjalne obchody i paradę. Zabrali nas na południowy-wschód od Sydney, nieopodal zatoki Botany Bay, do parku i wyspy „Bare Island”. Na wyspie w drugiej połowie XIX w zbudowano fortyfikacje obronne, chroniące przed potencjalnym najeźdźcą (szczególnie obawiano się Japonii). Nikt nie zaatakował. Wraz ze znajomymi naszych gospodarzy spacerowaliśmy podziwiając piękne plaże.  Następnie pojechaliśmy do pubu, gdzie poznaliśmy grę „heads or tails”. Raz w roku, właśnie na Anzac Day, dozwolony jest w Australii hazard w czystej formie bez podatków, jako przypomnienie gier żołnierzy na wojnie. „Heads or tails” to mniej więcej orzeł czy reszka, gdzie często za grube pieniądze zakłada się z osobami z tłumu co wypadnie. Po grze, gdy zorientowaliśmy się, że wracamy do domu spytaliśmy naszych gospodarzy gdzie parada, pochód z chorągiewkami, bębny, fanfary???, a oni na to, że parada była rano w centrum i oni zawsze uciekają od takich tłumów. Tak żeśmy właśnie zobaczyli obchody Anzac Day.

W Sydney umówiliśmy się ponownie z poznanymi po drodze rowerzystami – Gosią i Adamem – na parogodzinny spacer po mieście. Wieczorem rowerzyści prezentowali zdjęcia ze swojej podróży w polskim konsulacie, gdzie nas zaprosili. Ich prezentacja była poprzedzona długim wystąpieniem konserwatora zabytków z Podkarpacia. Dzięki temu spotkaniu poznaliśmy bliżej polską młodą emigrację – Ewelinę i Michała oraz Piotrka. Po uroczystościach w konsulacie przenieśliśmy się nieopodal do Piotrka na „afterparty”.

Centrum Sydney przeszliśmy wzdłuż i wszerz, głównie z ogłoszeniami naszego autka. Poznaliśmy ponadto parę dzielnic, w których mieszkaliśmy. Jako że Sydney leży nad oceanem, nie brakuje tu ładnych plaż, takich jak Bondi Beach czy Coogee Beach, a droga je łącząca prowadzi wzdłuż ostrych klifów.

Zafundowaliśmy sobie również wycieczkę poza miasto w góry Blue Mountains, leżące 2 godziny od Sydney. Piotrek aka „górski przewodnik” zna tam każdy kąt, każdą roślinkę i każdego ptaszka. Widoki przepiękne, morze zieleni o różnych odcieniach. Okoliczne nasadzenia przypominały te w Polsce; klony, klomby, cisy, ostrokrzewy, rododendrony, bukszpan, bluszcz itp. Lekka mżawka zmusiła nas do pikniku okraszanego winem pod skałą przy „Trzech Siostrach”.

Sydney, a najbardziej port, robi wrażenie. Opera przyciąga wzrok, chociaż myśleliśmy, że będzie większa i bielsza, może ją trochę wyidealizowaliśmy. Jak się podejdzie bliżej to widać mozaikę, jaką jest pokryta, nie jest ona śnieżnobiała. Operę zaprojektował duński architekt Jorn Utzon, którego szkic wygrał międzynarodowy konkurs. Jak się szybko potem okazało, pierwotny projekt był niezgodny z prawami fizyki. Po korektach budowa przeciągała się latami, pochłaniając dużo wyższy budżet od założonego. Za tą sytuację winą obarczona duńskiego architekta, który został wydalony z Australii i nigdy nie ujrzał ukończonego dzieła. Nieopodal „wisi” most Harbour Bridge, który jest jednym z najszerszych i najdłuższych wiszących mostów na świecie.

Na pożegnanie Ewelina z Michałem zaprosili nas do siebie na smakowite tajskie danie. Zauważyliśmy, że zjechali prawie cały świat, ich półki uginają się od przewodników, które sami mogliby już pisać. Kolejna wyprawa Michała zakłada przebycie Am. Południowej z południa na północ przy użyciu jedynie sił natury. Bardzo nam zaimponowali, chociażby tym, że do ślubu pojechali…autostopem. Oto link do ich strony podróżniczej: www.kozok.eu

Ostatnią australijską noc spędziliśmy u Piotrka, przy wódeczce, przepysznym rosole i kurczaku. Prawie jak w domu 🙂

Tak oto po 2 niesamowitych miesiącach, przejechaniu 11.000 kilometrów przez 5 stanów, obcowaniu z kangurami, misiami koala, psami dingo, wielbłądami, jaszczurami, krokodylami, oposami, nietoperzami, emu, cassowarami i papugami, przyszedł czas na rozstanie się z krajem „Down Under” i wyjazd do innego świata, Ameryki Południowej.

Jak sprzedać auto w Sydney? I kwiecień 2012

Sydney, New South Wales: kwiecień 2012

Zazwyczaj turyści przyjeżdżający do Sydney w pierwszej kolejności kierują swe kroki w stronę ikony Australii – opery i Harbour Bridge. My zaczęliśmy od rozwieszania ogłoszeń o sprzedaży naszego ukochanego auta po wszystkich hostelach w centrum miasta. Udaliśmy się również na parking King’s Cross, gdzie miasto (na skutek próśb mieszkańców jednej z dzielnic), zostało zmuszone zorganizować giełdę samochodową. Do niedawna bowiem niskobudżetowi turyści, którzy chcieli sprzedać swe samochody w Sydney, czekali na klientów w jednej z ekskluzywnych dzielnic, gdzie parkingi były bezpłatne. Biwakowali przy tym ochoczo i cieszyli się życiem. Bogatszych sydnejczyków z tej dzielnicy szlag trafiał, gdy spiesząc z rana w garniturach do pracy oglądali ludzi popijających piwko, śpiących za darmo w samochodach i gotujących zupki chińskie na ich trawnikach. I tak powstała giełda.

Giełda polega na tym, że za 60 dolarów można przez tydzień wystawiać swój samochód na podziemnym parkingu, gdzie przychodzą potencjalni kupcy. Menadżer giełdy uświadomił nam, że niestety maj jest bardzo złym okresem na sprzedaż auta gdyż robi się coraz zimniej i aktualnie jest więcej sprzedających niż kupujących. Porozmawialiśmy szczerze z wystawiającymi tam swoje samochody Francuzami, którzy przyznali nam, że nabawili się depresji po 5-dniowym pobycie na ciemnym parkingu prawie bez żadnych wizyt ze strony nabywców. Postanowiliśmy odpuścić tę opcję. Podrasowaliśmy nieco naszą reklamę na najbardziej popularnym portalu internetowym- gumtree oraz paru innych portalach, stworzyliśmy profil naszego autka na facebook’u (możecie go like’nąć 🙂 – http://www.facebook.com/profile.php?id=100003786227475) i wzmożyliśmy rozwieszanie ogłoszeń. Przeszliśmy Sydney w szerz i wzdłuż.

Wiedząc, że statystycznie potencjalnym kupcem będzie Niemiec albo Francuz, bo ich najwięcej tu podróżuje, uznaliśmy, że nie przyznamy się do naszej polskości gdyż może to działać na naszą niekorzyść. Niemcy zapewne skojarzą Polaków ze złodziejami aut, a Francuzi też nie pałają do nas żarliwą miłością. Dni mijają, a tu cisza, Zero telefonów, maili, no może poza kilkoma próbami oszukania nas na opcję „Pay pal”.  Napięcie rośnie bo za kilka dni wylot. Zdziwiliśmy się ogromnie gdy napisał do nas smsa w języku polskim pierwszy i jedyny zainteresowany. Komputer spłatał nam figla i w naszym ogłoszeniu pokazała się nazwa stanu (New South Wales) w języku polskim. Podnieceni, umawiamy się z potencjalnym kupcem.

Klient okazuje się o dwa lata młodszym od nas Francuzem o polskich korzeniach.

– Ja chcę kupić auto od Was bo jesteście Polakami, a Polacy są uczciwi, nie to co Francuzi- tłumaczy nam poprawną polszczyzną z francuskim akcentem

– Francuzi chyba też są uczciwi w stosunku do swoich rodaków?- pytamy

– O nie, ja nigdy nic nie kupię od Francuza, oni są najgorsi, zawsze chcą cię oszukać- uśmiecha się rozbrajająco nasz Francuz.

– To jaką mamy gwarancję, że ty nie chcesz nas oszukać skoro też jesteś Francuzem?- ripostujemy

– Ja się czuję bardziej Polakiem niż Francuzem. Kiedyś Francuzi byli ok, ale ostatnio do Francji przyjechało dużo Arabów, a oni strasznie oszukują i Francuzi aby się bronić też zaczęli oszukiwać i teraz są tacy sami.

– Skoro tak mówisz… Chcesz zobaczyć auto?

– Tak, bien sur

Francuz, znający się na samochodach jeszcze mniej niż my, sprawdził czy nasz Falcon posiada cztery koła i silnik. Koła i silnik są więc Francuz poprosił o jazdę próbną.

– Ok, a jeździłeś kiedyś po lewej stronie?- pytamy

– Tak, próbowałem w Anglii.- pewny siebie odpowiada i przygląda się automatycznej skrzyni biegów- A te literki „P”, „D”, „R”, co oznaczają?

Zaczynamy się nieco niepokoić, ale wyjaśniamy, że to automat i że jeździ się na literce „D”, a „R” to wsteczny.

– Ok, ok, to jedziemy- zarządza Francuz.

Trzeba tu nadmienić, że Sydney to jedyne australijskie miasto (z tych przez nas odwiedzonych), gdzie ulice są nad wyraz wąskie, a kierowcy jeżdżą szybko i nikogo nie wpuszczają. Stanowczo trudne miasto do nauki jazdy po lewej stronie. Francuz rusza z piskiem i jedzie niesamowicie blisko lewej strony.

– Musisz jechać prawiej bo kogoś walniesz- już nie jest nam do śmiechu

– Ok, ok, gdzie jest tu jakaś autostrada bym sprawdził przyspieszenie?- Francuz się rozkręca

– Nie ma tu autostrady, jesteśmy w centrum Sydney

– No dobra to tu spróbuje- nie zdążyliśmy odpowiedzieć, a Francuz wcisnął gaz do dechy.

– Prawiej, prawiej!- staramy się nie krzyczeć, ale nie potrafimy się opanować.

Na to nasz Francuz uznał, że pojedzie jeszcze bliżej lewej. Marcin, siedzący obok, chwycił mu za kierownicę i odbił w prawo. Minęliśmy się na centymetry z zaparkowanymi w rzędzie po lewej autami. Jeszcze nie sprzedaliśmy auta, a Francuz zaraz nam go rozbije!

– To może już wystarczy na pierwszy raz, co?- sugerujemy

– No dobra, ma dobre przyspieszenie, sprawdziłem.

Marcin się przesiada, Francuz siada obok, kamień spada nam z serca. Francuz wpłaca zadatek bo nie posiada całej kwoty. Umawiamy się za dwa dni po resztę.

W ustalonym terminie Francuz przychodzi z brakującą kwotą. Podpisujemy umowę sprzedaży, dajemy mu klucze i prosimy by jak najszybciej wykupił dobre ubezpieczenie.

– Ok, ok, sans probleme- odpowiada i odjeżdża z piskiem.

Patrzymy za nim ze zgrozą jak jedzie zahaczając jednym bokiem o przylegający pas. Oby tylko nic mu się nie stało- myślimy i idziemy świętować sprzedaż auta. W sumie przykro nam się było rozstać z Falconikiem i zacząć znów chodzić wszędzie na piechotę. Cała operacja przy dwumiesięcznej wycieczce wyszła nas dwukrotnie taniej niż wynajęcie auta i dała nam znacznie więcej swobody i frajdy, ale przy krótszym pobycie polecamy wypożyczyć samochód.

Kupujemy sushi, ser, winogrona i wino i pałaszujemy te delicje na trawce w parku z widokiem na operę, port i Harbour Bridge.

Jednak fakt, że jesteśmy Polakami, okazał się naszym atutem…

East Coast I 12 – 23.04.2012

Wschodnie Wybrzeże, Queensland i New South Wales: 12.04.2012 – 23.04.2012

Sławne plaże wschodniego wybrzeża na pierwszy rzut oka przypominają plaże europejskie. Z tą małą różnicą, że w Australii fale są dużo większe, często występują parzące meduzy (pozostawiające blizny na całe życie), rekiny albo krokodyle w okolicy. Już nie będziemy narzekać na zimną wodę w Bałtyku bo przynajmniej można się w niej kąpać bez zagrożenia życia. Od Cairns aż po Byron Bay kąpiele w oceanie okazały się niewskazane. Z tego powodu miasta na przestrzeni lat zainwestowały w infrastrukturę zastępczą i wybudowały laguny wodne – baseny przy plaży. Sprawdzaliśmy empirycznie każdą lagunę na naszej drodze, m.in. w Cairns, Airlie Beach, Mackay i Caloundra. Wkoło zazwyczaj posiada się dostęp do prysznicy, wody pitnej i piecyków na barbeque.

Wschodnie wybrzeże to również kierunek docelowy większości surferów. Przybywają licznie na plażę z samego rana, już od 5.00 szukając największych fal. Czasem wstawaliśmy równo z nimi aby przeparkować samochód zanim przyjdzie patrol miejski, stąd wiemy. Bardziej doświadczeni często startują z wystających z oceanu skał, a ci mniej pewni siebie wchodzą z brzegu.

Gdy opuszczaliśmy jedną z plaż o nazwie „Mission Beach”, gdzie wiało i padało niemiłosiernie, naszym oczom ukazała się….. cassowara! Nareszcie! Od tylu dni jej szukaliśmy! Kroczyła powoli wzdłuż krawędzi lasu. Duża niczym emu i kolorowa pod szyją jak papuga, wyglądała mało przyjaźnie, a wręcz zadziornie, taki z niej leśny hultaj.

Ruszamy dalej. Zdążyliśmy przejechać zaledwie kilkaset metrów gdy zatrzymuje nas młody backpacker z deskorolką. Chce jechać na południe. Zabieramy chłopaka, który również okazuje się Niemcem (jak wcześniejszy autostopowicz, którego wzięliśmy). Peter ma 20 lat i autostopem zwiedza Australię. Swój dobytek – plecak i namiot wozi za sobą na deskorolce, tak mu lżej. Rodzicom powiedział, że jeździ pociągami za zarobione na farmie pieniądze. Właśnie skończył pracę na farmie, gdzie zrywał banany. Opowiada, że bywało niebezpiecznie ze względu na pytony, które lubią wygrzewać się na bananowcach. Mimo, że łapanie stopa w Australii jest oficjalnie zakazane, nie jest to wcale trudne. Peter czeka średnio pół godziny aż ktoś się zatrzyma. Często jest zapraszany na kolację i nocleg do domów Australijczyków, którzy go podwożą. Pytamy się czy oglądał film „Wolf Creek”, o którym kilkakrotnie słyszeliśmy. Film opowiada historię, która wydarzyła się ponad 10 lat temu w Australii. Oprawca – Australijczyk zabierał z drogi autostopowiczów aby potem ich mordować. Takie mrzonki nie robią jednak na młodym Peterze żadnego wrażenia. Zostawiamy go na skrzyżowaniu pod Townsville gdyż w tym mieście mamy umówioną kanapę.

W Townsville gościmy u emerytowanego żeglarza/nurka, który większość swego życia spędził albo na wodzie albo pod wodą. Jego bogaty życiorys wystarczyłby na kilka ludzkich żyć. W wieku 24 lat uciekł śmierci gdy jacht wywrócił się na oceanie podczas sztormu. Z ośmioosobowej załogi przeżyła tylko trójka. To doświadczenie nie przeszkodziło mu dalej żeglować. Później jako płetwonurek wyłapywał okazy różnorakich ryb, które umieszczono w  oceanarium w Townsville. Wciąż zwiedza świat, jeździ gdzie się da, najbliższa podróż to rejs z kolegą jego jachtem do Japonii, a stamtąd do Ameryki Południowej.

Townsville jest bardzo przyjemnym i ładnym miastem, o dziwo mało turystycznym. Żyje z przemysłu oraz wojska. Tutaj znajduje się baza nalotowa. Pod Townsville przeszliśmy się na17 kmtrekking do Alligator Creek, tak nam się spodobał australijski „bushwalking”.

Kiedy indziej kupiliśmy wycieczkę motorówką na Whitsunday Islands, piaskowe wyspy przecudnej urody. Najbardziej znana plaża i uznawana za jedną z najpiękniejszych na świecie – Whithaven owszem, jest śliczna, ale w oceanie pływają meduzy i kąpiel jest niewskazana, już znamy tę śpiewkę. Marcin jest wniebowzięty gdyż plaże zamieszkuje cała masa Lolków (dużych jaszczurów), które podchodzą bardzo blisko. Jeden polizał mu nawet nogę (może sprawdzał czy smaczna;).

Ogromne wrażenie zrobiło na nas Brisbane, stolica Queensland. Jest to miasto do życia, nie za duże, nie za małe, po prostu idealne. Posiada centrum CBD z wieżowcami, ale także lagunę, gdzie w chłodzie można podziwiać drapacze chmur. Zachwyciła nas przepięknie zagospodarowana przestrzeń publiczna z parkami, skwerami, kaskadami kwiatów, rosarium, ścieżkami dla pieszych i rowerzystów. Wieczorem można potańczyć na placu gdzie dla chętnych za darmo odbywają się lekcje salsy albo poszukać precjozów na nocnym targu. Tam widzieliśmy Polaka, który zrobił furorę sprzedając hiszpański smakołyk „churros” (smażone w głębokim oleju pączki w kształcie rurki). Brisbane ma również swoje „London eye”, z którego roztacza się panorama na miasto. W jednym parku udało nam się zobaczyć nie śpiące koale. Bawić się może nie bawiły, ale śmiesznie wcinały liście i sprawnie wspinały się na drzewa.

Dalej odwiedziliśmy Surfers Paradise- miejską dżunglę, mekkę surferów. Na aktualnej mapie zaznaczyliśmy miejskie kempingi, na których chcieliśmy przenocować, ale na miejscu zauważyliśmy, że już zostały zabudowane kolejnymi wieżowcami. Nie pozostało nam nic innego jak nocować na parkingu. Odsypialiśmy tę noc potem na bardzo sympatyczne plaży Byron Bay, położonej już w kolejnym stanie – New South Wales, którego stolicą jest Sydney.

Wschodnie wybrzeże to również kult ciała i zdrowego trybu życia. Widzi się całe grupki biegaczy, a matki z wózkami nie spacerują, tylko uprawiają marszobieg.

Wielka Rafa Koralowa I 11.04.2012

Wielka Rafa Koralowa, Cairns:  11.04.2012

Chyba najbardziej nie mogliśmy się doczekać tego punktu naszej trasy po Australii. Czekała na nas Wielka Rafa Koralowa, jeden z siedmiu naturalnych cudów świata, oglądana w folderach turystycznych od czasów liceum.

W przeddzień przyjazdu do miasta Cairns- ekskluzywnego kurortu, znajdujemy w internecie ciekawy pakiet obejmujący dwa nurkowania, pływanie z rurką oraz przelot helikopterem nad rafą. Dochodzimy do wniosku, że raz się żyje i dzwonimy do agencji turystycznej. Miła pani rezerwuje nam 2 miejsca i tłumaczy miejsce spotkania w porcie. Na koniec podpytujemy czy jest obok bezpłatny parking gdzie moglibyśmy zostawić auto. Na to pani z firmy odpowiada:

– Będą Państwo pewnie mieszkać obok promenady nieopodal portu, zapewne w Hiltonie albo Shangri-la więc tam są parkingi

– Ach, to wspaniale- odpowiadamy i po kilku godzinach nocujemy na bezpłatnej zatoczce dla samochodów (rest area) 20 km od Cairns.

Raniutko przybywamy do portu, parkując auto kilometr wcześniej. Wielka łódź pokonując kolejne fale zabiera nas na Wielką Rafę, jakieś100 kmod brzegu. Na pokładzie poznajemy licznych kurortowiczów z Hiltona.

Pierwsze nurkowanie odbywa się w Saxon. Dive master tłumaczy gdzie jaką rybę można spotkać. Wszyscy- nurkowie i pływający z maską, ubieramy się w niebieskie kombinezony chroniące od poparzeń meduz. Jakby ktoś spojrzał z boku, uznałby, że łódź została opanowana przez niebieskie smurfy czy teletubisie.

No i nareszcie chlup do wody! Rafa piękna, ale jeszcze piękniejsze ryby, które, jak wszystko w Australii, osiągają duże rozmiary. Już na samym początku widzimy dwa rekiny o długości1,5 metra. Jedno z nas – to bardziej płochliwe;) by pewnie w normalnych okolicznościach dostało zawału, gdyby nie fakt, że dive master zapewnił nas wcześniej, że są to rekiny „rafowe”, niegroźne i nie jedzące ludzi.  Potem, jak na złość, do tej płochliwszej połowy z nas, doczepia się niegroźna, czerwona rybka o nazwie Paddlefish, która nie chce ani na moment odpłynąć, nie pomaga machanie jej płetwami przed nosem. Po wyjściu z wody dowiadujemy się od dive mastera, że nurkowie często biorą krewetki do kieszeni by przyciągnąć ryby i ta czerwona ryba sobie ubzdurała, że my też poupychaliśmy krewetek pod kombinezon.

Na drugie nurkowanie płyniemy w miejsce o nazwie Hastings. Istny raj. Rafa z koralowcami w kształcie grzybów oraz żółwie wodne, które dają nam się dotknąć. Są takie słodkie i delikatne. Niestety nie mamy aparatu, muszą wystarczyć nam wspomnienia.

Zgodnie z dalszą częścią naszego programu, małą motorówką podpływamy w 4 osoby na platformę na oceanie, bielusieńką od ptasich kup. Stąd zabiera nas helikopter. Rafa z helikoptera wygląda jak na obrazku. Widać gdzieniegdzie pancerze żółwi pływających tuż pod powierzchnią. Nie wiemy jak to się stało, ale goście z Hiltona przeoczyli ofertę z helikopterem i po locie wypytują się nas o koszt takiej imprezy i nasze wrażenia.

Dzień zostaje ukoronowany pysznym obiadem, winem oraz występem naprawdę utalentowanego muzyka, można powiedzieć – człowieka renesansu, który kilka godzin wcześniej pełnił funkcję kucharza. Śpiewa wybornie. Zaczyna od piosenki „Down under”, którą tak tu pokochaliśmy. Łódź dobija do brzegu, żegnamy się z gośćmi z Hiltona i wracamy na nocleg na naszą zatoczkę dla samochodów. Ach, co to był za dzień!