Archiwa blogu

Krokodyle w tropikach I 8 – 10.04.2012

Park Narodowy Daintree: 08.04.2012 – 10.04.2012

Dojechaliśmy na wschodnie wybrzeże i skierowaliśmy się do Parku Narodowego Daintree. Wybraliśmy się na wycieczkę łódką wzdłuż rzeki Daintree, gdzie mieszka ok. 70 krokodyli słonowodnych, tzw ”salties”. Żyją sobie na dziko, ale są przyzwyczajone do wycieczkowiczów i ich ignorują, chociaż rąk za łódź wystawiać nie wolno. Mogliśmy podpatrzeć matkę wychowującą potomstwo (o długości3,5 m), malutkie krokodylki wygrzewające się na słońcu oraz waleczne okazy samców. W Australii żyją krokodyle słono i słodkowodne. Większe okazy osiągają 5-6 metrówdługości.

Ranger opowiadał, że człowiek nie wygra z krokodylem, ale jeśli już tak się zdarzy, że krokodyl nas dorwie to istnieje jeden sposób, który daje niewielką, ale zawsze szansę, przeżycia tego spotkania. Należy udawać trupa i oddychać bardzo płytko, jak przy medytacji. Krokodyle lubią jak mięso trochę rozmięknie więc jak uznają, że ofiara jest martwa to wezmą ją delikatnie w paszczę i zaniosą do swojej spiżarni- w namorzyny. Jeśli ofiara będzie stawiała opór to mocniej zacisną szczękę, dlatego jest tak istotne by dobrze udawać martwego. Następnie krokodyl poczeka dobę, dwie, aż mięsko dobrze się wymoczy w namorzynach. Jeśli się ma farta i do tej pory się nie utonęło czy udusiło to należy wyczekać moment aż krokodyl odejdzie i wtedy uciekać gdzie pieprz rośnie. Wbrew pozorom, osoby które przeżyły spotkanie z krokodylem, używały właśnie tego sposobu. Z kolei z małymi krokodylami (mniejszymi od człowieka) ponoć można wygrać walkę atakując ich czułe punkty, czyli oczy, uszy i podniebienie. Niemniej jednak najlepszym sposobem jest (o dziwo) ich unikanie, a jak już się spotka to trzymanie dystansu. Wystarczy nawet 10 m, a krokodylowi nie będzie się chciało nas gonić.  Poczeka aż podejdzie inna ofiara.

Noc spędziliśmy w parku pełnym dzikich stworzeń. Marcin zaprzyjaźnił się z Lolkiem- jaszczurką czatującą pod ubikacją. Złaziliśmy cały park z jego lasami tropikalnymi, wszystkie punkty widokowe, zaliczyliśmy kąpiel w strumieniu, a mimo tego nie udało nam się wypatrzyć głównej atrakcji żyjącej na tych terenach i zagrożonej wyginięciem- cassowary. Cassowara wyglądem i rozmiarem przypomina strusia czy emu, z tą różnicą, że głowę ma kolorową- niebiesko-różową. Jest to idealny ogrodnik gdyż zjada nasiona roślin, które następnie przenosi nienaruszone wiele kilometrów dalej, gdzie te zaczynając rosnąć. Cassowara ma naturę wojownika i jest bardzo agresywna, dlatego można ją oglądać jedynie z daleka. Nie należy się do niej zbliżać, a jeśli nie ma się wyjścia to trzeba trzymać jakiś przedmiot np. plecak przed sobą i wycofać się nie spuszczając jej z oka. Szukaliśmy jej długo, ale się nie powiodło. Kąpiele na plaży były zabronione a to ze względu na obecność krokodyli, a to ze względu na parzące meduzy. Co z tego, że jest ocean jak nie można się nigdzie wykąpać?

W krainie wodospadów I 31.03 – 08.04.2012

Queensland –  Tablelands: 31.03.2012 – 08.04.2012

Przekroczyliśmy granicę z kolejnym stanem – Queensland. Nocowaliśmy na kanapie u nieco starszego od nas Australijczyka, który pracuje w kopalni, a w wolnym czasie poluje na dzikie świnie. Po 8 latach pracy górnika zdecydował się sprzedać dom (co nastąpi za miesiąc), aby kupić hotel w Serbii. Nigdy tam nie był, ale słyszał że jest pięknie i hotel można kupić za $100.000, co stanowi zaledwie połowę rocznej pensji górnika.

Miasteczko Mount Isa żyje z kopalń. Liczba kobiet jest tu tak niska, że burmistrz miasta zaczął prosić Australijki aby przyjeżdżały do Mt Isa szukać męża. A warto, bo pełno tu rosłych, silnych, odważnych i bogatych chłopaków.

Jadąc z wysuszonego serca kraju widać jak niesamowicie zmienia się krajobraz na coraz bardziej zielony. Pojawia się więcej zwierząt i mniej much, zżeranych przez jaszczurki i ptaki. Trzeba jednak często zamykać okna gdyż fetor z martwych kangurów jest nie do zniesienia. Na odcinku 200km minęliśmy z 50 kangurzych nieboszczyków. W Australii główne drogi czy autostrady nie są grodzone i wszystko może wpaść pod koła, stąd tak liczne, dziwne dla nas znaki drogowe. W Queensland poznaliśmy kolejnego zwierza, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia- kangura drzewnego. Jest to, jak sama nazwa wskazuje, kangur przesiadujący na drzewach. Wygląda jak pies na drzewie.

Tak jak człowiek, wszystkie stworzenia ciągną do wody, a w Queensland stworzeń co niemiara. Najlepiej można zaobserwować to zjawisko wchodząc do publicznej toalety nocą. Żaby skaczą dosłownie z nieba do kranu, a ropuchy odpoczywają przy odpływie wody. Żuczki siadają na kurkach, a pod prysznicem można znaleźć np. groźną stonogę. Raz dojrzeliśmy też węża, chowającego się w uskoku przy sklepieniu. Jeżeli jest się babą to lepiej iść w krzaki albo przeczekać do rana.

Zupełnie przypadkiem, na skutek ostatnich ulew w Queensland i zamknięcia licznych dróg, znaleźliśmy się na trasie obfitującej w wodospady, rzeki i góry, co nas bardzo ucieszyło gdyż mieliśmy gwarancję codziennych pryszniców w wodospadzie bądź jeziorze. Region ten leży w głębi lądu na zachód od Cairns i nazywa się Tablelands. Tutaj też znajdują się góry Misty Mountains, które są malownicze, lecz kiepsko oznaczone więc ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek punktu widokowego. Zamiast wejść na szczyt okrążyliśmy jedną górę. Kolejny trekking prowadził wzdłuż odchodów dzikiej świni, a może wombata. Nasz kolega z Mount Isa by się pewnie ucieszył, ale my przemierzaliśmy szlak na paluszkach, tym bardziej, że kilkakrotnie coś dużego szeleściło w krzakach. Świnia, na nasze szczęście, nie chciała nas poznać osobiście.

Najszerszy wodospad stanu leży pod Ravenshoe, inne równie ciekawe widzieliśmy przy Milla Milla. Godzinę od Cairns trafiliśmy na sztucznie utworzone, olbrzymie jezioro Tinaroo. W weekendy jest mocno eksploatowane i musi znosić najazd brzęczących skuterów i motorówek, ale da się znaleźć małe, piaszczyste plaże tylko dla siebie.

W Queensland rośnie mnóstwo bananów, a mieszkańcy tego stanu nazywani są „banana benders”- nie mają nic lepszego do roboty jak prostować banany.

Kierowcy nie przestrzegają tu przepisów, jeżdżą powyżej dozwolonych limitów i można zapomnieć o przepuszczeniu pieszego na pasach. Jeden kierowca mało nie przejechał Marcina pod sklepem. Widać też tutaj wiele znaków proszących „Grey Nomads”- szarych nomadów o ostrożną jazdę. Szarzy nomadowie to Australijczycy, którzy na emeryturze sprzedają zgromadzony majątek bądź wynajmują dom aby wyruszyć w kilkuletnią podróż życia wkoło Australii. Tacy sześćdziesięciolatkowi przeżywający drugą młodość, po spełnieniu już wszystkich obowiązków narzuconych przez społeczeństwo. Ponoć nic nie jest im straszne.

A oto przykład przyszłych „siwych Nomadów”:

http://youtu.be/S5dBMcnDh24

 

W sercu Australii I 28 – 31.03.2012

West Mac Donnell National Park, Alice Springs: 28.03.2012 – 31.03.2012

Aby dostać się z Kings Canyon do parku narodowego West Mac Donnell można wybrać jedną z trzech dróg: autostradę, drogę dla samochodów 4×4, bądź Mereenie Loop. Ta ostatnia trasa jest najkrótsza- jedyne150 km, ale przeznaczona głównie dla samochodów terenowych. Wiedzie przez tereny Aborygenów i służy jedynie jako transfer. Aby nią jechać należy wykupić pozwolenie za 5$. Dostaje się wtedy książeczkę informującą o zakazie zbaczania z głównej drogi, zakazie nocowania czy biwakowania na terenach aborygeńskich. Myśleliśmy, że150 kmzajmie nam może 2-3 godziny i wyruszyliśmy trochę późno. Po 2 godzinach zaczęło zachodzić słońce (jeszcze się nie przestawiliśmy z wcześniejszej strefy czasowej). Droga była pokryta ostrymi kamieniami, nie pozwalającymi na jazdę powyżej 30 km/hnaszym autem. Mimo fatalnych warunków nie mogliśmy, zgodnie z pozwoleniem, zatrzymać się tam na noc. Przed zmierzchem zobaczyliśmy dingo i kilka dzikich wielbłądów. Australia jest krajem, gdzie żyje najwięcej dzikich wielbłądów. Sprowadzili je dawno temu podróżnicy z Europy, miały pomóc w eksploracji kontynentu. Podróżnicy umarli na skutek upałów, a wielbłądy się szybko rozmnożyły (jak wszystko tutaj!) i biegają sobie po Australii.

Nocą przebiegały nam przed maską co i rusz dzikie konie w odcieniach szarości, z czarnymi grzywami. Potem znowu ukazały się 3 wielbłądy-  przechodziły dostojnie drogą, nie bacząc na nas. A potem jeszcze na środku drogi spotkaliśmy bardzo głupie cielę, które nas nie widziało i dopiero gdy spojrzeliśmy mu (z auta) głęboko w oczy to odskoczyło jak szalone.

Po 6 godzinach dotarliśmy do Parku Narodowego. Nie można w nim nocować, ale byliśmy tak padnięci, że przespaliśmy się przy pięknym punkcie widokowym (dopiero kilka dni później dowiedzieliśmy się, że kara za nocowanie w parku narodowym bez pozwolenia to bagatela 1.500$).

Park West Mac Donnell National Park ma tak wiele tras trekkingowych, że można by tam łazić i łazić. Nam bardzo podobał się7,5 kmtrekking zaczynający się w Ormiston Gorge. Po przejściu5 kmdroga się jednak urwała (faktycznie, mówili coś o deszczach w ostatnim czasie). Można było albo zawrócić albo kilkakrotnie przedzierać się rzeką. Wybraliśmy krótszą opcję. Na szczęście rzeka nie była aż tak głęboka by nas zakryć więc z wodą po pachy dotarliśmy do celu. To był nasz najfajniejszy trekking do tej pory.

Cudownym miejscem w parku jest zakątek o nazwie Ellery Creek Bighole, gdzie można piknikować, campingować i kąpać się w przepięknej grobli.

Z parku pojechaliśmy do Alice Springs, największego miasta outbacku. Miasto mało urokliwe, słynące z licznych kradzieży. Dlatego, gdy pod marketem podchodzi do mnie jedna Aborygenka na odległość 3 centymetrów (Marcin w tym czasie robi zakupy), w myślach się zastanawiam jak się obronić przed kradzieżą. A ona, wczorajszym oddechem zionie mi prosto w twarz: „It’s soooooooooo hot!” i odchodzi. Jak widać, nawet Aborygenom doskwierają upały.

Na szlaku Aborygenów I 26 – 29.03.2012

Uluru, Olgas, King’s Canyon: 26.03.2012 – 29.03.2012

Dotarliśmy do jednego z symboli Australii- czerwonej skały Uluru (Ayers Rock), Jakoś zawsze nam się wydawało, że była to skała czczona przez wszystkich Aborygenów, a tymczasem tylko kilka konkretnych ludów znało to miejsce i mieszkało w jego pobliżu. Istniały wyznaczone konkretne granice, których dane grupy nie przekraczały. Skała sama w sobie ma kolor niebiesko-szary, jednak wygląda na czerwoną, z powodu  pyłu i piachu nawiewanego przez w tysiące lat. Woda wsiąka w nią jak w gąbkę. Naukowcy uważają ją za jedną z najstarszych formacji na naszym globie. Zmierzając do Uluru można zauważyć inne podobne czerwone formacje, np. górę Mount Conner czy góry Olgas, jednak tylko skała  Uluru zatrzymywała deszczową wodę i tym samym była uznawana za święte miejsce, gdzie wszystko miało swój początek.

Przy Uluru i w informacji turystycznej widnieją znaki proszące o nie wspinanie się na Uluru, gdyz Aborygeni odbierają to tak, jakby wyznawca Islamu w Polsce chciał wspiąć się na katolicki kościół. Albo lepiej, jakby wspiął się na kościół i jeszcze go obsikał (wielu turystów nie wytrzymuje ciśnienia i idzie na stronę za mniejszą bądź większą potrzebą). Zakazu wspinaczki jednak nie ma bo przemysł turystyczny musi kwitnąć. Przy nas całe rzesze Japończyków wspinały się na Uluru (z jakiś nieznanych powodów Japończycy upodobali sobie to podejście). Wspinaczka, zabranie choćby jednego kamyka bądź robienie zdjęć Uluru w zabronionych miejscach ma przynieść nierozsądnemu turyście wiele nieszczęść w przyszłości. O tym świadczy książka w centrum kultury, gdzie można przeczytać listy ludzi z całego świata, którzy proszą o wybaczenie i oddają zabrane kamienie. Ponoć po powrocie do kraju zaczęły ich dotykać same nieprzyjemności, tragedie życiowe. Inna teoria głosi, że skała wytwarza tak mocne fluidy czy pole, że zabrana ze swojego otoczenia oddziałuje na otoczenie. Listy wyglądają wiarygodnie, ale czy nie preparuje ich pani z centrum kultury używając różnych czcionek, lepiej nie sprawdzać na własnej skórze i uszanować prośby Aborygenów. My zamiast wspinaczki wybraliśmy10 kmwycieczkę wokół skały.

Jak to jest teraz z tymi Aborygenami? Czy żyją dziko tak jak kiedyś w głębi lądu? Raczej nie, może jakiś pojedynczy osobnik się uchował w buszu. Żyją we wspólnotach, niektórzy przy niewielkim kontakcie z otoczeniem, niektórzy żyją z turystyki. Kolejne pokolenia już nie potrafią upolować kangura czy znaleźć wody, żyjąc w miastach. Najsmutniejszy widok jest właśnie w miastach takich jak Coober Pedy. Całe grupy, rodziny, podpite siedzą pod sklepami czy na skwerkach.

Rozmawialiśmy w drodze z Australijczykami i z tych rozmów wyłoniły nam się dwie kontrastujące opinie. Część Australijczyków uważa, że obecny rząd ze wszystkich sił próbuje zrekompensować Aborygenom tragiczną przeszłość zgotowaną przez kolonizatorów. Aborygeni nie muszą płacić za edukację, za opiekę medyczną, do tego z podatków buduje się im domy, w których i tak nie mieszkają bo wolą spać na ganku, a w środku domu palą ogniska i traktują go jak wychodek. Do tego niektórzy, cwani, co pewien czas, kiedy ma powstać jakiś most czy nowa droga, podnoszą raban mówiąc, że to jest święte miejsce i nic nie może być tam wybudowane. Żądają bajońskich kwot odszkodowania, które rząd skwapliwie płaci. Poza tym ich zdaniem Aborygeni to pijacy, agresorzy, śmierdziuchy i straszne leniuchy.

Opinia innych Australijczyków jest taka, że Aborygeni i tak stanowią jedynie 1% populacji więc pomaganie im nie powinno tak boleć australijskich kieszeni, a do tego Aborygeni na starcie mają trudniej więc należy ich wspierać w edukacji i przystosowaniu do życia na modłę białych ludzi. Przez lata Aborygeni byli poniżani (do lat siedemdziesiątych XX wieku byli traktowani na równi ze zwierzętami), zabierano im ziemię, nie respektowano praw  tych ok. 250 ludów żyjących na tej ziemi od ponad 40 tysięcy lat. Co więcej, głośno jest o tzw. „stolen generation”, czyli dzieciach Aborygenów i białych. Dzieci te były zabierane matkom Aborygeńskim (taki zazwyczaj był ten mezalians) i wychowywane jako sieroty w domach dziecka, aby potem mogły pełnić rolę służby w domach „białych”. Przez wiele tego typu represji i ich następstw (m.in. alkoholizm) Aborygeni nie mają i nie mieli takiego samego łatwego życia jak inne nacje zamieszkujące Australię. Teraz, aby przywrócić tę równość, Aborygeni muszą być subsydiowani, aby móc wieść spokojne życie Australijczyka. A czy oni chcą żyć tak jak biali ludzie? Na to pytanie nie znaleźliśmy odpowiedzi. Widać gołym okiem, że w miastach alkohol przyczynił się do agresji i wandalizmu u Aborygenów wyglądających na zagubionych. Przez lata wielu starało się im pomóc. Jednym z przykładów jest grupa Midnight Oil m.in. z piosenką mówiącą o oddaniu zabranej ziemi Aborygenom:

http://www.youtube.com/watch?v=ejorQVy3m8E&feature=related

Notabene solista grupy Peter Garret jest aktualnie politykiem, ministrem edukacji, a wcześniej był m.in. ministrem środowiska i dziedzictwa narodowego.

Zobaczyliśmy przepiękne góry o nazwie -nomen omen- Olgas, gdzie natrafiliśmy na prześliczne wallabies. Trekking po Olgas choć niedługi (jakieś 7-8 km) był dość męczący ze względu na potworne słońce.

Kings Canyon, porównywany do Grand Canyonu w Stanach Zjednoczonych jest warty zobaczenia, aczkolwiek do Grand Canyonu mu daleko. Widoki jednak są niesamowite. W samym środku znajduje oczko wodne (tzw. Ogród edeński), który stanowi idealne miejsce do kąpieli po trudach długiego trekkingu.

Outback I 21 – 26.03.2012

Południowa Australia: 21.03.2012 – 26.03.2012

Australia jest tak olbrzymia, że pierwsi kolonizatorzy nie mogli uwierzyć, że w środku kontynentu po prostu nic nie ma i ciągnęli przez piach statki w poszukiwaniu jakiegoś wewnętrznego morza lub sieci rzek. Sześć stanów, na które podzielony jest kraj, funkcjonuje trochę jak oddzielne, odległe państwa. Na przykład powódź na wschodnim wybrzeżu dla ludzi z zachodniego stanu jest tak odległą historią jak dla nas powódź w Portugalii.

Przekraczając granice stanów, zmieniamy strefy czasowe. Australijczycy, jak pisaliśmy przy przekraczaniu granicy, mają hopla na punkcie swoich naturalnych ekosystemów i dlatego na granicy stanów witają nas znaki mówiące o obowiązku pozbycia się przewożonych warzyw, owoców i roślin. Te okropne substancje należy zostawić w wyznaczonych do tego koszach (ciekawe kto to wszystko potem zjada), a przewożone bydło i drób musi pozyskać pozwolenie na wjazd. Zdarzają się kontrole. Przemyciliśmy jabłka i mamy nadzieję, że nasze ogryzki ze stanu południowego nie zmienią flory stanu północnego.

Stan South Australia jest najsuchszym stanem Australii. Tu zaczął się dla nas outback- suchy środek kraju, którego głównymi mieszkańcami są paskudne muchy, które włażą człowiekowi we wszystkie możliwe otwory. Nie pomaga nawet australijski specyfik w sprayu o nazwie „Bushman”.  Kupiliśmy siatki-moskitiery na głowy więc przynajmniej nie włażą do buzi i oczu. Jesteśmy na etapie uczenia się jeść w siatkach..

Zamontowaliśmy na naszym czerwonym rumaku specjalny gwizdek na kangury, po tym jak zobaczyliśmy całe ich stada przy Membray Creek. Już słońce zaczynało zachodzić, czyli ich ulubiona pora. Jednym kicnięciem przeskakiwały przez 2-metrowe ogrodzenie, a dwa się biły (chyba o kangurzycę), boksując łapami. Gwizdek wydaje ultradźwięki przy prędkości auta powyżej50 km/h, których zwierzęta bardzo nie lubią. Dźwięki nie są słyszalne przez ludzi więc ciężko nam sprawdzić czy to nie zwykły gadżet, ale póki co, odpukać, żadnego nie trafiliśmy. Niestety na poboczach dróg leży wiele martwych kangurów.

Jeżdżąc po outbacku często można zauważyć na poboczach stare, pokryte rdzą auta. Kiedyś, gdy Australijczykowi zepsuł się na odludziu jego stary samochód to go porzucał w myśl zasady, że części z jego auta mogą się jeszcze przydać komuś innemu, komu też auto odmówi posłuszeństwa. Tak było kiedyś, o czym przypominają porozrzucane tu i ówdzie auta, nie sprzątane przez nikogo. Dziś raczej Australijczycy nie zostawiają na pustyni swoich Landcruiserów, ale nienajnowsze małe 2WD jak najbardziej.

Jadąc w stonę Coober Pedy spotkaliśmy dwójkę rowerzystów przemierzających Australię i Oceanię na rowerach. Nie dość że okazali się być Polakami, to jeszcze mamy wspólnych znajomych. umówiliśmy się w kolejnej miejscowości następnego dnia by wspólnie spędzić wieczór, w końcu spotkaliśmy się po środku niczego w kraju na końcu świata.

Zwiedzamy Coober Pedy- wymarłe miasteczko, niegdyś żyjące gorączką opalową. Zjeżdżali się tu ludzie z całego świata- m.in. z Europy; Chorwaci, Grecy, Włosi, a nawet Polacy, pchani chęcią wzbogacenia się na opalu. Wiele osób było na pieńku z prawem (a kto nie był z pierwszych osadników w Australii?), a że w Coober Pedy diabeł mówił dobranoc, wybrali to miejsce na drugą życiową szansę. Aktualnie nadal wydobywa się tu opal, ale lata świetności minęły, a młodzi wyjechali za pracą do Adelajdy. Wkoło sklepu kręcą się podpici Aborygeni.

Poszliśmy na mszę do podziemnego kościoła, byliśmy tylko my i ksiądz, który po mszy się nami zainteresował i oprowadził po swoich podziemnych komnatach. Nalegał byśmy się razem napili, ale powiedzieliśmy, że jeszcze dziś będziemy prowadzić. W Coober Pedy podobno to nikomu nie przeszkadza…

Pod Coober Pedy znajdują się malownicze tereny – górki, dolinki – tzw. „Breakaways”, gdzie kręcono sceny do „Mad Max” i innych apokaliptycznych filmów. Podziwialiśmy tam zachód słońca, po którym udaliśmy się do naszych namiotów rozłożonych na podziemnym polu namiotowym. W Coober Pedy panuje tak straszny upał, że w miasteczku powstało wiele podziemnych budowli takich jak kościoły, podziemne domy, hotele, bary.

Na koniec naszego pobytu w Australii Południowej postanowiliśmy odjechać trochę od głównych dróg i wybraliśmy część (ponad 400 km) treku Ornadatta. Niegdyś prowadziła tamtędy kolej z północy na południe oraz linia telegraficzna. Dziś miasteczko Ornadatta jest wymarłe, 2 puby są zamknięte na cztery spusty, główna atrakcja- różowy budynek z informacją, jest na sprzedaż, a ludzie jakby się przed nami pochowali. Rano jedynie spotkaliśmy grupki Aborygenów. Niemniej jednak ta wyprawa obrodziła w doznania przyrodnicze: przed maską przeszły nam dwa dostojne emu, widzieliśmy wielkie jaszczurki, stada krów, sępy, papugi, jastrzębie i ogromne orły (rozpiętość ich skrzydeł to średnio 2,5 m).

Po przejechaniu ponad 3.000 km uważamy, że umiemy już jeździć po lewej stronie 🙂

Great Ocean Road I 16 – 21.03.2012

GREAT OCEAN ROAD I DROGA DO ADELAJDY: 16.03.2012 – 21.03.2012

Widok oceanu z Grat Ocean Road zapiera dech w piersiach. Bezkres wody aż po horyzont. Kręta droga o długości250 kmprowadzi wzdłuż oceanu. Pierwszy przystanek na nocleg zrobiliśmy w znanym wśród surferów miasteczku Lorne, które jest idealne na weekendowe wypady z Melbourne.

Zaparkowaliśmy nad samym oceanem i poszliśmy na wieczorną przechadzkę. Spacerując widzieliśmy niepokojące nas znaki drogowe zakazujące spania w samochodzie (kara 100 dolarów). Zaczęliśmy obmyślać strategię na policjantów. Powiemy, że czytaliśmy książkę pod śpiworem to nam chyba uwierzą. Jak nam udowodnią, że spaliśmy, a nie odpoczywaliśmy z przymkniętymi oczyma? Jednak mnogość znaków wzdłuż oceanu dawała do myślenia i za radą Kasi i Adriana z Melbourne odjechaliśmy na wzgórze. Była już 12 w nocy więc wkoło żywej duszy. Stanęliśmy na poboczu drogi, w miejscu gdzie nie było żadnej furtki. Słyszeliśmy, że jak Australijczykom coś nie pasuje to potrafią bezpardonowo nasłać policję nawet na sąsiada, zamiast omówić z nim problem twarzą w twarz. W nocy się przebudzaliśmy, czując się jak złoczyńcy. Śniło nam się porwanie z policją w tle;) Wstaliśmy przed 7 rano i gdy odjeżdżaliśmy ujrzeliśmy 3 kangury przyglądające się nam z odległości10 metrów. Chyba nas pilnowały przez noc i odstraszały strażników prawa.

Po śniadaniu i kąpieli w oeanie ruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy śpiące koale na eukaliptusach (zapewne podpite od eukaliptusowego nektaru), króliki i tutejsze jeże. Odwiedziliśmy urokliwą plażę Wreck Beach, gdzie kiedyś rozbił się olbrzymi okręt. Nocowaliśmy na bezpłatnym campingu w Johanna. Australia pod tym względem jest niesamowita, infrastruktura campingowa jest bardzo rozwinięta, z bezpłatnymi campingami oraz toaletami, darmowymi elektrycznymi grillami, czasem trafi się nawet prysznic. Prysznice ponadto są przy głównych plażach. Punkty informacyjne znajdują się w każdym mieście i dają wszelkie możliwe mapy, prognozy pogody  i informacje o campingach.

Kolejnego dnia ujrzeliśmy The Twelve Apostols- wynurzające się z oceanu skały. Kiedyś było ich 12, ale teraz wielka woda zostawiła jedynie 6. Cudo.

Przed Mount Gambier jakiś młody chłopak stoi na poboczu i próbuje złapać stopa. Zatrzymujemy się. Nazywa się Simone, jest z Niemiec, ma 19 lat i podróżuje od roku sam z namiotem po Australii. Nie wygląda na mordercę więc zabieramy go na wspólne campingowanie w Tantanoola. W tej spokojnej i cichej mieścinie poznajemy właściciela pubu- Iana oraz głównego klienta baru- Chapmana- pasterza owiec. Spędzamy wspólnie wieczór przy piwku i spaghetti. Potem Ian zaprasza nas do swojego domu na gorącą herbatę, gdzie siedzimy do 3 nad ranem. Bardzo chciał nas ugościć w swym hotelu, ale się nie złamaliśmy. Ian 7 miesięcy temu porzucił życie księgowego w Adelajdzie, kupił pub na odludziu i jakoś mu się biznes kręci. Głównie dzięki Chapmanowi.

Następnego dnia odstawiamy Simone do Adelajdy i nocujemy u naszego gospodarza z couchsurfingu- Camerona. Podziwiamy jego rodzinę, która akceptuje ze stoickim spokojem tłumy coachsurferów przewijające się przez ich dom, mają gości prawie codziennie. Wieczorem upichciliśmy tortillę dla całej australijskiej rodziny, chyba im smakowała. Mama Camerona jest niesamowicie ciekawą osobą i opowiada nam wiele o Aborygenach i ich dzieciach, które kształci w więzieniu dla nieletnich.

Adelajda ma wysokie budynki w centrum, a wkoło domki, domki i domki. Bardzo ciekawe jest muzeum Migracji. Stan Southern Australia był pierwszym stanem w Australii, który przyznał z powrotem Aborygenom prawo do ich ziemi i jako pierwszy stan zwalczał dyskryminację rasową, płciową, zezwolił na aborcję oraz związki homoseksualne.

Po 2 dniach wyjeżdżamy z Adelajdy.

Down Under I 6 – 16.03.2012

Melbourne, Australia: 06.03.2012 – 16.03.2012

Kochani, żyjemy i nie wpadliśmy w czarną dziurę. Było nam tak dobrze w Melbourne, że zapomnieliśmy o bożym świecie, stąd brak wpisów. A to zasługa Anety, Dawida i ich dwóch oposów hasających po ogrodzie, którzy przyjęli nas w ramach couchsurfingu. Nigdy wcześniej z niego nie korzystaliśmy, nieświadomi takich możliwości.  Dopiero niedawno Oleńka powiedziała nam o tej organizacji działającej na całym świecie (w Polsce również) i ilu ciekawych ludzi można dzięki niej poznać. Nazywa się to „surfowanie po kanapach”. Zrzeszają się osoby, którzy przyjmują pod swój dach zupełnie bezinteresownie wędrowców, turystów, mieszczuchów, wszystkich, którzy do niej wstąpią. Dzięki naszym gospodarzom rezydującym w Australii od ponad roku, których nazywaliśmy pieszczotliwie australijską mamą i tatą (mimo, że jesteśmy w podobnym wieku), dowiedzieliśmy się dużo o tutejszych obyczajach i życiu. Australia jest nazywana krajem leżącym poniżej innych, krajem „down under”, co słuchać również w tej piosence:

http://www.youtube.com/watch?v=MeG-hNXXy6I

Po wylądowaniu w Australii skierowano nas do oficera imigracyjnego gdyż zaznaczyliśmy na druku, że przewozimy niedozwolone substancje, które mogłyby zrujnować australijską faunę i florę. Nie wiedzieliśmy, że herbata w saszetkach, pastylki plusza oraz buty trekkingowi są tak groźne – jednak podróże kształcą. Oficer podejrzliwie nam się przyglądał i zadawał różne podchwytliwe pytania, głównie o nasze finanse. Udzieliliśmy poprawnych odpowiedzi i dalej poszło gładko. Na szczęście nie przewoziliśmy najgroźniejszego produktu – orzeszków – więc już bez sprawdzania bagaży wpuścili nas.

Już z samolotu widać, że Australia to płaściusieńki kontynent ze wzniesieniami wzdłuż wybrzeża. Niesamowite, że na tak olbrzymim terenie (ok. 7,7 mln km2, co stanowi ok. 2/3 Europy) żyje jedynie około 22 mln ludzi. To tutaj Stwórca zrzucił wszystkie najgroźniejsze zwierzaki świata. Klimat jest tak przyjazny dla fauny i flory, że wszystko rośnie i rozmnaża się w zastraszającym tempie. Przykładem mogą być następujące po sobie plagi królików, kangurów czy szarańczy. Co ciekawe, kangurów jest tu więcej niż ludzi. Królików, które widać wszędzie, zapewne też.

Kangury są niepozorne, ale jest to jedno z głównych niebezpieczeństw na drogach. Potrafią osiągać 2m wysokości i lepiej nie mieć z nimi kolizji bo mogą wygrać z maszyną. Kangury wychodzą o brzasku i zachodzie słońca i lepiej wtedy nie jeździć po ich terenach. Kolejnym niebezpieczeństwem na trasie są prześlicznej urody wombaty, zwierzaki przypominające włochatą świnię, jednak ich ciało jest zbite i twarde jak skała. Wracając do kangurów, to  Australijczycy konsumują je tak jak my wieprzowinę. Jest to tanie mięso, jednak Australijczycy preferują raczej indyka, drób, czy wołowinę. Spróbowaliśmy steków z kangura w wykonaniu Dawida i kiełbasek kangurzych (wiemy, wiemy, że one są śliczne i trochę nam głupio, ale kury też brzydkie nie są, a wcinamy je aż nam się uszy trzęsą). Kangur ma ciemne mięso, odrobinę przypominające wątróbkę. Według niektórych podobno przypomina koninę. Popularnym deserem jest tu Pavlova- samą bezę można kupić w supermarkecie. Jest naprawdę smaczna, ale nie dorównuje Pavlovej, którą robi Ewa.

Poznaliśmy również znajomych naszych gospodarzy: Kasię i Adriana. Oprowadzili nas po mieście nocą. Byliśmy nawet na chwilę w kasynie, gdzie nie ma żadnego dress-code i można się ubrać dowolnie więc widać graczy w wieczorowych kreacjach, a tuż obok innych, w dresach. Adrian z Kasią zabrali nas na wycieczkę do parku/sanctuary, Healesville Sanctuary, gdzie oglądaliśmy żywy inwentarz Australii. Diabeł tasmański okazał się być dużo mniejszy niż Taz z kreskówki, ale gębę ma iście diabelską. No i nie kręci się tak szybko, jak się spodziewaliśmy. Koale spały na eukaliptusowych drzewach. Niesamowite były nietoperze, nazywane „flying foxes”- latające lisy. Ma to głowę lisa o rudawym odcieniu, a ciało nietoperza, tyle że mierzy pół metra. Wygląda jak Batman i można dostać zawału jakby to to wleciało do chałupy. Widzieliśmy kangury, które karmiliśmy i ich mniejszą odmianę- wallabies. Poza tym śliczne były dziobaki i ogromne jeże (Echidna) oraz cała masa innych australijskich stworzonek. Mniej nam podobała się galeria zwierząt nocnych, głownie gryzoni oraz wystawa 10 najgroźniejszych węży – żadnego z nich nie chcemy spotkać na naszej drodze.

Dzięki Anecie uczestniczyliśmy w najbardziej uwielbianej w Australii rozrywce- meczu „footy”. Poszliśmy w szóstkę i Adrian tłumaczył nam zawiłości tej skomplikowanej gry, która naszym zdaniem jest mieszanką rugby,  Dowiedzieliśmy się, że „footy”- od „football”, nie jest jedynym skrótem. Wręcz przeciwnie, Australijczycy się w nich lubują. I tak dla przykładu „good day” to „g’day”, „barbecue” to w skrócie „barbie”, „husband” to „hubbie”. Nie mamy pojęcia czemu, ale na Nowozelandczyków mówią „kiwi”, i to oficjalnie, w gazetach. Mieszkańcy Wiktorii (tam znajduje sieMelbourne) nazywani są natomiast Mexicans, bo ponoć próbują przedostać się do innych stanów…

Samo miasto Melbourne jest bardzo rozległe. Z jednego końca na drugi trzeba pokonać ponad200 km!  W centrum znajdują się wysokie, przeszklone wieżowce usiane wzdłuż rzeki Yarra Wszystko naokoło centrum przypomina zadbaną wieś z parterowymi domkami i ogrodem. Tutaj młodych ludzi świeżo po studiach, posiadających pierwszą pracę, stać na kupno takiego domu w kredycie. Lwia część jeździ samochodami. Mieszkańcom Melbourne żyje się bardzo dobrze, a dobrobyt jest widoczny w kilogramach nadwagi. Aż 40% dorosłej ludności Australii jest otyła. Ludzie są bardzo uprzejmi i niesamowicie pomocni. Tolerancja i poprawność polityczną plasują się bardzo wysoko i dlatego np. w informacji turystycznej sprzedawca nie mógł nam polecić żadnej książki bo w ten sposób faworyzowałby konkretnego autora. Akceptowalne są pary homoseksualne, które tak samo jak pary hetero, mimo że nie są w związku małżeńskim, mogą rozliczać się wspólnie. Przestrzegają zasad dotyczących np. prędkości, ale też kary są wysokie. Jak się podchodzi do pasów to nadjeżdżający samochód zatrzymuje się już50 metrówwcześniej, by ustąpić nam drogi. Istnieje tu obowiązek głosowania i za niestawienie się są kary pieniężne. Australijczycy są też raczej bezpośredni. Niezależnie od różnicy wieku, w sklepie czy usługach pytają się „how it’s going, mate”. A wieczna odpowiedź na wszystko to „no worries”, czyli niczym się nie przejmuj.

Średnie zarobki to 4.000$ australijskich  miesięcznie (Lonely 2011). Jedzenie poza domem jest (dla nas) drogie (drugie danie w knajpie kosztuje od 20$ w górę), ale już ceny w marketach zbliżone do tych w Europie zachodniej.

Po ponad tygodniu w Melbourne nabyliśmy drogą kupna samochód. Jeszcze tylko kupimy mieszkanie i już możemy zostać na stałe… Zdecydowaliśmy się na Forda Falcona Wagon, rocznik 1999, silnik 4l, kolor burgund.  Jest to jeden z dwóch najbardziej popularnych samochodów produkowanych w Australii i każdy potrafi go naprawić, nawet Aborygen w środku outback’u. Mieliśmy zakusy na 4WD, ale nie dość, że w przyzwoitym stanie jest dużo droższy, to nasłuchaliśmy się historii od bacpakersów sprzedających auta, że jak auto 4WD im się zepsuło, to czekali miesiąc na części, a my tyle czasu nie mamy. Zobaczymy jak się spisze nasz czerwony rumak. Skompletowaliśmy ponadto cały konieczny sprzęt kempingowy, czyli kuchenkę, eski – lodówkę przenośną, namiot, materace, garnki, zastawę,  ładowarki samochodowe, mapy itp. itd. Po 10 dniach (planowaliśmy spędzić w Melbourne jedynie 3) wyruszamy na Great Ocean Road.

 

Aneto, Dawidzie, Kasiu, Adrianie i Józiu, jeszcze raz dziękujemy Wam za Waszą nieocenioną pomoc. A na naszych gospodarzy czekamy w Cairns!

 

Na koniec jeszcze 2 nasze ulubione kawałki:

Tę piosenkę zna każdy mieszkaniec Australii:

http://www.youtube.com/watch?v=CwvazMc5EfE

A od tego zaczynaliśmy każdy dzień w Melbourne:

http://www.youtube.com/watch?v=PT331BRkkP0

Opuszczamy Azję, czyli początek nowego I 05.03.2012

Sajgon, Wietnam: 05.03.2012

Dziś ostatni dzień w Azji. Minęła połowa naszej ośmiomiesięcznej podróży dookoła świata. Cztery miesiące przemknęły jak z bicza strzelił, każdy dzień był niepodobny do poprzedniego. Nie potrafimy odpowiedzieć, gdzie podobało nam się najbardziej. Każde z odwiedzonych miejsc jest jedyne w swoim rodzaju, czymś nas zaskoczyło, czymś zauroczyło. Jeszcze z pewnością tu wrócimy.

Ostatnie półtora dnia w Sajgonie poświęcamy na naprawę aparatu, uzupełnienie zapasów, kupno souvenirów, wysyłkę paczki do Polski, maile, bloga, fryzjera, pranie i masę innych pilnych spraw.

Rozdział „Azja” na razie zamykamy. Australio, lecimy do Ciebie!