Archiwa blogu
ULURU I 10-13.11.2024
Lot do serca Australii z Sydney trwa aż 3,5h, do pokonania jest 2500km. Zmieniamy nawet strefę czasową. Sydney-Polska różnica czasu wynosiła 10h, a teraz Ayers Rock/Uluru jest 8,5h.
12 lat temu przejazd do Uluru z Melbourne zajął nam kilka dni, gdzie kangury, wielbłądy i koale umilały nam gorącą trasę. Teraz poszło szybko, aż za, ale jeszcze inne miejsca czekają.
Uluru- świętą skałę Aborygenów, a dokładniej ludu Anangu (gdy Anglicy przybyli na kontynent istniało około 500 różnych języków i plemion Aborygenów) odwiedzamy w ostatnim możliwym momencie- przed latem interioru i temperaturami nie do wytrzymania. W 1985 rząd Australii oddał prawo własności Uluru miejscowym Aborygenom, plemieniu Anangu, które przekazało ją rządowi w 99-letnią dzierżawę. Zapewne dzierżawa będzie przedłużana…
Uluru- święta skała ludu Anangu, zatrzymuje w swych zagłębieniach i jaskiniach życiodajną wodę. Lud Anangu gromadził się pod Uluru; mieli wyznaczone miejsca na ceremonie dla mężczyzn, oddzielne dla kobiet, jaskinię mędrców, która była niejako szkołą, gdzie na ścianach malowano jadalne rośliny i uczono przetrwania w trudnych outbackowych warunkach. W innej strefie przygotowywano posiłki. Oczywiście Aborygeni zmieniali miejsce pobytu gdyż byli nomadami, poza tym zwierzęta szybko nauczyłyby się gdzie grozi im niebezpieczeństwo.
Przez lata turyści z całego świata wspinali się na Uluru, nie szanując próśb Aborygenów aby zaprzestać wchodzenia na ich święte miejsce. Dopiero w roku 2019, gdy wzrosła świadomość turystów, wielu też straciło tam życie, zakazano definitywnie wspinaczki.
Aborygeni- przedstawiciele najstarszej kultury, która przetrwała nieprzerwanie 60.000 lat, w naszych oczach są zawieszeni między dwoma światami: światem przodków, który został zniszczony i zdezaktualizowany, a światem białego człowieka, w którym są zagubieni.
Rząd Australii w 2008 roku przeprosił za prześladowania i szkody wyrządzone przez lata kolonizacji oraz za skradzione pokolenie (gdy odbierano Aborygenom dzieci celem przymusowej asymilacji kulturowej). Odtąd zmieniające się rządy biją się w pierś, jednak fiasko ostatniego referendum jest bardzo wymowne.
Referendum, przeprowadzone w październiku 2023, miało dać Aborygenom i wyspiarzom z cieśniny Torres szansę na doradzanie parlamentowi w kwestiach ich dotyczących. Australijczycy jednak nie zgodzili się na rozszerzenie praw autochtonów oraz wpisanie ich do konstytucji.
Według wielu komentatorów było to odebranie „prawa do istnienia rdzennej ludności w jej własnym kraju”. Inaczej niż sąsiednia Nowa Zelandia, Australia do dziś nie zawarła porozumienia ze swoimi rdzennymi mieszkańcami.
Dodamy, że Aborygeni od lat wnioskują o zmianę daty świętowania Dnia Australii na inną gdyż dla nich jest to Data Inwazji.
Uluru to miejsce magiczne. Tak jak outback, który wydaje się pustkowiem i wygląda bardziej jak sawanna. Outback skrywa wiele gatunków zwierząt jak dingo, kangury, emu, jaszczurki, pająki, węże i … dzikie wielbłądy oraz konie. Pamiętamy jak nas zdziwiły dzikie wielbłądy na outbacku gdy podróżowaliśmy 12 lat temu. Nie spodziewaliśmy się ujrzeć tu tych zwierząt.
Wielbłady sprowadzono w XIX wieku z Półwyspu arabskiego, Indii, Afganistanu aby pomóc kolonizatorom w transporcie i ciężkiej pracy w upalnych warunkach outbacku. Rozwój innych form transportu sprawił, że wielbłądy nie były już potrzebne i wypuszczono je na wolność. Populacja szybko się rozrosła zagrażając naturalnemu ekosystemowi oraz osadom ludzkim i od 2010 jest kontrolowana, często przez odstrzał, co budzi liczne kontrowersje. Odwiedziliśmy kolejne święte miejsce Aborygenów- Kata Tjuta/ the Olgas (oznacza „wiele głów”)- piaskowce czerwonej barwy, malowniczo wydrążone przez prądy wietrzne. Przepiękny tekking po Valley of the Winds, gdzie bardzo przydały się siatki na głowę gdyż uporczywe muchy nie odstępują człowieka na krok i włażą do oczu.

Uluru/ Ayers Rock








Na szlaku Aborygenów I 26 – 29.03.2012
Uluru, Olgas, King’s Canyon: 26.03.2012 – 29.03.2012
Dotarliśmy do jednego z symboli Australii- czerwonej skały Uluru (Ayers Rock), Jakoś zawsze nam się wydawało, że była to skała czczona przez wszystkich Aborygenów, a tymczasem tylko kilka konkretnych ludów znało to miejsce i mieszkało w jego pobliżu. Istniały wyznaczone konkretne granice, których dane grupy nie przekraczały. Skała sama w sobie ma kolor niebiesko-szary, jednak wygląda na czerwoną, z powodu pyłu i piachu nawiewanego przez w tysiące lat. Woda wsiąka w nią jak w gąbkę. Naukowcy uważają ją za jedną z najstarszych formacji na naszym globie. Zmierzając do Uluru można zauważyć inne podobne czerwone formacje, np. górę Mount Conner czy góry Olgas, jednak tylko skała Uluru zatrzymywała deszczową wodę i tym samym była uznawana za święte miejsce, gdzie wszystko miało swój początek.
Przy Uluru i w informacji turystycznej widnieją znaki proszące o nie wspinanie się na Uluru, gdyz Aborygeni odbierają to tak, jakby wyznawca Islamu w Polsce chciał wspiąć się na katolicki kościół. Albo lepiej, jakby wspiął się na kościół i jeszcze go obsikał (wielu turystów nie wytrzymuje ciśnienia i idzie na stronę za mniejszą bądź większą potrzebą). Zakazu wspinaczki jednak nie ma bo przemysł turystyczny musi kwitnąć. Przy nas całe rzesze Japończyków wspinały się na Uluru (z jakiś nieznanych powodów Japończycy upodobali sobie to podejście). Wspinaczka, zabranie choćby jednego kamyka bądź robienie zdjęć Uluru w zabronionych miejscach ma przynieść nierozsądnemu turyście wiele nieszczęść w przyszłości. O tym świadczy książka w centrum kultury, gdzie można przeczytać listy ludzi z całego świata, którzy proszą o wybaczenie i oddają zabrane kamienie. Ponoć po powrocie do kraju zaczęły ich dotykać same nieprzyjemności, tragedie życiowe. Inna teoria głosi, że skała wytwarza tak mocne fluidy czy pole, że zabrana ze swojego otoczenia oddziałuje na otoczenie. Listy wyglądają wiarygodnie, ale czy nie preparuje ich pani z centrum kultury używając różnych czcionek, lepiej nie sprawdzać na własnej skórze i uszanować prośby Aborygenów. My zamiast wspinaczki wybraliśmy10 kmwycieczkę wokół skały.
Jak to jest teraz z tymi Aborygenami? Czy żyją dziko tak jak kiedyś w głębi lądu? Raczej nie, może jakiś pojedynczy osobnik się uchował w buszu. Żyją we wspólnotach, niektórzy przy niewielkim kontakcie z otoczeniem, niektórzy żyją z turystyki. Kolejne pokolenia już nie potrafią upolować kangura czy znaleźć wody, żyjąc w miastach. Najsmutniejszy widok jest właśnie w miastach takich jak Coober Pedy. Całe grupy, rodziny, podpite siedzą pod sklepami czy na skwerkach.
Rozmawialiśmy w drodze z Australijczykami i z tych rozmów wyłoniły nam się dwie kontrastujące opinie. Część Australijczyków uważa, że obecny rząd ze wszystkich sił próbuje zrekompensować Aborygenom tragiczną przeszłość zgotowaną przez kolonizatorów. Aborygeni nie muszą płacić za edukację, za opiekę medyczną, do tego z podatków buduje się im domy, w których i tak nie mieszkają bo wolą spać na ganku, a w środku domu palą ogniska i traktują go jak wychodek. Do tego niektórzy, cwani, co pewien czas, kiedy ma powstać jakiś most czy nowa droga, podnoszą raban mówiąc, że to jest święte miejsce i nic nie może być tam wybudowane. Żądają bajońskich kwot odszkodowania, które rząd skwapliwie płaci. Poza tym ich zdaniem Aborygeni to pijacy, agresorzy, śmierdziuchy i straszne leniuchy.
Opinia innych Australijczyków jest taka, że Aborygeni i tak stanowią jedynie 1% populacji więc pomaganie im nie powinno tak boleć australijskich kieszeni, a do tego Aborygeni na starcie mają trudniej więc należy ich wspierać w edukacji i przystosowaniu do życia na modłę białych ludzi. Przez lata Aborygeni byli poniżani (do lat siedemdziesiątych XX wieku byli traktowani na równi ze zwierzętami), zabierano im ziemię, nie respektowano praw tych ok. 250 ludów żyjących na tej ziemi od ponad 40 tysięcy lat. Co więcej, głośno jest o tzw. „stolen generation”, czyli dzieciach Aborygenów i białych. Dzieci te były zabierane matkom Aborygeńskim (taki zazwyczaj był ten mezalians) i wychowywane jako sieroty w domach dziecka, aby potem mogły pełnić rolę służby w domach „białych”. Przez wiele tego typu represji i ich następstw (m.in. alkoholizm) Aborygeni nie mają i nie mieli takiego samego łatwego życia jak inne nacje zamieszkujące Australię. Teraz, aby przywrócić tę równość, Aborygeni muszą być subsydiowani, aby móc wieść spokojne życie Australijczyka. A czy oni chcą żyć tak jak biali ludzie? Na to pytanie nie znaleźliśmy odpowiedzi. Widać gołym okiem, że w miastach alkohol przyczynił się do agresji i wandalizmu u Aborygenów wyglądających na zagubionych. Przez lata wielu starało się im pomóc. Jednym z przykładów jest grupa Midnight Oil m.in. z piosenką mówiącą o oddaniu zabranej ziemi Aborygenom:
http://www.youtube.com/watch?v=ejorQVy3m8E&feature=related
Notabene solista grupy Peter Garret jest aktualnie politykiem, ministrem edukacji, a wcześniej był m.in. ministrem środowiska i dziedzictwa narodowego.
Zobaczyliśmy przepiękne góry o nazwie -nomen omen- Olgas, gdzie natrafiliśmy na prześliczne wallabies. Trekking po Olgas choć niedługi (jakieś 7-8 km) był dość męczący ze względu na potworne słońce.
Kings Canyon, porównywany do Grand Canyonu w Stanach Zjednoczonych jest warty zobaczenia, aczkolwiek do Grand Canyonu mu daleko. Widoki jednak są niesamowite. W samym środku znajduje oczko wodne (tzw. Ogród edeński), który stanowi idealne miejsce do kąpieli po trudach długiego trekkingu.
- Uluru
- Uluru
- Uluru
- Uluru i Japończycy wchodzący na szczyt
- Uluru
- Uluru
- Olgas
- Olgas
- Mt Conner
- Emu podjada żarcie z naszego bagażnika
- drzewo podróżnika
- zostawiono dla Bush Mechanics
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- King’s Canyon
- większości narodów pojawia się czerwone światło




















