Archiwa blogu
Wesolych Swiat z Andamanow I 14-24.12.2011
Andaman Islands (Havelock, Neil i inne): 14.12.2011 – 28.12.2011
Andamany z uwagi na swoje położenie na środku oceanu w odległości1000 kmod Indii były łakomym kąskiem dla wielu ościennych państw. Pochodzenie plemion andamańskich nie jest do końca wyjaśnione.
Port Blair, stolica Andamaów, przez lata stanowił więzienie dla wrogów Korony angielskiej. Po uzyskaniu przez Indie niepodległości w 1947 roku, Brytyjczycy przekazali Andamany Indiom. Aby utrzymać Andamany w swoim posiadaniu, Indie zachęcały swoją ludność do osiedlenia się na wyspach poprzez ofiarowanie jej ziemi i zorganizowanie pracy. W ten sposób wiele niezamieszkałych dotąd wysp bądź zamieszkałych przez dzikie plemiona, stały się w pełni indyjskie. Po dziś dzień wiele wysp pozostaje niezamieszkałych,
Istnieją również takie rodzynki jak Sentinel Island, gdzie mieszkają dzikie plemiona i jakakolwiek próba zbliżenia się do wyspy kończy się gradem strzał. Antropologom udało się uchwycić jedynie z daleka sylwetki tego pierwotnego ludu, a indyjskie władze ostatecznie się poddały i zostawiły wyspę w spokoju.
Mimo, że Andamany liczą ok. 200 wysp, turyści mogą przebywać tylko na wybranych, otrzymawszy pozwolenie po przylocie do Port Blair. Głównie odwiedzane są 3 wyspy; najlepiej „rozwiniętą” (choć na pół dziką) wyspę Havelock oraz Neil Island i Long Island.
Havelock liczy jakieś10 kmdługości, jego główną atrakcją są piaszczyste plaże, wielki morski błękit oraz bogata fauna i flora. Można snorklować, nurkować, byczyć się na plaży, jeździć rowerem/skuterem i obżerać świeżymi owocami morza. Jest tu bardzo spokojnie i naturalnie, zawiodą się szukający plastikowych leżaków z parasolkami czy królowie dyskotek.
Centrum wyspy stanowi bazar z owocami i warzywami, nieopodal jest targ rybny oraz kilka sklepików z Coca Colą, chipsami i płetwami. Wzdłuż wybrzeża leży około 20 niewielkich resortów, są to głównie bambusowe chatki, gdzie za 22zł dwie osoby mogą spędzić noc. Bardziej ekskluzywne domki z podmurówką są w cenie ok. 120 zł/dzień.
Hindusi tłumaczyli nam, że w porównaniu do ubiegłych lat, w tym roku jest niewielu turystów na Andamanach. Widząc codziennie te same twarze, szacujemy, że nie licząc turystyki krajowej, jest ich max 200. Największy odsetek stanowią Izraelici, ok. 50%, reszta to Hindusi, Anglicy, Francuzi. Niestety nie spotkaliśmy żadnych Polaków, z którymi moglibyśmy zorganizować polską Wigilię. W drugim dniu naszego pobytu poznaliśmy przesympatyczną parę z Polski- Magdę i Pawła (pozdrawiamy Was gorąco jeśli weszliście na bloga), ale niestety wyjeżdżali następnego dnia.
Wróćmy do Izraelczyków. Podobno Andamany są w Izraelu bardzo modne jako idealne miejsce na odreagowanie przymusowej służby wojskowej, którą w wieku 18 lat muszą przejść nie tylko mężczyźni, ale również kobiety, z tą różnicą, że służba mężczyzn trwa3, akobiet tylko 2 lata. Pewien 40-letni Izraelczyk tłumaczył nam, że lata wojska są tak ciężkie, że pozostawiają piętno na całe życie. Dlatego też po odbytej służbie młodzi Izraelczycy i Izraelki „nadrabiają” stracone lata młodości chilloutując się przez 3 tygodnie na Havelock. Zazwyczaj spotykamy ich na plaży bądź w hamaku z różnorodnymi typami ziół do palenia. Wyglądają przy tym na bardzo szczęśliwych.
W pierwszym tygodniu jeździliśmy tutaj rowerami i skuterem, odwiedziliśmy różne plaże na Havelock, spędziliśmy 2 dni na pobliskiej wyspie „Neil”, ponurkowaliśmy i podtuczyliśmy się pysznymi milk-shakeami o nazwie „lassi”. Cudowne są indyjskie chlebki „chapati:, z masłem, żółtym serem czy czosnkiem, świeże ryby (szczególnie red snapper – polska nazwa brzmi ryba Lutjanidae z wielkim pyskiem) i krewetki w czosnku. Pierwszy raz w życiu jedliśmy tuńczyka nie z puszki J
Na Andamany przyciąga turystów natura przez duże „N”. Hindusi są dumni z mnogości zwierzątek na wyspach i nie zamierzają (jak w innych częściach globu) zabetonować ich tworząc ekskluzywne 5-gwiazdkowe oazy dla białych, gdzie nie uświadczysz nawet pająka. Dlatego na Andamanach wszystko żyje, cała plaża się rusza gdyż tysiące maleńkich stworzonek, z krabikami na czele, podąża obraną przez siebie drogą życiową. Wszelkie te zwierzątka (kraby, jaszczurki, skaczące rybki etc) uciekają przed nami na lewo i prawo – jakby rozstępowało się morze czerwone. Gdy szliśmy nurkować to szkoła nurkowa nas poinformowała, że jak będziemy mieli szczęście to zobaczymy rekina albo węża morskiego, ale na szczęście nie mieliśmy szczęścia… W Informacji turystyczne poinformowali nas o wszelkich zagrożeniach, a mianowicie są:
– kokosy spadające z drzew – parę miesięcy temu zabiły turystę;
– krokodyle – rzadko spotykane, bardziej na niezamieszkałych plażach. 8 miesięcy temu krokodyl nadgryzł turystkę;
– rekiny i węże morskie (ich jad jest wielokrotnie silniejszy od kobry) – nie atakują same niesprowokowane, więc ich nie prowokowaliśmy.
– inne zwierzątka jak stonogi (duże i bardzo niebezpieczne,); skorpiony, węże itd.
– malaria – ostatni zanotowany przypadek rok temu
W domku też niestety mieliśmy dużo fajnych zwierzątek, jak skorpion, komary malaryczne, duże kraby, jaszczurki, pająki.
Połowa z nas bardzo kocha naturę i cieszy się na widok każdego stworzenia – kraba, stonogi, jaszczurki. Druga połowa, ta piękniejsza;) czasem potrzebuje przed snem łyka whiskey aby zapomnieć o 50-centymetrowej stonodze czy szczurze, który spadł z dachu w naszym kurorcie na wyspie Neil, nota bene najbardziej luksusowym ze wszystkich trzech na całej wyspie.
Jednak organizm ludzki wystawiany na różne próby przesuwa granicę tolerancji i z czasem akceptuje coraz więcej. Na początku wszelkie obce stworzenie wchodzące na terytorium nieco bojącego się homo sapiens wywołuje ciarki, jednak po pewnym czasie ani karaluch ani krab w łazience (mieszkał z nami przez 2 pierwsze dni na Andamanach), nie są już straszne. Jaszczurki w sumie też są ładne, przypominają trochę dinozaury w miniaturze, ale ciężko połowie z nas polubić długaśne czarne stonogi czy szczury. A i tak największe niebezpieczeństwo stanowią spadające z palm kokosy.
Już wiemy gdzie pójdziemy na pasterkę. Udało nam się znaleźć chrześcijański kościół (wygląda jak nasza bambusowa chatka, w której mieszkamy), byliśmy nawet na niedzielnej mszy. Nic nie zrozumieliśmy, ale nie szkodzi. Pasterka jest tu o godz. 23.00 więc po kolacji podjedziemy tam rikszą. Wieczerzę wigilijną planujemy w jednej z tutejszych restauracji, nie będzie karpia, ale pewnie jakaś inna rybka czy krewetka bądź homar.
Jeszcze raz życzymy Wam cudownych Świąt i ściskamy Was gorąco!
- Kraby w kokosie
- Chatka na Havelock Island
- Nasza chatka na Neil Island
- Krabik zamiast muszli wybral platikowy pojemnik
Pokhara i Kathmandu I 08 – 13.12.2011
Nepalski savoir vivre
Zanim ruszyliśmy w naszą wędrówkę po Himalajach, dostaliśmy w biurze podróży instrukcje, jak należy zachowywać się w Nepalu i na co uważać. Oto najciekawsze z punktów:
- Należy ubierać się skromnie, nie pokazywać golizny
- Nie wolno okazywać czułości w miejscach publicznych
- Należy uważać na takie bestie jak osły na górskich ścieżkach
- Nie powinno się robić zdjęć ludności miejscowej bez zapytania o zgodę
- Jeżeli podróżujemy w grupą (np. w 2 osoby) to powinniśmy zamawiać te same potrawy do jedzenia, aby ich przygotowanie było bardziej ekonomiczne
- Nie wolno nic dawać żebrakom
Z nepalskich miast zwiedziliśmy Pokharę i Kathmadnu. Pokhara oferuje całe spektrum możliwości od chodzenia po górach, po wypożyczenie łódki, rowerów, jeepów, motorów, rafting, paralotniarstwo i wiele innych. Część turystyczna pełna jest knajp i kramów z pamiątkami. Panuje tu atmosfera wsi spokojnej, wsi wesołej, a otoczenie jeziora sprawia bardzo miłe wrażenie.
Kathmandu, stolica kraju, jest bardzo hippisowska i bombarduje kakofonią dźwięków, handlarzy chcących coś sprzedać, oferujących podwózkę i oprowadzenie po zabytkach. Co kilkaset metrów ktoś oferuje zioło, haszysz czy marihuanę. Panuje tu taki harmider, że po jednym dniu chodzenia po mieście głowa pęka. Dlatego łącznie dwa dni w stolicy zupełnie nam wystarczyły na pójście na dyskotekę, na której Nepalki i Nepalczycy pokazywali erotyczne układy taneczne, zwiedzenie centrum, dzielnicy turystycznej Thamel i świątyni Małp. Cieszymy się, że opuszczamy to hałaśliwe miasto.
W Nepalu, również w stolicy, dwa razy dziennie wyłączany jest prąd na ok. 2 godziny. W Kathmandu jest jedna główna poczta, gdzie obsługuje się interesantów w przerwach między chrupaniem orzeszków a popijaniem herbatki, a godziny pracy urzędu to 10.30 – 16.00 bądź 10.00 – 14.00. Żyć nie umierać.
- Kathmandu
Paragliding I 11.12.2011
Paralotnie w Nepalu – 11.12.2011
11 grudnia obchodziliśmy półrocznicę zawarcia małżeństwa, w związku z tym zafundowaliśmy sobie lot paralotnią nad Pokharą.
Połowa z nas trochę bardzo się bała, ale po zapewnieniach jednego pilota (który okazał się być byłym rosyjskim wojskowym i komandosem), że włos nam z głowy nie spadnie, ruszyliśmy jeepem po stromych zboczach Sarangkot. Rosjanin- komandos obiecał, że poleci z bojącą się połową z nas.
Nasza ekipa liczyła trzy osoby: naszą dwójkę i jedną Chinkę, która zwiedza świat ze swoim wiernym kompanem- pluszową pandą zawieszoną na breloku. Do tego po jednym pilocie na łebka: 2 Bułgarów i jeden Rosjanin. Lecieliśmy w tandemie, każdy z nas z jednym pilotem.
Po wjechaniu na górę i podpięciu do pilota trzeba było rozpędzić się biegnąc ze stromego zbocza, zawierzyć opatrzności i odfrunąć z tej góry. Parolotnie sa napedzane wylacznie wiatrem.
Lot trwał 40 minut i w trakcie oglądaliśmy góry, jezioro Phewa Tal oraz orły, które specjalnie tresowane, by latać wśród paralotniarzy. Niektórzy nieustraszeni paralotniarze wskazywali orlom swoje ramię, a te ochoczo na nim siadały.
Ląduje się u podnóża góry, nad samym jeziorem Phewa Tal.
Annapurna Himalaje I 2 – 8.12.2011
Annapurna Sanctuary Trek – 02.11.2011 – 08.12.2011
Z Hong Kongu przedostaliśmy się samolotem przez Bangkok i Delhi do Kathmandu, stolicy Nepalu. Tu zaopatrzyliśmy się w kalesony, czapkę, rękawiczki, tabletki do oczyszczenia wody ze strumienia oraz kilka kilogramów czekolady i ruszyliśmy autobusem do Pokhary.
Pokhara jest miastem położonym w malowniczej dolince nad jeziorem Phew Tal. Stąd można podziwiać ośnieżone góry, nie wspinając się nawet na nie.
Z wielu możliwych tras wybraliśmy trekking pod Annapurnę (8.091 m n.p.m.; http://pl.wikipedia.org/wiki/Annapurna), kończący się w bazie wypadowej na szczyt (Annapurna Base Camp- skrót ABC), która leży na wysokości 4.130 m.n.p.m. Aby móc wędrować po górach w rejonie Annapurny należy wykupić 2 pozwolenia:
– pozwolenie na trek w regionie Annapurny (ok. $25), z którego pieniądze (chyba) są przeznaczane na zachowanie naturalnego piękna gór i wspomaganie miejscowej ludności,
– kartę TIMS, która stanowi w zasadzie rządowy podatek ($20).
Musieliśmy zrobić sobie 2 zdjęcia do rejestracji i określić się czy będziemy mieć przewodnika i własnych tragarzy. Nie skorzystaliśmy z usług ani jednych ani drugich, mimo to ani razu nie zabłądziliśmy (co nie jest żadnym wyczynem gdyż wioski na trasie położone są względnie blisko siebie, a ich mieszkańcy są bardzo pomocni).
Gdy pierwszego dnia zaczęliśmy naszą wędrówkę z Nayapul i usiedliśmy na trawce na śniadanie składające się z zakupionych owoców, podbiegła do nas dwójka nepalskich dzieci i zabrała nasze banany. Potem jeszcze w wielu wioskach dzieci prosiły nas o czekoladę i słodycze, ale czytaliśmy, że nie należy im nic dawać bo w ten sposób uczą się żebrania więc byliśmy twardzi i skrzętnie chowaliśmy się przy konsumpcji naszych czekolad. Rozbroił nas 80-cio letni Nepalczyk, który poprosił nas o cukierki pokazując na migi swe uwielbienie dla nich mlaszcząc i ssąc wirtualnego cukierka.
Droga do ABC jest bardzo zróżnicowana. W pierwszych dniach mijaliśmy nepalskie wioski położone wśród ryżowych i pszenicznych tarasów z bawołami, końmi, kurami i kozami. W kolejnych dniach krajobraz zamieniał się w bambusową dżunglę, gdzie widzieliśmy wielką małpę (nie chciała dać się sfotografować). Dalej pejzaż stawał się bardziej surowy, z brunatnymi kępami traw i ostami aż doszliśmy do ośnieżonych stoków.
Codziennie spaliśmy w innym schronisku, a wraz z pokonywaną wysokością zmieniała się nie tylko temperatura, ale również ceny jedzenia. Cena pokoju dwuosobowego pozostawała zawsze taka sama, ustanowiona odgórnie przez rząd (300 rupii- 12 zł), za to jedzenie stawało się coraz droższe. Dania z półproduktów dostępnych na górze takich jak ryż czy jajka były tanie, ale już piwo, które jakiś tragarz na swej głowie wtaszczył na górę, osiągało ceny jak w dobrej knajpie w Warszawie (na dole ok. 8 zł za małe piwo, a na górze już ok. 20 zł).
Dzień na treku wyglądał następująco: pobudka ok. 6 – 6.30. Śniadanie, rozgrzewka i w drogę. Po drodze krótkie przerwy po dłuższych podejściach, przerwa na słodycze i napełnienie wody z rzeki lub wodospadów, dochodzimy do schroniska ok., 15-16, tam prysznic (jak jest ciepła woda), obiadokolacja, rozmowy z innymi turystami i o godz. 20 – 21 lulu. Tak jak w polskich górach wędrowcy wzajemnie się pozdrawiają (w Nepalu zamiast „dzień dobry”/ „cześć” woła się „NAMASTEeee!”).
Myszy nepalskie wyglądają jak nasze chomiki, przekonaliśmy się o tym gdy nocą podżerały nasze batoniki z plecaka.
Jeżeli chodzi o tragarzy, to większość turystów zatrudnia takowych. Niosą oni niewiarygodne wręcz gabarytowo bagaże, przewiązane sznurkiem z przepaską na czole, tak, że ciężar jest na głowie i szyi. Większość z nich, tak jak i ludność miejscowa, wspina się w zwykłych klapeczkach, żadnych butach trekkingowych. Przy tej okazji musimy wspomnieć, że nasze profesjonalne buty za 70 zł przetrwały całą wędrówkę, tylko kilkakrotnie musieliśmy je podklejać super glue.
Dotarliśmy do ABC czwartego dnia z poznanymi po drodze Niemcami i Szwajcarką. Widok Annapurny, Machapuchre i pozostałych niesamowicie wysokich gór zapiera dech w piersiach. Jako jedyni mieliśmy flagę i ogłosiliśmy światu skąd przybywamy.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w naturalnych, gorących źródłach położonych wśród wzgórz i wymoczyliśmy tam stopy i zmęczone mięśnie.
Nie mamy wagi, ale sądzimy, że zrzuciliśmy po kilka kilogramów. Nasza górska dieta polegała bowiem na owsiance na śniadanie (ostatnio jedliśmy owsiankę w wieku 6 lat) oraz narodowej potrawy Dal bhat. Dal bhat to danie składające się z ryżu, sosu, warzyw i ziemniaków, opcjonalnie dodawany jest kurczak. Dal bhat jest stosunkowo drogi w porównaniu do innych prostych dań, ale za to można domawiać nieskończoną ilość dokładek w tej cenie. My zamawialiśmy jednego dal bhata na naszą dwójkę, a poznani Niemcy jednego na trzy osoby.
Po zejściu z gór nie możemy patrzeć na dal bhat i dlatego wczoraj zamówiliśmy w lokalnej knajpie mnóstwo niezdrowego jedzenia i do tego deser aby nadrobić zrzucone kilogramy.
Oto pokonana trasa:
1 dzień: Pokhara — (bus 2h) — Nayapul — (trekking 12 km) — nocleg w Ghandruk (1.940 m n.p.m.)
2 dzień: Ghandruk — (trekking 13 km) — Sinuwa (2.340 m n.p.m.)
3 dzień: Sinuwa — (trekking 8 km) — Himalaya (2.920 m n.p.m.)
4 dzień: Himalaya— (trekking 7 km) — Annapurna Base Camp (4.130 m n.p.m.). Tam 2h podziwialiśmy widoki i zeszliśmy 3 km na noc do Machapuchre Base Camp (3.700 m n.p.m.)
5 dzień: MBC — (trekking 15 km) — Chhomrong (2.140 m n.p.m.)
6 dzień: Chhomrong — (trekking 4 km) — Hot Springs (tam 2h kąpieli w gorących źródłach) — (trekking 5 km) — Landruk (1.565 m n.p.m.)
7 dzień: Landruk — (trekking 13 km) — Phedi — (bus 1h) — Pokhara. Na miejscu byliśmy ok. 15.
- Mapka z wioskami, kilometrami i przewidywanym czasem trekkingu
- poczatek wedrowki
- porter czyli tragarz
- porter czyli tragarz
- Dal Bhat – codzienna obiadokolacja
- Owsianka na śniadanie
- Annapurna Base Camp wraz ze swoimi zdobywcami 🙂
- Nie tylko my weszliśmy na ABC
- Nasze zdjęcia do odszukania na MBC (pierwsze schronisko)
- Hot Springs (ciepłe źródła)
Nepal I od 30.11.2011
Od 30.11.2011 jesteśmy w Nepalu. 02.12.2011 ruszamy na ok. 8-dniowy trekking do Annapurna Base Camp. Po drodze prawdopodobnie nie będzie internetu, dlatego też odezwiemy się po powrocie do Pokhary lub Katmandu. Jakby co jesteśmy pod telefonem nepalskim (jeśli będzie miał zasięg…) +977 984 312 4810
Pożegnanie z Chinami I 27 – 29.11.2011
Hong Kong – 27.11.2011 – 29.11.2011
Przekroczyliśmy granicę między Chinami kontynentalnymi a Hong Kongiem pieszo w mieście Schenzen. Granica jest bardzo ciekawa gdyż z Chin kontynentalnych na parterze wjeżdża się windą do Hong Kongu, trzeba tylko pokonać punkt kontrolny i przejść zamkniętym rękawem przez rzeczkę. Hong Kong jako była kolonia angielska został ponownie przyłączony do Chin w 1997 roku, jednak nadal funkcjonuje jak oddzielne państwo – jest granica (na szczęcie nie potrzeba wiz), inna waluta (dolar hongkoński, który o dziwo jest drukowany przez 3 instytucje – Bank of China oraz przez 2 prywatne banki, w tym HSBC), masa nowoczesnych wieżowców i ekskluzywnych sklepów, dwupiętrowe tramwaje i ludzie ubrani „po europejsku”.
Wynajęcie pokoju w Hong Kongu jest min. 3 razy droższe niż w Chinach kontynentalnych, a warunki dużo gorsze. Tutaj w dziką dżunglę wrasta dżungla miejska. Aby przejść kilka przystanków autobusowych nie trzeba nawet wychodzić na dwór gdyż istnieje labirynt korytarzy, ruchomych przejść łączących budynki w finansowej części HK. Niestety w tym gąszczu nie odnalazłem filii mojej firmy, a konkurencji a i owszem.
Zdaje się, że w Hong Kongu częściowo zachowały się stosunki feudalne na linii biały – reszta. Mimo usilnych poszukiwań nie zobaczyliśmy żadnego osobnika o jasnym kolorze skóry, który wykonywałby pracę fizyczną.
Wzgórza Yangshuo I 24 – 26.11.2011
Prowincja Guangxi
Yangshuo, 24.11.2011 – 26.11.2011
Dotarliśmy z Guilin do Yangshuo padnięci i śmierdzący, ostatnio kąpaliśmy się 3 dni temu. Chyba nieco burzymy wizerunek „pięknych ludzi Zachodu”, których Chińczycy tak chętnie kopiują.
Yangshuo z małej wioski rozrosło się do bardzo turystycznego miasteczka pełnego Amerykanów, co kompletnie nie odpowiadało naszym wyobrażeniom ustalonym na podstawie przewodnika sprzed 3 lat. Pojeździliśmy rowerem aby zobaczyć przepiękne krasowe formacje skalne i spłynęliśmy rzeką Li. Panorama wzniesień widoczna z rzeki Li widnieje na banknotach 20- yuanów.
Stąd ruszyliśmy do Hong Kongu.
One day in Kunming I 23.11.2011
Prowincja Yunnan
Kunming, 23.11.2011
Z Lijiang pojechaliśmy nocnym pociągiem przez 8,5h do Kunming. Na miejscu okazało się, że jedyne wolne miejsca do naszego docelowego miasta są to miejsca twarde siedzące. Kupiliśmy je nie mając wyboru. Czekała nas długa, 19-sto godzinna podróż na siedząco bez rozkładanych foteli. Mieliśmy wyruszyć o 19.00 wiec pozwiedzaliśmy jeszcze Kunming- stolice stanu Yunnan. Miasto całe w budowie, aż ciężko w nim oddychać. Na bocznych skwerach ludzie ćwiczyli tai chi i aerobik wiec dołączyliśmy najpierw do jednych, a potem do drugich. Rozciągnięci pochodziliśmy do wieczora po mieście. Po drodze Marcin skoczył do fryzjera.
Po kilku godzinach skierowaliśmy się w stronę parku aby odpocząć, gdzie nie znaleźliśmy skrawka trawy na której możnaby usiąść. Wszystkie drzewa były wkoło zabetonowane. Gdy usiedliśmy na ławce, dosiadł się do nas pewien Chińczyk i zagaił rozmowę. Zapytaliśmy się go o powód braku trawy. Wytłumaczył nam, że płyty betonowe bardziej niż trawa przypominają piasek i dzięki nim park wygląda jak plaża. Nie wiemy czy się z nas nabijał bo chyba nie może być to oficjalny powód, ale był przy tym śmiertelnie poważny.
Skorzystanie z toalety damskiej w tymże parku z dwudziestoma stanowiskami na narciarza jedynie z bocznym przepierzeniem, bez żadnych drzwiczek, tak, że można się uśmiechnąć do towarzyski z naprzeciwka było przeżyciem jedynym w swoim rodzaju.
W parku spotkaliśmy jeszcze nowożeńców. Panna młoda ubrana była w białą suknię, mimo że jest to w Chinach kolor śmierci. Mijaliśmy tu orszak pogrzebowy, w którym wszyscy byli ubrani na biało, łącznie z białymi nakryciami głowy. Zgodnie z tradycją chińska panna młoda zwykła nosić czerwoną suknię, kolor ten bowiem symbolizuje miłość, jednak aktualnie Chinki z dużych miast pilnie śledzą zachodnie trendy i są bardziej zachodnie niż Zachód.
19-sto godzinna podróż z Kunming do Guilin była jedną z ciekawszych. Postanowiliśmy, że będziemy na zmianę pilnować bagaży po zgaszeniu światła. Jednak w tych wagonach światło w ogóle nie gaśnie i cały czas jest wesoło. Tutaj już popijają wódeczkę i piwko zagryzając kurzymi nóżkami, tofu i pędami bambusa. Grupa ok. 20sto osobowa starała się z nami rozmawiać – przez dobre 1,5h próby trwały. Potem na zmianę ktoś się do nas przysiadał i zagadywał słynnym „helooooo”, następnie były wymiany uśmiechów, język migowy, język chiński vs polski, a na koniec rzucaliśmy wszystkie chińskie słowa jakie znamy (łącznie odwiedzonymi miejscowościami) dzięki czemu czuliśmy się przyjęci do dużej rodziny pociągowych podróżników. Przez całą drogę obsługa kolei próbowała coś sprzedać. Show zaczął się od zachwalania giętkich szczoteczek do zębów oraz pasty do zębów usuwającej osad papierosowy. Potem przyszła kolej na naukę matematyki. Przez 15 minut pani tłumaczyła magiczne sposoby na mnożenie, a po prezentacji sprzedawała książkę do nauki mnożenia właśnie. Następnie była prezentacja super wytrzymałych skarpetek, które się rozciągają na 10 centymetrów. Po skarpetkach pani sprzedawała jeszcze etui na dokumenty, a na sam koniec zaproponowała akcesoria do palenia papierosów, dzięki czemu oferta pasty do zębów była już kompletna. Popyt na te dobra pierwszej potrzeby był zaskakująco wysoki.
WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA I 21 – 22.11.2011
Prowincja YUNNAN
WĄWOZ SKACZĄCEGO TYGRYSA 21.11.2011 – 22.11.2011
Nazwa Wąwoz Skaczącego Tygrysa zawdzięcza legendzie mówiącej, że wąwóz jest tak wąski, że tygrys przeskoczył z jednej strony rzeki na drugą. Jest to jeden z najgłębszych wąwozów na świecie.
Weszliśmy na ok.2600 m.n.p.m. Widoki są niesamowite, a krajobraz bardzo zmienny- od ostrych skał po ciepłe piaskowce i łąki. Na dnie wąwozu płynie sobie dostojnie Jangcy- najdłuższa rzeka Azji.
Po drodze poznaliśmy bardzo sympatyczną parę- Kanadyjkę i Amerykanina. Gdy doszliśmy razem na szczyt wąwozu ujrzeliśmy kolejną Mamę Naxi sprzedającą napoje i owoce. Skusiliśmy się na kupno Coli i mandarynki. Para znajomych nie kupiła nic. Następnie razem podziwialiśmy krajobraz z punktu widokowego. Gdy Kanadyjka z Amerykaninem chcieli ruszyć w dalszą drogę, Mama Naxi postawiła im szlaban i kazała zapłacić za obejrzenie widoków, pokazując jednocześnie, że nic u niej nie kupili wiec muszą albo coś kupić albo zapłacić. Amerykanin zignorował ten szantaż i podniósł szlaban przepuszczając Kanadyjkę przodem. Mama Naxi się wściekła i zaczęła pluć na naszą parę, a gdy ta ruszyła dalej zaczęła w nią rzucać głazami. Na szczęście nie wcelowała. Bez chwili zastanowienia my też wstaliśmy i przeszliśmy przez szlaban. Mama Naxi zwróciła się ku nam prosząc o zapłatę, a my odpowiadamy, że przecież zrobiliśmy u niej zakupy. To jednak nie wystarczyło i Mama Naxi postanowiła też nam opluć spodnie. Czmychnęliśmy zanim sięgnęła po głaz.
Trekking w wąwozach może być bardzo niebezpieczny. Mimo wszystko zgodnie uznaliśmy, że trekking tam to było jedno z naszych najpiękniejszych przeżyć w Chinach, a nocleg w uroczym schronisku na szczycie niezapomniany. Tak wiec ostatecznie zdecydowalismy sie, ze naszym nastepnym przystankiem bedzie Nepal, gdzie planujemy ponad tygodniowy trekking pod Annapurne, jeden z osmiotysiecznikow.
Wojownicze plemie Naxi I 19 – 20.11.2011
Prowincja YUNNAN
LIJIANG – 19.11.2011 – 20.11.2011
Dotarliśmy do urodzajnej prowincji Yunnan, skąd pochodzi jedna z naszych ulubionych herbat. To tutaj żyło i częściowo nadal mieszka plemię Naxi oparte na zasadach matriarchatu. Tutaj kobiety prowadzą interesy i dbają o finanse rodziny. Mężczyźni w tym czasie oddają się muzyce bądź ogrodnictwu. W naszym przypadku faktycznie tak było i spotkane na naszej drodze kobiety z plemienia Naxi nie tylko rządziły twardą ręką, ale do tego były bardzo waleczne, wręcz agresywne, ale po kolei.
W związku z opóźnieniem naszego lotu o 3 h do Lijiang dotarliśmy późno, ok. 1 w nocy. Pokój otworzyła nam młoda dziewczyna i od razu poszła gdzieś spać nie prosząc nawet o zapłatę. W pokoju było zimno jak w psiarni, koc elektryczny nie działał i do tego nie było ciepłej wody, a marzyła nam się kąpiel. Wyszliśmy szukać dziewczyny, ale przepadła i nie odpowiadała na nasze nawoływania. Padnięci i wściekli poszliśmy spać.
Gdy obudziliśmy się rano podziębieni zdecydowaliśmy, że nie zapłacimy za pokój. Młoda dziewczyna zawołała Mama Naxi- właścicielkę hostelu. Mama Naxi krzyczała na nas przez 15 minut łamaną angielszczyzną, z której zrozumieliśmy tyle, że nie zapłaciliśmy więc powinniśmy byli spać na ulicy. Jak chcieliśmy dojść do słowa to mówiła o sobie w trzeciej osobie: „Mama Naxi no listen, no listen. No Money, you go street”. Zapłaciliśmy połowę ceny by nie kruszyć kopii i wyszliśmy z tego przybytku.
Znaleźliśmy nowy hostel 200m od Mama Naxi, którego właścicielką też była jakaś Mama Naxi, ale zarządzał nim spokojny chłopak, który codziennie grał na gitarze i śpiewał. W każdą niedzielę dawał koncerty muzyki sentymentalnej w barze naprzeciwko hostelu.
Lijiang jest bardzo turystyczny, mieliśmy wrażenie, że wszyscy Chińczycy się tu zjechali. Z drugiej strony miasto jest urocze, a mieso jaka na sniadanie bardzo pozywne. Lijiang posłużyło nam jako baza wypadowa do Wąwozu Skaczącego Tygrysa.


















































































































































































































































































































