Archiwa blogu

Christchurch (Nowa Zelandia) I 28-29.11.2024

Opuściliśmy kraj Down Under i wyruszyliśmy ku dalszej przygodzie, która czekała na nas za rogiem, a właściwie za skrzydłem.

Wsiadając na pokład samolotu w Sydney mieliśmy nadzieję wylądować na wyspie południowej Nowej Zelandii- w Queenstown, gdzie czekał na nas domek na kółkach.

Pod koniec lotu samolot zaczął się trząść niemiłosiernie. Marcin siedział z dziećmi po przeciwnej stronie korytarza i zachował pokerową twarz przy mnie i dzieciach więc nie pozostało mi nic innego jak ściskać rękę siedzącej obok mnie Angielki, która mnie uspokajała mówiąc, że skoro maski jeszcze nie wypadły to nie jest tak źle. Turbulencje trwały lata świetlne, a gdy nieco ustały, pilot zaczął podchodzić do lądowania.

I już, już mieliśmy dotknąć ziemi, gdy nagle samolot poderwał się ostro do góry. Po chwili usłyszeliśmy komunikat, że lądowanie się nie powiodło z uwagi na silny wiatr i w związku z powyższym lecimy do oddalonego o 500 km Christchurch.

Było nam już obojętne gdzie nas wywiozą, oby tylko wylądować szczęśliwie.

Dalej z turbulencjami, nieco mniejszymi, wylądowaliśmy w Christchurch, gdzie dostaliśmy nocleg i bilet na lot następnego dnia do Queenstown.

W ten sposób zwiedziliśmy drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii, które podniosło się o trzęsieniu ziemi z  2011 roku. Dowiedzieliśmy się, że niska zabudowa w wielu miastach Nowej Zelandii wynika właśnie ze strachu przed trzęsieniem ziemi.

Podeszliśmy także na największy w Nowej Zelandii plac zabaw (w naszym odczuciu przeciętnej wielkości). Tutaj z kolei naćpany pan zaczął zaczepiać Marcina, a potem innych beztroskich przechodniów. Szybko ktoś wezwał policję i byliśmy świadkami pościgu czterech policjantów na jednego uciekiniera, który mimo wskoczenia na swój rower, nie zdołał umknąć.

Po tym dniu pełnym wrażeń wszyscy zasnęliśmy w trymiga i o poranku podjęliśmy drugą- tym razem udaną próbę dotarcia do naszego campera.

Wsiadając do samolotu witaliśmy się z towarzyszami naszej niedoli niczym z najlepszymi przyjaciółmi. Posadzono nas identycznie jak dzień wcześniej więc znowu mogłam ściskać Angielkę w momentach zwątpienia w kwalifikacje pilota. Okazało się, że Angielka (która od lat mieszka w Australii), planuje ze swoją przyjaciółką podróż po Europie i jesteśmy umówieni, że za rok nas odwiedzą w Warszawie😊

Gdy wylądowaliśmy szczęśliwie w prawidłowej destynacji dowiedzieliśmy się, że z uwagi na położenie  Queenstown między górami, gdzie hula wiatr, dość często dochodzi do lądowań w innych miastach.