Archiwa blogu
Palawan Island I 9-15.01.2025
El Nido
Z Manili mamy przelot do El Nido na wyspie Palawan. Z malutkiego lotniska tuktuk , którego każda część jest prowizorycznie zespawana, a mimo to jeździ, wiezie nas do hostelu. Ciekawe jest to że w różnych regionach/ wyspach Filipin mają różne rodzaje tuktuków – od tricykli na Palawanie, poprzez większe tuttuki w Manili czy Panglao aż po 10-cio osobowe busy napędzane tylko motocyklem na Cebu.
Czytamy, że Filipińczycy cierpią na cukrzycę gdyż słodzą dosłownie wszystko. Przekonujemy się o tym przy naszych hostelowych śniadaniach. Nawet sok z mango jest dosładzany. Poza tym ciężko dostać warzywa. Główne pożywienie to oczywiście ryż, do tego kurczak, sos sojowy i coś słodkiego 😊
W El Nido popłynęliśmy na główną atrakcję- Island hopping. W porcie stało mnóstwo łódek, które zabierały turystów na snorkeling i kajaki do licznych urokliwych zatoczek. Wsiedliśmy na naszą łajbę i po półgodzinnej walce załogi z niechcącym współpracować silnikiem, ruszyliśmy ku przygodzie.
Połowa naszych towarzyszy okazała się Polakami- jedna czteroosobowa rodzina mieszkająca w Australii oraz matka z córką.
Podczas snorklowania dzieci zobaczyły Nemo oraz inne, mniej przyjazne ryby, które z rozkoszą podgryzały nóżki. Kolejna wyspa, snorklowanie, zatoczka, lunch, potem kajaki.
Na koniec wycieczki, od słowa do słowa, dowiedzieliśmy się, że rodzina z Australii mieszka w Sydney. Zapytali nas jakich Polaków znamy w tym mieście. Powiedzieliśmy, że Michała z Eweliną oraz Piotrka z Teresą. Rodzina znała ich wszystkich (ach ta Polonia!), ale jakież było nasze zdziwienie, gdy Piotrek z Teresą okazali się najlepszymi przyjaciółmi nowo poznanej rodziny. Zaczęliśmy łączyć kropki i faktycznie wyszło, że Teresa z Piotrkiem, jak do nich przyjechaliśmy do Sydney powiedzieli, że nazywamy się jak ich najlepsi przyjaciele, a nasi synowie noszą to same imię. Jaki ten świat jest mały! Wśród morza łódek akurat trafiliśmy na tę z przyjaciółmi naszych gospodarzy z Australii!
Następnego dnia udało nam się umówić na kolację i piwo, było bardzo, bardzo miło, czuliśmy się jakbyśmy się już długo znali bo jedni i drudzy słyszeliśmy o sobie wcześniej😊
Nieopodal El Nido dzieci upodobały sobie plażę Vanilla Beach, gdzie były największe fale w jakich w życiu się pluskali.
W El Nido funkcjonuje wiele centrów nurkowych. Rafa koralowa i rozmaitość ryb jest urzekająca. Marcinowi udało się ponurkować na wszystkich wyspach na których byliśmy – Palawan, Panglao i Cebu. Piękne wrażenia.
Daracotan Island
Z El Nido kierowca przewiózł nas niecałe 30 km do portu, gdzie wsiedliśmy w małą łupinkę i pokonując ogromne fale, moczące nas i nasz dobytek, ruszyliśmy ku wysepce Daracotan. Dzieci bawiły się przednio, tak jak ich ojciec, a matka w tym czasie liczyła zdrowaśki.
Dopłynęliśmy szczęśliwie. Przez kolejne trzy dni dzieci były Robinsonami Crusoe i poza naturą i sobą nie miały nic innego do roboty. Słodkie far niente. W takim miejscu o homeschoolingu mowy oczywiście nie było. Kąpiel pod prysznicem różniła się od kąpieli w morzu tylko odrobinę mniejszym stężeniem soli w wodzie.
Na wyspie funkcjonują jedynie 3 ośrodki. Nasza osada 13 domków prowadzona była przez Włocha i jego żonę Filipinkę i za każdym razem z niecierpliwością czekaliśmy co dziś kucharz zaserwuje. Musimy dodać, że jak dotąd kuchnia filipińska nas nie urzekła, często jest przesolona bądź przesłodzona i dość tłusta.
Poza pływaniem wybraliśmy się na poszukiwanie waranów urzędujących nieopodal na cyplu.
Opuszczaliśmy wyspę nieco pogryzieni przez jakieś żyjątka gdyż od wszelkich stworzeń dzieliła nas nocą tylko moskitiera, niezbyt szczelnie okalająca łóżko. Było pięknie.
















