Archiwa blogu

Picton/ Wellington: Te PaPa I 08-11.12.2024

Po dwóch tygodniach i przejechaniu camperem 2500km opuszczamy promem wyspę południową. Sami byliśmy zaskoczeni ilością przemierzonych kilometrów, szczególnie, że Nowa Zelandia ma obszar mniejszy od Polski, jednak jest straaaasznie długa. Przez te 2 tygodnie codziennie spaliśmy w innym miejscu, by w swej zachłanności zobaczyć jak najwięcej (w końcu małe jest prawdopodobieństwo byśmy tu jeszcze wrócili).

Wellington

Zdziwiła nas niska zabudowa stolicy, ale znowu- chodzi o bezpieczeństwo w przypadku trzęsienia ziemi.

Jeden dzień na stolicę to niezbyt wiele, ale ogrody botaniczne, na które wjeżdża się kolejką linową, tętniący życiem i pełen biegaczy port i linia brzegowa nas zauroczyły. Spaliśmy w samym centrum miasta w camperze, przy małym parku na tyłach muzeum Te Papa. Wieczorem zaskoczyła nas głośna muzyka i język arabski z megafonu – okazało się ze w parku nieopodal Syryjczycy świętowali obalenie reżimy as Asada. Głośno było aż do 21, bo potem przecież cisza nocna się powoli zaczyna.

Wracając do muzeum Te Papa to jest niesamowite i można tam spędzić kilka dni eksplorując historię kraju od czasów przed przybyciem pierwotnych ludów, a potem Cooka, po współczesne. To co nas zaskoczyło, to fakt, że Maorysi są w Nowej Zelandii tylko od 800 lat. Jakoś byliśmy przeświadczeni, że przybyli tu dużo wcześniej, jak Aborygeni w Australii (40.000 – 60.000 lat). Ciekawe było przeczytać jak podobne są języki mieszkańców wysp Pacyfiku do języka maoryskiego.

W muzeum można poczuć empirycznie jak to jest być w domu podczas trzęsienia ziemi, które to nawiedzają Nową Zelandię.

Z Wellington podjechaliśmy do Auckland oddać nasz ukochany dom na kółkach. Żal nam było się rozstawać, uważamy, że jest to genialny sposób na podróżowanie z dziećmi; nie trzeba się co chwilę rozpakowywać, w każdej chwili można zjechać i zrobić sobie herbatę czy ugotować obiad albo uciąć krótką drzemkę przed dalszą drogą. Można zaszyć się w lesie gdyż jest się całkowicie samowystarczalnym.

Nelson, Abel Tasman i niegroźne rekiny I 06-08.12.2024

Leżące nad zatoką Tasmana i okolone z trzech stron górami Nelson stanowi bazę wypadową do licznych trekkingów. Najbardziej znany szlak prowadzi przez Abel Tasman National Park – Abel Tasman Cost track i liczy  60 kilometrów.

Dojechaliśmy na camping dość późno i skierowaliśmy swe kroki na plażę.

Nieopodal ludzie pływali i łowili ryby. Nasi chłopcy moczyli nóżki. Po chwili usłyszeliśmy zamieszanie 100 m od nas. Wędkarze złapali grubą rybę i walczyli we trzech by ją wyciągnąć. Gdy to nastąpiło naszym oczom ukazał się.. rekin.

Po dłuższej pogawędce okazało się, że wędkarze co kilka godzin wyławiają rekina, a zatoka jest ich pełna. Są one jednak niegroźne i ludzie się kąpią. Wędkarze twierdzili, że mieli nawet nagranie z drona, na którym na powierzchni wody pływają ludzie, a pod nimi rekiny. Wieczorem byliśmy świadkami złowienia kolejnego rekina przez inną grupę wędkarzy, którzy czipowali je dla celów naukowych. Twierdzili, że tydzień wcześniej wyłowili 3 metrowego rekina.

Nie dawało nam to spokoju gdyż nasz camping był przy samej plaży, a nigdzie nie widzieliśmy znaków ostrzegawczych.

Po rozmowie z recepcją campingu, która była zdziwiona obecnością rekinów, bądź tylko udawała zdziwienie, odnieśliśmy wrażenie, że Nowozelandczycy po prostu żyją ze świadomością, że rekiny pływają wkoło, ale są niegroźne więc nic sobie z ich obecności nie robią. Później jeszcze na północnej wyspie NZ również natykaliśmy się na rekiny i słyszeliśmy tę samą śpiewkę – „one są niegroźne”.

Inaczej niż  w Australii, gdzie po pierwsze są znaki, a po drugie przy plażach zainstalowano siatki, by żaden rekin nie wpłynął do zatoki czy w okolice plaży.

Marcin, wbrew woli żony, zdecydował się zrobić trening pływacki, jednak sama świadomość bliskości „niegroźnych” rekinów sprawiła, że wyszedł z wody po 20 minutach.

Poza plażowaniem i zwiedzaniem Nelson, zrobiliśmy jeszcze kilkugodzinny trekking w Abel Tasman National Park, prowadzący przez las deszczowy i gigantyczne paprocie.

Wanaka i zachodnie wybrzeże: Haast, Franz Josef Glacier, Hokatika I 02-06.12.2024

Wanaka to kolejny przepiękny letni i zimowy kurort, doskonały na aktywny odpoczynek. Nie zostaliśmy tam jednak długo gdyż czas nas gonił.

Odwiedziliśmy Puzzilg World czyli świat iluzji, który przypadł do gustu dzieciom, szczególnie zabawa w Minotaura w wielkim labiryncie. Przeszliśmy się brzegiem jeziora Wanaka, zobaczyliśmy instagramowe drzewo wynurzające się z wody i ruszyliśmy dalej.

Udaliśmy się w stronę zachodniego wybrzeża, po drodze musieliśmy przebić się przez pasmo górskie, gdzie pogoda jest dość kapryśna. Stawaliśmy po drodze na licznych lookoutach zwieńczonych wodospadami bądź widokami tropikalnej roślinności.

Dotarliśmy do Haast– miasteczka na końcu świata, gdzie diabeł mówi dobranoc, a niektórzy mówią „tak”-jak moja przyjaciółka, która zaręczyła się w Haast właśnie.

To na zachodnie wybrzeże, m.in. do Haast  Maorysi przybywali w poszukiwaniu kamienia pounamu- nefrytu, z którego wyrabiano ozdoby, broń czy narzędzia do rytuałów. Wierzono, że kamień ma szczególną moc gdyż został podarowany przez bogów.

Samo Haast wpisane jest na listę dziedzictwa kulturowego Unesco z uwagi na nietkniętą przez cywilizację naturę, gdzie czas zatrzymał się miliony lat temu.

Pogoda nas nie rozpieszczała więc zamiast wypatrywać pingwinów oraz grzbietów delfinów, ruszyliśmy dalej na północ.

Lodowce

Przez ocieplenie klimatu lodowce, takie jak Franz Josef, leżący  w dolinie nowozelandzkich Alp Południowych, z roku na rok się kurczy. Teren wkoło pracuje więc ze względów bezpieczeństwa punkty widokowe są oddalone od lodowca o kilka kilometrów. By podziwiać lodowiec z bliska można wykupić lot helikopterem. My zdecydowaliśmy się na krótki trekking do ogólnodostępnego punktu widokowego.

West Coast Treetop Walk

Zatrzymaliśmy się 17 kilometrów na południe od miasta Hokitika by pochodzić w koronach drzew rimu i kamahi, 20 metrów nad poziomem ziemi. Z wysokiej na 47 metrow wieży można podziwiać widok na jezioro Mahinapua bądź odważyć się i zjechać tyrolką (zipline) na sam dół, co cała nasza czwórka uczyniła.

Hokitika Gorge Track

Odbiliśmy jeszcze na wschód by dotrzeć do lazurowej rzeki Hokitika, jednak może przez zachmurzenie przybrała barwę szaro-burą

W Hokitika mieliśmy cudowny camping z wieloma atrakcjami dla dzieci. Odwiedziliśmy też Centrum kiwi, gdzie dostaliśmy zdjęcie kiwi w zamian za nierobienie mu zdjęć. Wielką atrakcją okazały się raki, które dzieci mogły łowić do woli i potem wypuszczać. Stanowisko z gigantycznymi węgorzami, które miały po 100 lat również robiło wrażenie.

Shantytown

Nie omieszkaliśmy zatrzymać się w Shantytown, gdzie dzieci mogły zobaczyć jak wyglądały miasteczka objęte gorączką złota w XIX w. Poza standardowymi metodami wydobycia złota, ciekawy był pokaz wydobycia poprzez działo na wodę, które rozpuszczało ziemię ze złotem. Nie zabrakło również zabawy w poszukiwanie złota czy przejażdżki zabytkową lokomotywą.

Bambi

Christchurch (Nowa Zelandia) I 28-29.11.2024

Opuściliśmy kraj Down Under i wyruszyliśmy ku dalszej przygodzie, która czekała na nas za rogiem, a właściwie za skrzydłem.

Wsiadając na pokład samolotu w Sydney mieliśmy nadzieję wylądować na wyspie południowej Nowej Zelandii- w Queenstown, gdzie czekał na nas domek na kółkach.

Pod koniec lotu samolot zaczął się trząść niemiłosiernie. Marcin siedział z dziećmi po przeciwnej stronie korytarza i zachował pokerową twarz przy mnie i dzieciach więc nie pozostało mi nic innego jak ściskać rękę siedzącej obok mnie Angielki, która mnie uspokajała mówiąc, że skoro maski jeszcze nie wypadły to nie jest tak źle. Turbulencje trwały lata świetlne, a gdy nieco ustały, pilot zaczął podchodzić do lądowania.

I już, już mieliśmy dotknąć ziemi, gdy nagle samolot poderwał się ostro do góry. Po chwili usłyszeliśmy komunikat, że lądowanie się nie powiodło z uwagi na silny wiatr i w związku z powyższym lecimy do oddalonego o 500 km Christchurch.

Było nam już obojętne gdzie nas wywiozą, oby tylko wylądować szczęśliwie.

Dalej z turbulencjami, nieco mniejszymi, wylądowaliśmy w Christchurch, gdzie dostaliśmy nocleg i bilet na lot następnego dnia do Queenstown.

W ten sposób zwiedziliśmy drugie co do wielkości miasto Nowej Zelandii, które podniosło się o trzęsieniu ziemi z  2011 roku. Dowiedzieliśmy się, że niska zabudowa w wielu miastach Nowej Zelandii wynika właśnie ze strachu przed trzęsieniem ziemi.

Podeszliśmy także na największy w Nowej Zelandii plac zabaw (w naszym odczuciu przeciętnej wielkości). Tutaj z kolei naćpany pan zaczął zaczepiać Marcina, a potem innych beztroskich przechodniów. Szybko ktoś wezwał policję i byliśmy świadkami pościgu czterech policjantów na jednego uciekiniera, który mimo wskoczenia na swój rower, nie zdołał umknąć.

Po tym dniu pełnym wrażeń wszyscy zasnęliśmy w trymiga i o poranku podjęliśmy drugą- tym razem udaną próbę dotarcia do naszego campera.

Wsiadając do samolotu witaliśmy się z towarzyszami naszej niedoli niczym z najlepszymi przyjaciółmi. Posadzono nas identycznie jak dzień wcześniej więc znowu mogłam ściskać Angielkę w momentach zwątpienia w kwalifikacje pilota. Okazało się, że Angielka (która od lat mieszka w Australii), planuje ze swoją przyjaciółką podróż po Europie i jesteśmy umówieni, że za rok nas odwiedzą w Warszawie😊

Gdy wylądowaliśmy szczęśliwie w prawidłowej destynacji dowiedzieliśmy się, że z uwagi na położenie  Queenstown między górami, gdzie hula wiatr, dość często dochodzi do lądowań w innych miastach.

East Coast I 16-23.11.2024

NOOSA I 16-18.11.2024

Noosa to kurort porównywalny do naszego Sopotu, trochę zbyt dużo ludzi jak dla nas, ale warto tu przyjechać dla przechadzki po Parku Narodowym Noosa, gdzie do wyboru jest kilka tras – my wybraliśmy tę najbardziej popularną wzdłuż wybrzeża. Niestety nie wypatrzyliśmy koali na drzewach, które ponoć urzędują w parku.

Słona rzeka Noosa oferuje wiele atrakcji; rejsy łodziami, motorówkami i wszelkiej maści sporty wodne. Przy nabrzeżu można spotkać wielkiego Pelikana, skonstruowanego na Paradę Wód w 1977 roku. Wypuszczono go nawet raz na wodę, ale popsuł się wtedy biedaczek i trzeba było go długo naprawiać.

Dopytujemy w informacji turystycznej o koale, jednak ostatnio nie widziano ich w okolicy. Są za to kangury, zamieszkujące busz obok miejsca Elen Point i przychodzące tłumnie na lokalny camping.

Podjeżdżamy więc pół godziny od Noosa i zatrzymujemy się przy ścieżkach krajoznawczych. Faktycznie, kangurki sobie hasają wśród drzew skubiąc trawkę, ale płoszą się na nasz widok. Wiemy, ze potrafią być niebezpieczne, szczególnie przy posiadanym młodym potomstwie więc nie podchodzimy zbyt blisko. Z kolei po dojechaniu na camping w Elen Point widzimy całe stada kangurów, które niewiele sobie robią z obecności człowieka. Przyzwyczajone do oglądania turystów zajmują się swoimi sprawami i wyskubują trawniczek przy samych domkach campingowych.

Coffs Harbour I 18-20.11.2024

Opuszczamy Noosę i Gold Cost i ruszamy ponad 500 km na południe do portowego miasta Coffs Harbour.

Wita nas kapryśna pogoda, ale mimo to ocean robi kolosalne wrażenie. Surferom żadna aura niestraszna.

Udaje nam się zobaczyć Big Banana; region nazywany jest czasem Banana Coast i słynie głównie z plantacji bananów, ale także borówek, ziemniaków, ogórków, pomidorów, awokado i orzechów macadamia.

Australia chlubi się swoimi „Big Things”- wielkimi konstrukcjami, a czasem rzeźbami, które są  charakterystyczne dla danego miejsca/regionu i z założenia miały przyciągnąć turystów (nazywane „pułapkami na turystów”). Lista Big Things zawiera ponad 1000 pozycji, m.in. figuruje tam: wieki banan, wielka gitara, wielki kapelusz, wielka krowa, wielka krewetka etc.

Idziemy też na walk do Muttonbird Island.

Cala wyspa usiana jest dziurami wyglądającymi niczym nory- są to schronienia ptaków, które nazwano muttonbird z uwagi na smak ich mięsa przypominający baraninę/jagnięcinę. Ptaki migrują na zimę do Azji, potem wracają na wyspę, łączą się w pary i wspólnie wysiadują jaja. Gdy potomstwo podrośnie, znowu zimą odlatują do Azji by potem wrócić do tego samego gniazda w ziemi, które naszykowały sobie przed zimą.

Nelson Bay I 20-23.11.2024

W drodze do Nelson Bay stanęliśmy na spacer w Urunga, gdzie idąc kładką zawieszoną nad wodą można podziwiać jak łączą się rzeki Bellinger i Kalang i wpadają do oceanu. Widać, że to też dobre miejsce dla wędkarzy, o czym świadczą chociażby specjalne stoły do patroszenia ryb.

Zauważyliśmy zarówno w Uranga jak i w innych przybrzeżnych miastach, tabliczki na kamieniach i kładkach nad samym oceanem, świadczące o tym, że wiele osób prochy bliskich oddało oceanowi.

Po dotarciu do Nelson Bay odbyliśmy Tomaree Coastal Walk, który pozwala dostrzec urokliwe położenie miasteczka i otaczających je zatok. Rozkoszowaliśmy się słońcem na dwóch plażach, dzieci pałaszowały fish and chips, a na koniec zobaczyliśmy wydmy, które jednak nie są w stanie doścignąć tych naszych w Łebie.

 Wyjeżdżając podjechaliśmy do Rezerwatu Koali, który jest również odpowiedzialny za ratowanie koali z różnych wypadków i prowadzi szpital dla tych uroczych zwierząt.

Bardzo dużo się dowiedzieliśmy o koalach, m.in., że z misiem nie mają nic wspólnego i że należą do torbaczy, takich jak wombat czy kangur.

Koale jedzą przez około 4h dziennie, są aktywne przez godzinę, a resztę czasu przesypiają. Wynika to z faktu, że żywią się liśćmi eukaliptusa (są jedynymi zwierzętami, które trawią toksyny zawarte w liściach) i ich organizm potrzebuje bardzo dużo czasu na strawienie liści.

Koale czerpią wodę z liści eukaliptusa i nie muszą schodzić do żadnego wodopoju, poza okresami wielkiej suszy. W języku Aborygenów nazwa koala znaczy „no drink”.

Wiek koali można poznać po ich uzębieniu, a ich linie papilarne są bardzo zbliżone do tych ludzkich (mają 2 kciuki i 2 palce  w przednich łapkach). Koale raczej schodzą z jednego eukaliptusa by znaleźć innego z mało toksycznymi liśćmi (rozpoznają po zapachu i także po zapachu rozpoznają czy dane drzewo nie jest już zajęte przez jakiegoś pobratymca), jednak jeśli drzewa są w bliskiej odległości, koale potrafią na nie przeskoczyć.

Koale żyją 10-15 lat, ale aktualnie często krócej z uwagi na liczne zagrożenia ze strony człowieka; wycinane są całe lasy eukaliptusowe pod budownictwo (w niektórych stanach bardziej, w innych mniej chroni się wildlife), ludzie grodzą się metalowymi płotami, a nie drewnianymi, których koale nie potrafią pokonać próbując dojść do swojego eukaliptusa, zwierzęta domowe jak psy zagryzają koale, a samo szczekanie psa w bliskim kontakcie z koalą może wystraszyć koalę na śmierć. Do tego dochodzą jeszcze wypadki samochodowe.

W drodze do Sydney zatrzymaliśmy się w Koala Habitat, czyli miejscu gdzie można wypatrzyć koale w ich naturalnym środowisku, jednak nie zauważyliśmy ani jednego torbacza, za to zostaliśmy obsikani przez chmary cykad, które wydalają nadmiar wody z zebranego nektaru.

ULURU I 10-13.11.2024

Lot do serca Australii z Sydney trwa aż 3,5h, do pokonania jest 2500km. Zmieniamy nawet strefę czasową. Sydney-Polska różnica czasu wynosiła 10h, a teraz Ayers Rock/Uluru jest 8,5h.

12 lat temu przejazd do Uluru z Melbourne zajął nam kilka dni, gdzie kangury, wielbłądy i koale umilały nam gorącą trasę. Teraz poszło szybko, aż za, ale jeszcze inne miejsca czekają.

Uluru- świętą skałę Aborygenów, a dokładniej ludu Anangu (gdy Anglicy przybyli na kontynent istniało około 500 różnych języków i plemion Aborygenów) odwiedzamy w ostatnim możliwym momencie- przed latem interioru i temperaturami nie do wytrzymania. W 1985 rząd Australii oddał prawo własności Uluru miejscowym Aborygenom, plemieniu Anangu, które przekazało ją rządowi w 99-letnią dzierżawę. Zapewne dzierżawa będzie przedłużana…

Uluru- święta skała ludu Anangu, zatrzymuje w swych zagłębieniach i jaskiniach życiodajną wodę. Lud Anangu  gromadził się pod Uluru; mieli wyznaczone miejsca na ceremonie dla mężczyzn, oddzielne dla kobiet, jaskinię mędrców, która była niejako szkołą, gdzie na ścianach malowano jadalne rośliny i uczono przetrwania w trudnych outbackowych warunkach. W innej strefie przygotowywano posiłki. Oczywiście Aborygeni zmieniali miejsce pobytu gdyż byli nomadami, poza tym zwierzęta szybko nauczyłyby się gdzie grozi im niebezpieczeństwo.

Przez lata turyści z całego świata wspinali się na Uluru, nie szanując próśb Aborygenów aby zaprzestać wchodzenia na ich święte miejsce. Dopiero w roku 2019, gdy wzrosła świadomość turystów, wielu też straciło tam życie, zakazano definitywnie wspinaczki.

Aborygeni- przedstawiciele najstarszej kultury, która przetrwała nieprzerwanie 60.000 lat, w naszych oczach są zawieszeni między dwoma światami: światem przodków, który został zniszczony i zdezaktualizowany, a światem białego człowieka, w którym są zagubieni.

Rząd Australii w 2008 roku przeprosił za prześladowania i szkody wyrządzone przez lata kolonizacji oraz za skradzione pokolenie (gdy odbierano Aborygenom dzieci celem przymusowej asymilacji kulturowej). Odtąd zmieniające się rządy biją się w pierś, jednak fiasko ostatniego referendum jest bardzo wymowne.

Referendum, przeprowadzone w październiku 2023, miało dać Aborygenom i wyspiarzom z cieśniny Torres szansę na doradzanie parlamentowi w kwestiach ich dotyczących. Australijczycy jednak nie zgodzili się na rozszerzenie praw autochtonów  oraz wpisanie ich do konstytucji.

Według wielu komentatorów było to odebranie „prawa do istnienia rdzennej ludności w jej własnym kraju”. Inaczej niż sąsiednia Nowa Zelandia, Australia do dziś nie zawarła porozumienia ze swoimi rdzennymi mieszkańcami.

Dodamy, że Aborygeni od lat wnioskują o zmianę daty świętowania Dnia Australii na inną gdyż dla nich jest to Data Inwazji.

Uluru to miejsce magiczne. Tak jak outback, który wydaje się pustkowiem i wygląda bardziej jak sawanna. Outback skrywa wiele gatunków zwierząt jak dingo, kangury, emu, jaszczurki, pająki, węże i … dzikie wielbłądy oraz konie. Pamiętamy jak nas zdziwiły dzikie wielbłądy na outbacku gdy podróżowaliśmy 12 lat temu. Nie spodziewaliśmy się ujrzeć tu tych zwierząt.

Wielbłady sprowadzono w XIX wieku z Półwyspu arabskiego, Indii, Afganistanu aby pomóc kolonizatorom w transporcie i ciężkiej pracy w upalnych warunkach outbacku. Rozwój innych form transportu sprawił, że wielbłądy nie były już potrzebne i wypuszczono je na wolność. Populacja szybko się rozrosła zagrażając naturalnemu ekosystemowi oraz osadom ludzkim i od 2010 jest kontrolowana, często przez odstrzał, co budzi liczne kontrowersje. Odwiedziliśmy kolejne święte miejsce Aborygenów- Kata Tjuta/ the Olgas (oznacza „wiele głów”)- piaskowce czerwonej barwy, malowniczo wydrążone przez prądy wietrzne. Przepiękny tekking po Valley of the Winds, gdzie bardzo przydały się siatki na głowę gdyż uporczywe muchy nie odstępują człowieka na krok i włażą do oczu.

Uluru

Uluru/ Ayers Rock

Ach, ta Argentyna!

Argentyna, czerwiec i lipiec 2012.

Musimy na chwilę wrócić do  Argentyny.

Nie chcemy by ten wpis zabrzmiał źle i że Argentyna nam się nie podobała. Wręcz przeciwnie, kraj przecudnej urody, ludzie otwarci, rozmowni i do rany przyłóż. Niemniej jednak kilka kwestii sprawia, że jest to kraj niełatwy do życia. Poniżej przedstawiamy zaledwie namiastkę spraw, na które zwróciliśmy uwagę. Do rzeczy:

Powierzchnia 2.767 tyś km2 (ósmy kraj na świecie), ludność 40 mln, surowce naturalne w dużych ilościach: ropa naftowa, gaz ziemny, złoto, srebro, węgiel, ołów, cynk, żelazo, uran itd. oraz ogromne tereny uprawne, w latach 1890-1930 jeden z dziesięciu najbogatszych krajów świata, ale… ale liczne kryzysy gospodarcze/ walutowe oraz wszechobecna korupcja wciąż popychają ten kraj wstecz.

Jaka jest inflacja w Argentynie? Nikt tego nie wie, gdyż oficjalne dane zdają się nie pokazywać prawdy. Jaka jest w rzeczywistości mówią sami Argentyńczycy. Wczoraj masło podrożało o 20%, w zeszłym miesiącu mate podrożało dwukrotnie itd. Ceny biletów autobusowych ciągu 2 lat zdrożały dwu lub trzykrotnie, wejście do parku narodowego Iguazu również ponad dwukrotnie w ciągu 2 lat, a po stronie brazylijskiej jedynie o 10%. Jak to się dzieje? Kiedy jakaś wpływowa grupa społeczna czegoś chce, idzie na ulice protestować. I co? I dla przykładu „camioneros” (czyli pracownicy transportu ciężarowego) w maju/ czerwcu dostali 25% podwyżki. Kto za to płaci? Ceny w sklepach niektórych produktów od razu zdrożały. Ale kierowcom jest nadal mało, gdyż te 25% zostało opodatkowane na zasadach ogólnych, a ich zdaniem nie powinno tak być. Jak usłyszeliśmy od przedstawicieli tej grupy:

– Dlaczego my mamy płacić podatki? Niech płacą inni, my nie powinniśmy. Jesteśmy za biedni – w rzeczywistości poznani przez nas kierowcy zarabiają ok. dwukrotność polskiej średniej krajowej.

Ludzie nie buntują się, gdyż w ich kontraktach jest adnotacja o rocznej waloryzacji wynagrodzenia o wskaźnik inflacji.

W związku ze światowym kryzysem Argentyna broni swojej gospodarki. Jak? Zakazując importu. Prowadzi to do sytuacji, że brakuje im części do produkcji np. samochodów, przez co fabryki wstrzymują produkcję. Również od około 3 miesięcy mieszkańcy Argentyny nie mogą wymieniać peso na inne waluty. Oficjalny kurs jest sztucznie zaniżony o ok. 30%.  Na czarnym rynku za 1 dolara dostaniemy minimum 5,5 peso, a w kantorze/ banku/ bankomacie 4,5. Jeśli pojedzie się na przykład do Paragwaju to można wymienić dolary amerykańskie na guarani paragwajskie, a je dalej na peso argentyńskie. Kurs takiej kombinowanej wymiany to 5,8 peso argentyńskiego za 1 $. Przebitka o ok. 30%.

Gdziekolwiek się nie pójdzie w Argentynie, wszyscy mówią o korupcji na niespotykaną skalę. Nie jest tajemnicą, że rodzina Kirchnerów (m.in. Cristina – obecna pani prezydent, czy ś.p. Nestor, były prezydent kraju) posiada ogromny majątek. Słyszeliśmy że w Patagonii mają niewyobrażalne ilości ziemi, w samej małej miejscowości El Calafate 3 domy. Import – eksport ropą naftową jest kontrolowany przez firmy należące do tej rodziny. Z kolei już w Urugwaju słyszeliśmy historię z pierwszej ręki, iż rodzina Kirchnerów działa jak mafia. Pani Prezydent lubi ubierać się w eleganckie i bardzo drogie ubrania. Często zagląda do jednego sklepu, w którym wybiera sobie najdroższe torebki. Nie płaci jednak za nie, a w zamian właściciel sklepu nie musi odprowadzać podatków. Proste. Generalnie większość polityków u władzy jest bardzo bogata, kontrolują wiele branż w kraju poprzez swoje firmy, np. firmy przewozowe do nich należą, a ceny są odgórnie ustalane. W innych branżach też istnieją zmowy cenowe. Przetargi są ustawiane. Dla przykładu słyszeliśmy historię jednej miłej pani, która chciała kupić ziemię w Puerto Madryn. Skompletowała wszystkie (a jest to bardzo biurokratyczne państwo) dokumenty znacznie przed terminem i okazało się, że już się przetarg skończył i nie przyjmują więcej oferentów.

Dziwiliśmy się, co na to prasa? Jednak słyszeliśmy, że obiektywne media nie istnieją w Argentynie. Większość mediów jest również kontrolowana przez bogaczy będących politykami lub współpracujących z nimi.

Ale jak to się dzieje, że te same osoby ciągle są na szczytach władzy? Dlaczego Cristina Kirchner ponownie wygrywa wybory prezydenckie?

Powodów jest kilka.

1. Naszym zdaniem głównym są niesamowite umiejętności oratorskie i populistyczne pani prezydent. Odwraca się uwagę społeczeństwa od bieżących problemów dokonując zabiegów propagandowych. Ostatnim takim była nacjonalizacja koncernu naftowego YPF, czyli w rzeczywistości wywłaszczenie większościowego akcjonariusza, hiszpańskiej firmy Repsol. Spotkało się to z ogromnym aplauzem Argentyńczyków. Kolejnym wszechobecnym przykładem są wyspy Falklandy, tu nazywane Malwinami. Wyspy są położone 500 km od lądu argentyńskiego, odkryte i zamieszkane przez Anglików. Argentyna od lat rości sobie do nich prawa, a w 1982 trwała nawet dwumiesięczna wojna o nie pomiędzy Argentyną i Anglią. Nie wchodząc już w szczegóły, ostatnio znowu odżyła dyskusja na temat „powrotu wysp do macierzy”, czyli do Argentyny. Próbowaliśmy zrozumieć, dlaczego Falklandy powinny należeć do Argentyny, skoro nie ma tam rdzennej ludności argentyńskiej oraz od zawsze były zamieszkane i ochraniane przez Anglików (z krótką przerwą w XVIII wieku, kiedy to należały do Francji a następnie do Hiszpanii)? Usłyszeliśmy parę wyjaśnień. Ale żadne nas nie przekonało. To że blisko, że jest na liście miejsc do dekolonizacji, że są połączone podwodnym lądem z Argentyną. Jednak najczęściej nie było żadnej argumentacji, tylko emocjonalne stwierdzenia że „Malwiny zawsze były, są i będą argentyńskie”. Wydaje nam się, że to jest właśnie główne wytłumaczenie tej sytuacji: emocje. To na nich gra pani prezydent, podburzając ludzi przeciwko zewnętrznemu wrogowi i tym samym poprawiając swoje notowania wyborcze, jako prawdziwej patriotki.

2. Akcje społeczne przed wyborami są zakrojone na szeroką skalę. Najbiedniejsi dostają zapomogi, podnosi się minimalne wynagrodzenie, biednym buduje się domy z dykty, zamrażane są ceny transportu itd. Od razu po wyborach wszystko drożeje, a o biednych politycy zapominają.

3. Na górze istnieje klika powiązanych ze sobą osób, przez którą nie da się przebić.

4. Nikt nie wierzy, że nowi ludzie coś zmienią, bo „przecież wszyscy kradną”.

  P.S.

W Argentynie nadal część ludzi wierzy, że śmierć wcześniejszego prezydenta, męża Cristiny została sfingowana. Mają na to dowody, m.in. takie, że trumna była za mała. Nestor Kirchner miał udawać swoją śmierć aby uniknąć zapłacenia zaległego podatku katastralnego od posiadanych niezliczonych włości. O dziwo te długi nie przeszły na jego żonę…

brazylijskie plaże I 15 – 19.07.2012

Ilha do Mel i Curitiba: 15.07.2012 – 16.07.2012

Parati: 17.07.2012 – 19.07.2012

Będąc na wycieczce w Boliwii (Salar de Uyuni i Altiplano) poznaliśmy dwójkę szalonych Brazylijczyków – Thiago i Rogi, z którymi przez trzy dni dzieliliśmy samochód i sypialnię. Mieliśmy ponownie spotkać się w ciągu trzech tygodni w Argentynie, w Bariloche aby wspólnie poszusować po śniegu. Spotkanie nie wyszło gdyż zamknęli nam drogę z Patagonii (ruta 40). Może i dobrze gdyż jak się potem dowidzieliśmy, wyciągi i trasy nie funkcjonowały ze względu na zbyt silne wiatry.

Umówiliśmy się finalnie z Thiago, że spotkamy się w takim razie w Brazylii i pojedziemy z nim i jego dziewczyną ze Stanów – Brooke na wyspę Ilha do Mel. Rogi niestety musiał pracować. Spotkaliśmy się na dworcu w Curitibie i stamtąd autobusem i promem dotarliśmy na wyspę. Pogoda do kąpieli się nie nadawała, ale wszyscy chodziliśmy z kąpielówkami w plecaku, tak na wszelki wypadek. Wyspa wyglądała na opustoszałą, porośnięta miejscami gęstą dżunglą, przez którą bez ścieżki nie dało się przedrzeć. Nie ma tam ruchu samochodowego, można chodzić tylko na piechotę albo jeździć na rowerach. Momentami wyspa jest bardzo wąska, ma zaledwie 50m, a mimo to stoją tam chatki. Byliśmy jedynymi gośćmi małego hosteliku, który przypominał nam „Werandę” w Jastarni.  Poza sezonem więc zero komercji, nie widać żywego ducha, nie licząc chmary ptaków. Właśnie rozpoczął się sezon na rybę „tinha” (pol. mugilowate) więc ją spałaszowaliśmy na kolację. Połaziliśmy po wyspie gdzie tylko się dało, tzn na co pozwolił nam wysoki stan wód.

Wróciwszy z miodowej wyspy spotkaliśmy się z Rogim i jego kolegami i jak zwykle o tej porze „woziliśmy się po mieście”. Zabrali nas na niebiańskiego grilla do churrascarii o nazwie „Dom Gabriel”. W Argentynie próbowaliśmy wielokrotnie steków, ale mięso brazylijskie  biło na głowę argentyńskie bife de chorizo. Wyszliśmy stamtąd gdy już ledwo mogliśmy się ruszać i  dotoczyliśmy się do baru cachaceria aby poprawić wszystko kielonkami  cachacy. Dowiedzieliśmy się, że młodzi Brazylijczycy zazwyczaj nie piją cachacy, gdyż jest ona uważana za trunek dla biedniejszych. Najtańszą cachacę można bowiem kupić już za 3 $. Klasa średnia pije piwo, wódkę i whiskey. Popularne są za to drinki caipirinha na bazie cachacy.

Rogi pokazał nam jak się tańczy „forró” w parach. Gdy do Brazylii przyjeżdżali obcokrajowcy powstał taniec, który wszyscy mogliby tańczyć, nie tak skomplikowany jak np. samba. Dlatego nazwano go z angielskiego „for all” (dla wszystkich), wymawiając szybko po portugalsku powstaje „forró”. Jest on bliźniaczo podobny do naszych weselnych potańcówek. Nawet nie  zdawaliśmy sobie sprawy, że na weselach przestępując z nóżki na nóżkę tańczymy właśnie „forró”.

Pożegnaliśmy się z Brazylijczykami i przedostaliśmy się do uroczego, kolonialnego kurortu Parati, gdzie czekała na nas kanapa i jej sympatycznie wyglądający właściciel- tatuażysta i kucharz w jednym. Podeszliśmy do restauracji, w której pracował nasz gospodarz. Przywitaliśmy się i dostaliśmy instrukcje jak dojechać do jego domu, który nie posiada adresu. On sam miał wrócić po pracy, o 12 w nocy.

Wsiedliśmy więc posłusznie do wskazanego autobusu i jedziemy, jedziemy, jedziemy oddalając się od Parati. Po 40 minutach zostaliśmy w autobusie tylko my i kierowca, a za oknem coraz rzadziej pojawiały się jakieś zabudowania. W końcu kierowca nas informuje, że to tutaj jest nasz przystanek. Patrzymy- wkoło gęsta dżungla i kilka domków na horyzoncie.

Próbujemy odnaleźć nasz dom, śledząc instrukcje. Po 20 min marszu przy jednym słupie skręcamy w puszczę i ruszamy w dół w stronę potoku. Przechodzimy po niewielkiej kładce nad wodą i skręcamy w prawo. Idziemy dalej zastanawiając się czy na pewno Brazylia jest bezpiecznym krajem na mieszkanie w dżungli poza miastem. W końcu docieramy do chałupy w buszu, która pasuje do opisu naszego kucharza. Wchodzimy. Zostajemy na dwie noce w chacie naszego Robinsona Crusoe, który nie pojawia się przez te dwa dni. Zwiedzamy pobliską plażę Trynidad i kolorowe Parati. Naszemu gospodarzowi pozostawiamy mały podarunek i podziękowanie za gościnę. Szkoda, że nie było okazji się poznać bo wydawał się niesamowicie ciekawą osobą, wnosząc po chatce i rękodziełach w niej wiszących.

Wracając do bezpieczeństwa w Brazylii, gdy wsiedliśmy do autobusu jadącego do Rio de Janeiro, nasz autobus został zatrzymany przez jednostkę do zadań specjalnych, która dokładnie przefiskała wszystkie torby pasażerów. Oszczędzili tylko nas (ach ci uprzywilejowani turyści), przeprowadzając z nami jedynie wywiad środowiskowy: skąd jesteśmy, który raz w Brazylii, skąd jedziemy i dokąd. Potem funkcjonariusz kazał nam podać adres zamieszkania. Chwila konsternacji, jak mu wytłumaczyć adres naszej chatki nad potokiem i skąd znamy właściciela, chyba nam nie uwierzy… Na szczęście chodziło mu o adres w Rio, a z tym było prościej.

Iguazu I 12 – 14.07.2012

Puerto Iguazu, Foz do Ignacu i parki narodowe Iguazu po obu stronach granicy: 12.07.2012 – 14.07.2012

Obejrzeć wodospady Iguazu po stronie argentyńskiej czy brazylijskiej? Większość turystów poleca stronę argentyńską jako tę piękniejszą. Nie mogliśmy się zdecydować i poszliśmy tu i tu.

Wodospadow jest az 275, wysokoscia siegaja 80 m, a ich huk ponoc slychac w promieniu 20 km.  Iguazu cataratas uwazane sa za jeden z siedmiu naturalnych cudow swiata.

Strona argentyńska jest dużo bardziej rozbudowana, z licznymi ścieżkami, kolejno podchodzi się do oddzielnych wodospadów i oglada je z roznych poziomow. Kolosalne wrażenie robi najdalszy punkt zwiedzania – gardziel diabła. Po stronie brazylijskiej natomiast podziwia się panoramę i lepiej widać ogrom tego cudu na skalę światową. Oba widoki stawiamy na równi, oba są cudowne, oceńcie sami.

Strona argentynska (gardziel diabla):

http://youtu.be/iGA3a5DyvLg

Strona brazylijska:

http://youtu.be/UvNHtZqfjD8

Paragwaj I 8 – 12.07.2012

PARAGWAJ

Encarnacion i Trinidad: 08.07.2012 – 09.07.2012

Asuncion, Aregua i Caacupe: 09.07.2012 – 11.07.2012

Ciudad del Este i Itaipu: 11.07.2012 – 12.07.2012

 

Zahaczyliśmy o Paragwaj, którego nie było w pierwotnych planach – a co tam, raz się żyje. Na pierwszy rzut poszła stolica karnawału – Encarnación, niestety poza karnawałem. Za to trafiliśmy na finał meczu dwóch drużyn z Asunción – pieszczotliwie nazywanych „cyklon” i „dziadek”. Zwyciężył cyklon przerywając po wielu latach hegemonię dziadka. Całe miasto okazało się być fanem cyklonu i świętowało trąbiąc w klaksony i tańcząc na ulicach. Co ciekawe, w Encarnación istnieje mniejszość niemiecka, polska i ukraińska,. Istnieją nawet polskie kościoły. Podczas wojny potrójnego sojuszu (1865-1870) przeciwko Brazylii, Argentynie oraz Urugwajowi zginęła ponad połowa ludności Paragwaju i rząd chcąc zaludnić kraj zachęcał ludzi z Europy do przyjazdu i osiedlenia się.

Pod Encarnación leżą ruiny miasta jezuickiego Trynidad, wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jest to ponoć jeden najrzadziej na świecie oglądanych zabytków tej rangi. Po 2-godzinnej wizycie zrozumieliśmy dlaczego – nic tam ciekawego nie ma…

Z Encarnación pojechaliśmy do stolicy, na kanapę do przesympatycznego Paragwajczyka. Właściwie to zamieszkaliśmy w hostelu, który właśnie otworzył w domu, który dostał od babci, stąd nazwa „La Casita de la Abuela” (domek babci). Przez dwa dni staraliśmy się pomóc mu rozreklamować hostel, m.in. wieszając plakaty w turystycznych miejscach. Sam hostel jest bardzo przyjemny (http://www.facebook.com/groups/120621831413764/). Asuncion nie zrobiło na nas większego wrażenia, ale poznani Paragwajczycy, jak najbardziej. Jest to niesamowita wartość dodana mieszkania na kanapach, dociera się do tubylców, do których, jako turystom, ciężko trafić.

 Następnie obejrzeliśmy wioskę Aregua, która bardzo przypadła nam do gustu. Czerwona ziemia, wkoło palmy, roślinność tropikalna, kościółek na wzgórzu, jak z filmów. W Caacupe Obejrzeliśmy bazylikę, pod którą piknikowaliśmy z sześciorgiem dzieci, które zobaczywszy nasze jajka na twardo uznały, że muszą je zjeść 😉

 Ostatnim przystankiem było Ciudad del Este – jeden wielki jarmark, bez charakteru, bez ładu i składu. Jest on nazywany targowiskiem Am. Płd, można się tam obkupić przede wszystkim w elektronikę. Główną klientelę stanowią Brazylijczycy i Argentyńczycy. Pod miastem leży tama „Itaipu” (w języku guarani oznacza „śpiewający kamień”) z elektrownią wodną o największej mocy na świecie. Tama chińska na Jangcy jest co prawda większa pod względem infrastruktury, jednak nie pod względem mocy. Elektrownia została zbudowana na rzece Parana, na spółkę z Brazylią. Oba kraje posiadają po 10 generatorów. Paragwaj używa dwóch, co zaspokaja 80% potrzeb na energię tego 6,5-milionowego kraju, a Brazylia używa 18 (8 kupuje od Paragwaju) i dzięki nim zaspokaja 20% tego 200-milionowego kraju. Tama ponoć nigdy nie runie, ale gdyby się tak stało, to w ciągu 10 godzin woda dotarłaby do Buenos Aires i zniszczyła wszystko, co leży na jej drodze…

 Po zaledwie kilku dniach opuszczaliśmy Paragwaj, gdzie ludzie bardzo niewyraźnie wymawiają „r”, przez co ich akcent przypomina bardziej amerykański niż kastylijski. Zapamiętamy stąd smakowite „terere” – napój podobny do mate, tyle, że na zimno. Zapamiętamy ludzi chodzących z termosami pod pachą, dużo większymi niż w Urugwaju gdyż musi się w nich zmieścić lód.