Archiwa blogu

Urugwaj I 3 – 7.07.2012

Colonia del Sacramento: 03.07.2012 – 04.07.2012

Montevideo: 04.07.2012 – 06.07.2012

Salto: 07.07.2012

Wsiedliśmy w Buenos Aires na prom i plum, po godzinie znaleźliśmy się w Urugwaju – w Colonia del Sacramento. Małe, ciche (poza sezonem), rybackie miasteczko pełne kocich łbów, położone nad rzeką Rio de la Plata.  Wspaniałe miejsce na chillout, pamiętające czasy kolonii portugalskiej.

Dalej udaliśmy się do stolicy kraju. Zazwyczaj nie przepadamy za dużymi miastami jeśli chodzi o zwiedzanie. Jednak niska zabudowa, neoklasyczne budynki, kolonialna starówka i świeża bryza docierająca ulicami z nad rzeki Rio de la Plata sprawiają, że miasto z ok. 1,3 milionami ludzi nie męczy. Co więcej, jest to dobre miasto do zamieszkania. Również z uwagi na wspaniałe tradycje piłkarskie :).

Nocowaliśmy tu na kanapie u Urugwajczyka, który zabrał nas na imprezę urodzinową do swojej przyjaciółki. Posmakowaliśmy tam gulaszu z cieciorką i wołowiną, popularnego podczas zimy, która nas tu zastała. Na deser ciasto z wszechobecnym w wielu krajach Am. Płd „dulce de leche”. W prezencie podarowaliśmy wino argentyńskie, które długo taszczyliśmy w plecaku aż z Maipu, koło Mendozy. W trakcie wieczoru, degustując wina chilijskie, urugwajskie, argentyńskie i już nie pamiętamy jakie, zorientowaliśmy się, że w tej grupie znajomych (nie wiemy czy to próba reprezentatywna), największym poważaniem cieszą się wina chilijskie, potem urugwajskie, a na końcu argentyńskie. No cóż, skąd mogliśmy wiedzieć… Imprezka bardzo udana, jak w Polsce, tylko zamiast wódeczki leje się wino.

Z Montevideo pojechaliśmy na północny-zachód odmoczyć się w gorących źródłach w miejscowości przygranicznej Salto. Wkoło szron, a my w cieplutkiej wodzie.

Tylko „liznęliśmy” Urugwaj, jednak poznani ludzie bardzo przybliżyli nam ten kraj poprzez swoje opowieści. To, co jest widoczne gołym okiem to fakt, że to nie Argentyńczycy piją hektolitry mate, a Urugwajczycy. Widok w trzech odwiedzonych przez nas miastach był niesamowity – co trzecia osoba chodzi z termosem pod pachą, z którego dolewa sobie gorącej wody do kubeczka z mate. Niezależnie od wieku, płci czy pozycji społecznej. Poważni panowie w garniturach jadący do pracy w banku czy starowinka, wszyscy dzierżą termosy pod pachą. Jedna reklama urugwajskiej mate pokazuje, ile rzeczy potrafią zrobić Urugwajczycy przy pomocy tylko jednej ręki, gdyż drugą mają zawsze zajętą…

W stolicy tanga I 1 – 3.07.2012

Buenos Aires: 01.07.2012 – 03.07.2012

„Chcę jeszcze raz pojechać do Europy

Lub jeszcze dalej do Buenos Aires

Więcej się można nauczyć podróżując

Podróżować, podróżować jest bosko”

Maanam

 

Wmawialiśmy sobie, że jest bosko, podśpiewując tę piosenkę na pustkowiu, w deszczu, kiedy żadne auto nie chciało się zatrzymać. Przerywaliśmy tylko czasem, na moment, aby porzucać mięsem.

Jednak gdy dojechaliśmy do Buenos, zaczęło być naprawdę bosko. Ciężko stwierdzić co takiego ma w sobie to miasto, że dech zapiera. Nie chodzi przecież o monumentalne budynki przypominające centrum Madrytu, ani o szerokie aleje i pchli targ, gdzie w weekend można podpatrzeć tancerzy tango, ani też o niebieskie, słoneczne niebo, zresztą trafiliśmy raczej na zachmurzone. Buenos żyje pełnią życia, buzuje i kotłuje. Temperamentni Argentyńczycy raz się kłócą i nienawidzą, a zaraz kochają, ale nie wyglądają na obojętnych czy otępiałych przedłużającą się zimą. Wydaje się, że żyją nocami, patrząc jak zasiadają do kolacji o 23.00. Możnaby zostać tu dłużej aby chłonąć tę energetyzującą atmosferę.

Mieliśmy szczęście spotkać się tutaj z Izą. Zabrała nas do najstarszej kawiarni „Cafe Tortoni”, gdzie spróbowaliśmy popularnego napoju „submarino”. Jest to kawałek czekolady w kształcie łodzi podwodnej, którą zatapia się w gorącym mleku, otrzymując gorącą czekoladę. Potem, w piwnicach kawiarni oglądaliśmy pokaz tango przy akompaniamencie kwintetu. A dalej Iza zabrała nas do dzielnicy la Recoleta na pyszne steki. Nie dziwimy się, że na razie osiadła w tym mieście, sami byśmy tu chętnie zostali, no może gdyby nie Cristina.. ale o tym kiedy indziej.

Dzienniki autostopowe I 25 – 30.06.2012

Rio Gallegos, Puerto Madryn, San Antonio Oeste, Bahia Blanca: 25.06.2012 – 30.06.2012

Ostatnią europejską zimę spędziliśmy głównie na plaży w Indiach i Tajlandii. Tęskniliśmy za śniegiem i „szczęśliwie” udało nam się trafić na zimę w Ameryce Południowej. Postanowiliśmy to wykorzystać i pojeździć trochę na nartach w argentyńskim kurorcie Bariloche. Plan już był, ceny ski-passów i hosteli ogarnięte, nawet ustaliliśmy wspólny termin z poznanymi w Boliwii Brazylijczykami. Niestety zamknęli drogę 40 (Ruta 40), która prowadziła bezpośrednio do argentyńskiego kurortu. Jedyna otwarta trasa na północ prowadzi wzdłuż wybrzeża atlantyckiego i dojazd stamtąd do Bariloche i z powrotem oznacza  nadłożenie ok. 800 km… Bliżej nam już będzie z Warszawy do Zakopanego. Uznaliśmy, że zamiast nart zobaczymy wieloryby.

Opłaty za przejazdy w Patagonii są drakońskie, mimo że benzyna jest dwukrotnie tańsza niż w Polsce. Firmy przewozowe, należące m.in. do polityków wysokich szczebli, utrzymują zmowę cenową i głową muru nie przebijesz. Dlatego pozostał nam autostop. Pierwszą próbę podjęliśmy w el Calafate. Po 3 godzinach stania na mrozie przy nieustającym śniegu w końcu udało nam się zatrzymać… autobus i z przesiadką po zaledwie 28 godzinach dotarliśmy do Puerto Madryn.

Tutaj w okresie od czerwca do grudnia bawią wieloryby. Wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy20 km do zatoki el Doradillo, gdzie można je podziwiać z brzegu, za darmo. Przez całą drogę towarzyszyły nam pieski małe dwa, które opuściły schronisko by popatrzeć z nami na wieloryby. Walenie podpływają bardzo blisko brzegu, znajdowały się  zaledwie 15 metrówod nas. Wydawały różne wielorybie dźwięki, a nad nimi fruwały ptaki próbujące podjeść trochę planktonu z ich grzbietów. Wieloryby żyją do 80 lat i osiągają rozmiary do17 metrówa wagę do 30 ton. Mieliśmy szczęście podziwiać kilkanaście wspaniałych okazów. Pieski dzielnie pokonały z nami drogę powrotną, a w nagrodę otrzymały po kanapce z kiełbasą.

Z Puerto Madryn znów próbowaliśmy szczęścia „haciendo dedo” (łapiąc stopa). O dziwo, w takiej Australii, gdzie łapanie stopa jest nielegalne, kierowcy bardzo często się zatrzymują i na uczęszczanych trasach nie czeka się dłużej niż pół godziny, a w Argentynie trzeba mieć mnóstwo czasu i cierpliwości. Czekaliśmy długo, ale warto było gdyż zakumplowaliśmy się z kilkoma kierowcami Tir-ów, którzy jedną ręką prowadzili auto, a drugą gotowali na kuchence mate. Rozmów na trasie 800 km mieliśmy wiele; o rodzinie, o pracy i płacy i oczywiście o kobietach. Kobiety to w ich oczach zło konieczne; niezrozumiałe istoty, którym zawsze coś nie pasuje, szukające pretekstu by wiercić człowiekowi dziurę w brzuchu. Ciężko bez nich żyć, ale nie można dać sobie wejść na głowę, tym bardziej, że na jednego Argentyńczyka w tym regionie przypada 10 kobiet więc jak to ujęli: „ nie to babsko to inne się znajdzie, zaraz za rogiem”.

Jednego dnia skończyliśmy naszą trasę  z kierowcą Tira na rozdrożu dróg. Zrobiło się już ciemno i nikt nie chciał nas zabrać. Znaleźliśmy więc na mapie najbliższe miasteczko leżące 8 kmod skrzyżowania do którego podwiózł nas pewien staruszek. Nie posiadaliśmy już namiotu, którego pozbyliśmy się myśląc, że już nam się nie przyda. Miasteczko San Antonio del Oeste nie widniało w naszym przewodniku. Szukaliśmy noclegu, ale miasto nie jest przygotowane na odwiedziny plecakowiczów i posiada jedynie hotele (zresztą o opłakanym standardzie). Zeszliśmy po nocy całe miasto i nie znaleźliśmy nic, na co byłoby nas stać. Błądząc po mieście trafiliśmy na spotkanie duszpasterskie, które gromadzi się tylko raz w tygodniu. Trwało kazanie dotyczące pomocy bliźniemu; jak należy wejść w jego skórę aby odgadnąć co go trapi i jak można mu pomóc. Po tym kazaniu wierni nie mieli wyjścia i wszyscy ruszyli nam z pomocą, a siostry zakonne użyczyły nam schronienia. Fakt, że pochodzimy z ziemi Jana Pawła II ewidentnie działał na naszą korzyść.

Kolejnego dnia wylądowaliśmy w innej nieturystycznej miejscowości Bahia Blanca, gdzie zostaliśmy ugoszczeni w hotelu robotniczym. W tym całkiem przyjemnym mieście ponownie (po południowej Patagonii) spotkaliśmy naszego ulubionego, niesamowicie pozytywnego, roześmianego i często rozmawiającego ze samym sobą Kolumbijczyka, podróżującego po Ameryce Południowej już ze 2 lata. By zarobić na dalszą wędrówkę dzierga paciorki i bransoletki, które sprzedaje w ciągu dnia, a nocki spędza głównie na dworcach, w autobusach lub czasem w hostelach. Z niewiadomych przyczyn na razie nie może wrócić do kraju gdyż „sprawy się skomplikowały”. Nie używa FB, maila, nie posiada telefonu ani nawet aparatu fotograficznego. Jego torba mieści ok. 30 litrów bagażu, a znaczną jej część zajmuje ogromna Biblia, która służy „do przechowywania różnych rzeczy”. Pamiętamy jak w El Calafate tłumaczył nam, że jedzie na studia do Buenos Aires. Gdy go ponownie spotkaliśmy po paru dniach zmienił zdanie i twierdził, że pojedzie do Brazylii i poczeka tam na mundial (który odbędzie się dopiero za 2 lata), a studia zacznie już po mundialu. Mężczyzna również zmiennym jest.

koko koko w lodowej krainie I 22 – 25.06.2012

Rio Turbio, El Calafate, Argentyna : 22.06.2012 – 25.06.2012

Po czym poznać, że znowu jesteśmy w Argentynie? Po strajkach. Jak coś się komuś nie podoba to wychodzi na ulicę i najczęściej blokuje drogę. Dla przykładu, niedawno kilku chłopaczków aplikowało o przyjęcie ich do pracy w dobrze prosperującej kopalni. Niestety, nie zostali przyjęci. Co zrobili? Zablokowali drogę wyjazdową z miasta pokazując, jaki ten świat jest niesprawiedliwy…

Chcieliśmy z chilijskiego Puerto Natales przedostać się do argentyńskiego El Calafate. Autobusy bezpośrednie zostały jednak wstrzymane na skutek awarii. Pozostało nam przebić się na stronę argentyńską i stamtąd próbować złapać kolejny autobus. Dojechaliśmy do Rio Turbio w Argentynie i tam utknęliśmy gdyż nikt nie miał benzyny na skutek strajków ciężarówek. Opustoszałe, zaśnieżone Rio Turbio z informacją turystyczną zamkniętą na cztery spusty wydało nam się mało przyjazne i postanowiliśmy szukać szczęścia łapiąc stopa. Była z nami 50-letnia Chilijka, którą poznaliśmy w naszym hostelu. Marcin pomagał nosić jej olbrzymie, wypchane do granic wytrzymałości torby – sztuk pięć. Chilijka, gdy się dowiedziała, że zamierzamy łapać stopa, poprosiła byśmy jej nie zostawiali samej i oznajmiła, że też chce iść z nami. No dobrze. Idziemy więc na obrzeża miasta w trójkę plus nasze dwa plecaki i pięć ogromnych toreb Chilijki, zastanawiając się kto zechce wziąć taki majdan.

Zatrzymujemy się na skrzyżowaniu gdyż Chilijka wpadła na pomysł, że znajdzie taksówkarza, z którym spróbuje wynegocjować dobrą cenę. My w tym czasie stoimy jak te głupki na skrzyżowaniu, a śnieg pada i pada. Mamy jakieś dziwne uczucie, że jesteśmy obserwowani. Z okna naprzeciwko patrzy na nas dwóch chłopaków, po chwili jeden schodzi i zaprasza nas do siebie do biura na mate i kawę. Chcemy się ogrzać więc wchodzimy. A w środku znajduje się lokalna radiostacja – „Radio Turbio”. Dwójka Polaków to mega wydarzenie więc przeprowadzają z nami wywiad na żywo; „jak tu się znaleźliśmy, czemu zwiedzamy rzadko odwiedzane Rio Turbio (ukrywamy fakt, że wcale tu nie chcieliśmy wylądować), kim jesteśmy dla siebie. Małżeństwem? Świeżo po ślubie? Que lindo (jak pęknie!)”.

Opowiadamy, że bardzo chcemy dostać się do El Calafate, ale nikt nie ma benzyny. Nasi uprzejmi Argentyńczycy ogłaszają komunikat, że jeżeli ktokolwiek ma benzynę i jedzie do El Calafate to niech zabierze nas, dwójkę turystów z tak odległego kraju. Czekamy na odzew, patrząc gdzie nasza Chilijka.

Podchodzi do nas radiowy muzyk:

– Słuchajcie, może puścilibyśmy jakąś polską piosenkę. Czy macie w Polsce takiego Rickiego Martina albo coś wpadającego w ucho?- pyta się nas

Chwila zastanowienia. Rickiego Martina akurat nie mamy, ale za to…:

– Mamy taką piosenkę na czasie, nazywa się „Kokokoko euro spoko” gdyż teraz organizujemy Euro w Polsce, razem z Ukrainą

– „Koko, że jak”? Możecie nam to zapisać, sprawdzimy w internecie.

Chłopaki szukają i po trzech minutach puszczają w eter „Kokokoko”, tłumacząc słuchaczom, że Polska organizuje Euro. Chyba wpadło im w ucho bo zaczynają podśpiewywać pod nosem, co widać tu:

http://youtu.be/B3lgVhXb7JE

Dajemy im w podzięce za komunikat szalik Polski, który przejechał z nami pół świata. Wieszają go na honorowym miejscu. W zamian dają nam mini flagi Argentyny do przypięcia na klacie.

Przybiega nasza Chilijka. Z wypiekami na twarzy oznajmia nam, że znalazła transport do El Calafate. Dogadała się z jednym taksówkarzem, że zawiezie nas w zamian za jej aparat fotograficzny plus opłatę od nas w wysokości biletu autobusowego. Potwierdzamy czy na pewno chce stracić swój aparat, odpowiada nam, że z biegiem lat rzeczy materialne przestały mieć dla niej znaczenie. Jedyne czego pragnie, to jak najszybciej dojechać do męża, do Calafate.

Żegnamy się więc z chłopakami z radia i wsiadamy do taksówki. Częśc toreb wrzucamy do bagażnika, a część upychamy między nas. Prosimy by taksówkarz włączył radio Turbio. Nastawia odpowiednie fale, a w radiu znów rozbrzmiewa:

http://youtu.be/1a0SUEAmFiY

Chilijka podłapuje i też zaczyna gdekać. Dopytuje się nas co to znaczy. Jakby to wyjaśnić?

– Czy znasz dźwięk, który robi kura?- pytamy- W Polsce kura mówi „koko”.

– A co to ma wspólnego z Euro?- pyta Chilijka

Słuszne pytanie.

– No nic, ale „koko” przedstawia naszą kulturę, naszą polskość bo przedstawia kurę- sami nie wierzymy co za bzdury wygadujemy- generalnie chodzi o to, że „piłka leci gdzieś wysoko i ogólnie jest wszystko spoko”- tłumaczymy jej zawiłości polskiego folkloru.

Po 200 km dojeżdżamy do El Calafate.

W Calafate podziwiamy lodowiec „Perito Moreno” w parku narodowym Los Glaciares. Jest on ogromy,: ma aż 60 m wysokości, 14 km długości i 6 km szerokości. Co jakiś czas odłamują się od niego całe bloki lodu, którym towarzyszy niesamowity huk. Jeden raz łamie się coś w środku, nie widzimy gdzie dokładnie, ale hałas jest tak ogromny, że przez głowę przemyka myśl o natychmiastowej ewakuacji. Pod lodowcem spotykamy parę Francuzów, których poznaliśmy w Sydney, gdy próbowali sprzedać swoje auto na giełdzie w ciemnym i depresyjnym garażu. Znów utwierdzamy się w przekonaniu, że świat jest bardzo mały. Tak mały, że być może jakiś Polski turysta przejeżdżając przez Rio Turbio usłyszy w radio „Kokokoko”….

Na końcu świata I 17 – 22.06.2012

Punta Arenas: 17.06.2012 – 19.06.2012

Puerto Natales: 19.06.2012 – 22.06.2012

„Nie jedźcie do Patagonii, zamarzniecie tam o tej porze roku”- ostrzegali nas poznani niedawno Argentyńczycy, Chilijczycy i turyści. Faktycznie, sezon skończył się w marcu, od czerwca pozamykali większość „refugios” (schronisk). My się jednak uparliśmy, nie wiadomo przecież kiedy znów wrócimy do Ameryki Południowej, a ponadto jesteśmy z Polski, nam zima nie straszna.

Lot z Santiago obejmował dwie przesiadki- w Puerto Montt i Balmaceda. Po 5 godzinach wylądowaliśmy nad cieśniną Magellana (który odkrył i ochrzcił ten teren „Patagonią”) w Punta Arenas, najdalej na południe położonym mieście lądu stałego Ameryki Południowej. Pod nami wyspa – Ziemia Ognista, którą można dojrzeć przy dobrej pogodzie, a dalej już tylko Antarktyda. Poczuliśmy się jakbyśmy byli na końcu świata – wkoło ocean, góry, niesamowite pejzaże i mroźny wiatr, który ponoć potrafi zdmuchnąć chuderlaków. Atmosfera portowego miasta, pełnego marynarzy i rybaków. Teren bogaty w kopalnie, owce, ryby i owoce morza.

Przyjęło nas pod swój dach, na kanapę, świeżo upieczone małżeństwo. Ona Amerykanka, on Chilijczyk, a właściwie Patagończyk, jak siebie nazywają ludzie z dalekiego południa. Poznali się w Kolumbii i na razie żyją w jego rodzinnym mieście, do czasu aż on dostanie wizę do Stanów. Dziewczyna niesamowicie zaradna, zanim znalazła pracę w swoim zawodzie, zaczęła uczyć angielskiego, dziergać na drutach i piec ciasteczka, które to wyroby sprzedaje. Do tego naucza jogi, organizuje degustacje wina i hoduje roślinki jadalne. Zaprosiła nas na swój seans jogi, nazywa go joga-power, gdzie przy zgaszonym świetle, świecach i kadzidłach przez półtorej godziny wyginaliśmy się w pozycje psa, drzewa, ptaka i czegoś jeszcze. Poznaliśmy też ich znajomych, których ciężko było zrozumieć albowiem chilijski hiszpański mocno odbiega od oficjalnej wersji, m.in. czasownik w drugiej osobie l.poj. potrafi kończyć się na „ai”, posiadają własne nazewnictwo np. „mina” to „dziewczyna”, „pololo” oznacza „chłopaka, z którym się randkuje”, dodają przerywniki typu „cachai” (czaisz?), a drugiej formy liczby mnogiej raczej się nie używa. Dowiedzieliśmy się, że często Amerykanie w ogóle się nie uczą 2 os. liczby mnogiej gdyż prędzej odwiedzą Amerykę Południową, gdzie wiedza ta jest zbędna, aniżeli Hiszpanię.

Ładny widok na Punta Arenas rozciąga się z rezerwatu „Reserva de Magallanes”, 8km pod miastem. Rezerwat o tej porze roku jest bezpłatny, gdyż świeci pustkami, więc mieliśmy całe tony śniegu dla siebie. W końcu poczuliśmy klimat Bożego Narodzenia, którego brakowało nam na wyspach Andamańskich w grudniu… Porzucaliśmy się śnieżkami i wróciliśmy do miasta stopem, załapując się jeszcze na zobaczenie niesamowitego cmentarza miejskiego nocą.

Z Punta Arenas pojechaliśmy do Puerto Natales, miasteczka, które służy za bazę wypadową do Parku Torres del Paine. Niestety zamknięte zostały kilkudniowe trekkingi ze względu na opady śniegu. Do wyboru pozostała nam zorganizowana całodniowa wycieczka bądź jednodniowe wypady z jedynego otwartego schroniska, gdzie poza sezonem noc kosztuje 150 PLN od osoby, a w sezonie jeszcze drożej. Ogólnie ceny tu na południu są dużo wyższe niż w reszcie kraju.

Wykupiliśmy wycieczkę, tłumów w minibusie nie było- poza nami  jeden Anglik- Matt oraz żona i koleżanka kierowcy.

Nazwa parku „Torres del Paine” oznacza błękitne wieże (niebieskie w języku ludów niegdyś tam mieszkających). Pod koniec roku 2011, 27 grudnia, grupka turystów z Izraela niechcący wznieciła ogień w parku. Ewakuowano wszystkich turystów, gaszono wielokrotnie pożar, który rozprzestrzeniał się z zawrotną prędkością na skutek silnego wiatru, przedostając się na drugą stronę jeziora. Ziemia była tak wysuszona, że nawet jak z góry ugaszono ogień, to wznawiał się od środka ziemi, bowiem korzenie roślin zaczynały płonąć. Chile przyszły z pomocą ekipy strażaków z Argentyny, Brazylii i Urugwaju, a mimo to udało ugasić się pożar dopiero po 2 miesiącach, gdy pochłonął już połowę parku. Izraelczyków złapano jak uciekali z miejsca zbrodni i nałożono na nich skromną grzywnę. Jednak rząd Izraela poczuł brzemię odpowiedzialności i zobowiązał się pokryć koszty nowych nasadzeń, które rozpoczęto w marcu i zostaną wznowione w sierpniu-wrześniu. Polacy również mieli swój wkład w destrukcję parku. Mianowicie w 2005 roku Polak pichcił coś na przenośnej kuchence, na skutek czego spłonęła wschodnia część lasu, zniszczenia jednak nie osiągnęły takiej skali, a Polak sam się przyznał i oddał w ręce policji.

Mimo tych nieszczęśliwych wypadków, serce rośnie na widok parku. Góry, po których hasają guanaco (podobne do lamy) oraz nandu (z rodziny strusiowatych), nad głowami latające kondory i liczne laguny, których piękna żadne zdjęcia nie oddadzą, były jednymi z najpiękniejszych pejzaży jakie widzieliśmy w naszym życiu. Oto one:

http://youtu.be/k6b-9m_DerQ

Chile I 14 – 17.06.2012

Santiago de Chile, Valparaiso: 14.06.2012 – 17.06.2012

Zawierucha i śnieżyca po stronie chilijskiej spłatały nam figla i zmusiły do zostania noc dłużej w Mendozie. Z rana czatowaliśmy na dworcu czekając na kolejne raporty pogodowe przekazywane przez Chile. Santiago było prawie na wyciągnięcie ręki, jakieś 200-250 km w linii prostej od nas, ale na przeszkodzie stały zaśnieżone Andy.  Po południu autobusy dostały zielone światło i ruszyliśmy w stronę granicy argentyńsko-chilijskiej. Dość szybko zorientowaliśmy się, że jesteśmy jedynymi gringo, a ponad połowa autobusu to handlarze, a przede wszystkim handlarki szmuglujące różne towary przez granicę. Bez ogródek głośno debatowały o tym, która co chce przemycić; papierosy, alkohol, jakieś perfumy i oleje. Handlarki wymieniały się swoimi doświadczeniami i uzgadniały, który celnik jest najmilszy, a który najgroźniejszy. Najgroźniejsza okazała się pani celnik, ponoć niesamowita zołza, tudzież niezła zdzira, na którą trzeba bardzo uważać. Tuż przed granicą handlarki nagabywały nas byśmy wzięli od nich kilka toreb, jednak wizja spędzenia reszty życia w chilijskim więzieniu, gdyby okazało się, że przewozimy narkotyki a nie papierosy, sprawiła, że odmówiliśmy. Na granicy stres wśród handlarek przeniósł się na nas, Chilijczycy bowiem trzepią bagaże, a lista zabronionych produktów jest długa. Nie chcieliśmy oddać naszych owocków celnikom więc zjedliśmy wszystkie banany i mandarynki na granicy. Argentyna, tak jak Australia, też ma hopla na punkcie swojej flory i między poszczególnymi prowincjami nie wolno przewozić owoców, warzyw, czasem mięsa.

Nie wiemy jak to się stało, ale handlarki tak lawirowały między celnikami, rozbijając swoje towary na wiele pojedynczych toreb wrzucanych kolejno na taśmę, że nie wiadomo było już co do kogo należy i celnicy wszystkich przepuścili. Jak wsiedliśmy z powrotem do busa, kobiety świętowały zwycięstwo, poza jedną, która straciła sporą torbę, prawdopodobnie przechwyconą przez celników jako zapłata za przymrużanie na nie oka.

No i jesteśmy w Chile. W stolicy ludzie są zamożniejsi, ale wydają się tacy zabiegani i mniej uśmiechnięci niż ich sąsiedzi z ubogiej Boliwii. W Santiago mieliśmy spotkać się z kolegą, ale akurat pojechał do Polski na wakacje. Zostawił nam jednak klucze do mieszkania i czuliśmy się tam jak u siebie. Santiago jest przepięknie położone, otoczone górami. Jedyny mankament to smog, który, tak jak w Mexico City, nie ma ujścia i osadza się nad miastem. W Santiago śledziliśmy mecz ostatniej szansy i smutni wróciliśmy z oglądania rozgrywki Polska- Czechy.

150 km od Santiago leży Valparaiso, portowe miasto z wielobarwnymi domkami poprzyklejanymi do wzgórz. Domy są często ruderami, ale kolorowa farba jest niczym make-up ukrywający ich wiek. W Valparaiso szkoli się flota wojskowa Chile, a w porcie stoją chilijskie fregaty, którym nie wolno robić zdjęć.

Żal było opuszczać nam Santiago, ale mieliśmy już kupione bilety lotnicze do Punta Arenas. Patagonia nas wołała…

Na winnym szlaku I 12 – 14.06.2012

Mendoza, Maipu: 12.06.2012 – 14.06.2012

Pierwszą rocznicę naszego ślubu obchodziliśmy w niesamowicie romantycznych okolicznościach – autobusie jadącym z Cafayate do Mendozy. Przesiadka następowała w handlarskim mieście Tucuman, gdzie mieliśmy 2 godziny na świętowanie. Za krótko na porządnego steka więc poradziliśmy się miejscowych co tu można przekąsić. Wybór padł na „empanadas”. „Empanadas”, serwowane również w Hiszpanii, to rodzaj pieroga o kruchym cieście z farszem, którego się nie gotuje czy smaży jak w Polsce, tylko piecze. Empanady z Tucuman nazywane są pieszczotliwie „empanadas de piernas abiertas”, czyli pierogi z otwartymi nogami. Farsz jest tak soczysty, że jedząc je trzeba stanąć w rozkroku aby sos ściekał między nogami, a nie na ubranie. Najsmaczniejsze są te nadziewane kurczakiem z dodatkiem cebuli i jajka, ale są też wersje z żółtym serem czy warzywami. Mniami!

Gdy dotarliśmy do Mendozy poszliśmy oczywiście zjeść porządną sztukę mięcha z wieloma warzywnymi dodatkami, a na deser każde dostało swój ulubiony przysmak – odpowiednio lody i naleśniki. Naleśniki były nadziewane „dulce de leche” – mlekiem kandyzowanym, które rządzi w Argentynie (a jak się potem dowiedzieliśmy również w Chile i Brazylii). Mleczkiem smaruje się kanapki na śniadanie, taka bomba kaloryczna na dobry początek dnia, a później można wypić kawę zagryzając tradycyjnymi ciasteczkami „alfajores”- przekładanych dulce de leche, a jakże. Może w końcu uda nam się przytyć na kandyzowanym mleczku… Z kolei lody są w Argentynie wyborne, pewnie ze względu na dużą liczbę włoskich imigrantów.

Samo miasto Mendoza jest bardzo przyjemne. Dużo tam kolonialnych budynków. Klimat przypomina średniej wielkości miasto hiszpańskie lub włoskie, bardzo ładne.

Aż 70% win produkowanych w Argentynie pochodzi z regionu Mendozy. Niedaleko pod miastem, w Maipu, można podziwiać liczne winnice i za niewielką opłatą degustować lokalne wyroby. Udaliśmy się tam z poznaną Joasią, Nowozelandką o polskich korzeniach. Winnice są oddalone od siebie o kilka kilometrów więc najciekawiej i najłatwiej zwiedza się je na rowerze. Gdy płaciliśmy za rowery młoda Argentynka z wypożyczalni dała nam następujące instrukcje:

– trzeba jeździć w kasku

– trzeba oddać rower do 19.00

– nie wolno uciekać przed policją.

Zdziwiliśmy się na to ostatnie przykazanie, wtedy nam wytłumaczyła:

„Wy, gringos boicie się policji, zupełnie niepotrzebnie. Nasza policja patroluje tutejsze drogi by chronić turystów więc nawet jak jesteście pijani po winie to się nie martwcie, policja was będzie eskortować by nic wam się nie stało. Ja to wszystkim tłumaczę, a potem jak policja kogoś pijanego chce zatrzymać by mu pomóc to ten ucieka w pole. Nie róbcie tak proszę, dla waszego dobra”.

Obiecaliśmy, że nie będziemy uciekać w pole przed naszymi nowymi przyjaciółmi- argentyńskimi policjantami i ruszyliśmy opijać się winem. Dziwne, że produkcję wina w Argentynie rozpoczęli dopiero Hiszpanie i Argentyna nie posiada żadnego własnego szczepu, wszystkie szczepy i ich nazwy pochodzą z Europy: Hiszpanii, Francji, Włoch.. Zdziwiła nas bardzo jedna winnica, najstarsza w regionie, należąca do rodziny Tomaso. Tutaj wino leżakowało w betonowych zbiornikach, wyłożonych od środka żywicą miodową. Aktualnie nie używają już tej metody, może lepiej bo wino z betonem jakoś nie idzie w parze. Generalnie wino leżakuje w dębowych beczkach sprowadzanych z Francji i Stanów Zjednoczonych, gdyż południowoamerykańskie drewno nie nadaje się do fermentacji.  Próbowaliśmy różnych szczepów, takich jak „Malbec”, „Cabernet Sauvignon” czy „Shiraz”. Smakowały nam, ale nie rzuciły nas na kolana. Daleko nam do kiperów, ale wina francuskie czy australijskie dużo bardziej przypadły naszym kubkom smakowym. Bardziej od wycieczek winnych spodobała nam się degustacja wyrobów oliwnych (oliwy, pasty oliwne) i likierów (najlepszym likierem był absynt). Lekko się wstawiliśmy, ale przyjaciele policjanci nas nie zatrzymali 😉

Bienvenidos a Argentina I 7 – 11.06.2012

Salta: 07.06.2012 – 09.06.2012

Cafayate: 09.06.2012 – 11.06.2012

Przejazd z Boliwii do Argentyny był dla nas ogromną zmianą.

Argentyna jest mieszanką przybyszów z Europy, głównie Hiszpanów i Włochów, ale też Francuzów, Niemców, Chorwatów etc. Nie widzi się już tylu rdzennych mieszkańców co w Boliwii czy Peru. Ludzie ubierają się bardziej europejsko. Nie uświadczysz pięknych plisowanych spódniczek i meloników. Miasta przypominają te w Hiszpanii czy Włoszech, z dużą ilością kolonialnych budynków w centrum i kościołów urządzonych z przepychem. Wysokości też są inne – w Boliwii nie schodziliśmy poniżej2.000 mn.p.m., tu miasta położone są na terenach nizinnych lub na zwykłych wyżynach.

To co nas zachwyciło to otwartość Argentyńczyków, którzy zaczynają konwersację prosto z mostu, a kończą całując cię w policzek, przytulając i żegnając jakbyście znali się od lat. Co prawda nasze pierwsze wrażenia były wręcz odwrotne (w La Quiaca kłótnia z naganiaczem autobusowym a w Salcie ostra wymiana zdań z nadpobudliwym „wydawaczem walizek”, który bez dodatkowej opłaty nie chciał na wydać bagaży), ale szybko zmieniliśmy zdanie.

Jeżeli chodzi o kwestie językowe to argentyński akcent jest niesamowicie charakterystyczny gdyż Argentyńczycy czytają litery „ll” oraz „y” jako „ź”. W Boliwii i Peru słyszeliśmy czystszą formę kastylijskiego, co prawda z olbrzymią ilością zdrobnień w Boliwii. Życie nocne kwitnie i ciężko zjeść kolację przed godziną 20-21. Na imprezy wychodzi się o 1- 2 w nocy, jeszcze później niż w Hiszpanii.

Naszym pierwszym przystankiem w Argentynie była Salta – 600 tys. miasto pełne wdzięku, z głównym placem Plaza de 9 de Julio. Udało nam się obejrzeć w hostalu mecz Polski z Grecją. Przysiadł się do nas Francuz, Paul, który wspierał Obraniaka oraz Niemiec, który też musiał nam kibicować :). Potem poznaliśmy holenderską dziewczynę Paula i wspólnie wspięliśmy się na wzgórze Cerro San Bernardo. Wieczorem Francuz, jako znawca tematu, dyrygował wspólnemu gotowaniu steków i makaronu. W naszym hostelu mieszkała cała grupa studentek argentyńskich o przekroju wiekowym 21-55 lat, które przyjechały do Salty na konferencję dot. turystyki. Argentynki robiły sobie sesje zdjęciowe z wszystkimi obcokrajowcami, szczególnie chłopakami. Zdjęcia miały ponoć służyć do referatów na studiach. Potem dziewczyny pokazywały nam regionalne tańce i jak nadeszła odpowiednia pora, czyli 2 w nocy, wyszliśmy na argentyńskie disco. Argentynki, jak chyba lwia część Latynosów, mają taniec we krwi i ruszały się przepięknie, aż miło było na nie patrzeć.

Z Salty pojechaliśmy do miasteczka Calafate, gdzie włoska emigracja daje o sobie znać poprzez liczne lodziarnie i pizzerie. Wieczorem udaliśmy się na spektakl, który miał się odbyć w domu kultury. Czekaliśmy na aktorów jakieś półtorej godziny. Gdy dotarli nieprzygotowani, bez strojów, skończyła nam się cierpliwość i wyszliśmy. Reszta publiki siedziała wytrwale, nie dziwiąc się tym opóźnieniom. Natomiast pani z administracji, gdy pytaliśmy się kilkakrotnie kiedy w końcu rozpocznie się przedstawienie, odpowiadała jedynie „ za momencik, za momencik”.

W Calafate wypożyczyliśmy rowery i wsiedliśmy z nimi w autobus, który zawiózł nas 50 km poza miasto. Stąd ruszyliśmy w drogę powrotną, już pedałując i podziwiając różne ciekawe formacje skalne. Po powrocie załapaliśmy się jeszcze na mszę i procesję z okazji Bożego Ciała. Kościół pękał w szwach, a komunię podawały także kobiety. Bardzo odpoczęliśmy (jakbyśmy mieli od czego;) w sielskim Cafayate.

Na dzikim zachodzie I 6 – 7.06.2012

Tupiza, 06.06.2012 – 07.06.2012

Na konikach jeździliśmy ostatnio w liceum i w podstawówce, ale nadarzyła się okazja aby znów usiąść w siodle. Istnieje stworzone do tego miejsce właśnie w Boliwii, wśród czerwonych skał, kaktusów i wąwozów rodem z amerykańskich westernów. Miejsce to nosi nazwę Tupiza i leży 3h od granicy boliwijsko-argentyńskiej w Villazon. Tereny są na tyle westernowe, że nawet kręcone tam były sceny klasyka – Butch Cassidy i Sundance Kid. Jeździliśmy raczej stępem, w porywach do kłusa, na galop się nie odważyliśmy.

Po wizycie w Tupizie przyszło nam pożegnać się z krajem pełnym pań w melonikach oraz tysiąca lam. A propos, mięso lamy nam bardzo smakowało; przypomina wołowinę, ale jest bardziej miękkie i ma odcień szarości. Opuszczaliśmy Boliwię gdy boliwijski prezydent Evo Morale Ayma prosił prezydenta Chile Sebastián Piñera o oddanie kawałka morza, które Chile zabrało Boliwii w wojnie o Pacyfik (1879-1883). Mimo, że tyle lat upłynęło, Boliwijczycy cały czas wypominają ten fakt Chile i żądają wznowienia negocjacji w tej sprawie.

Salar de Uyuni i Altiplano I 2 – 5.06.2012

Uyuni, Salar de Uyuni i wyżyna Altiplano: 02.06.2012 – 05.06.2012

Z Potosi przedostaliśmy się do pustynnego i sennego          miasteczka Uyuni. Tu wykupiliśmy 3-dniową wycieczkę jeepem obejmującą zwiedzanie wyżyny boliwijskiej- altiplano na wysokościach od 3.500 do5.000 mn.p.m.. Przybyliśmy na miejsce z rana i poznaliśmy kolejnych uczestników wyprawy- dwóch Brazylijczyków- Rogi i Thiago oraz parę z Chile- Isabel i Diego. Naszym kierowcą- przewodnikiem okazał się być sympatycznie wyglądający Sacarias.

Pierwszego dnia z rana podjechaliśmy na obrzeża Uyuni, gdzie znajduje się cmentarzysko starych pociągów. Stamtąd wjechaliśmy na największą na świecie płaszczyznę solną, liczącą 12,106 km2 – Salar de Uyuni. Niegdyś stanowiła ona część prehistorycznego jeziora Lago Minchin zajmującego większość południowo zachodniej Boliwii. Przejeżdżaliśmy przez białe przestrzenie ciągnące się po horyzont. Nam sól przypominała śnieg, a naszym Brazylijczykom, którzy nigdy śniegu nie widzieli, sól przypominała sól. Nagle z tej soli wyrosła wyspa, cała porośnięta kaktusami- „Isla del Pascador” (Wyspa rybaka). Ludność miejscowa pracuje przy osuszaniu soli, usypując z niej stożki, następnie sól trafia na boliwijskie stoły. Wieczór i noc spędziliśmy na skraju morza soli, w solnym hostalu, gdzie nocą było piekielnie zimno.

Drugiego dnia zwiedzaliśmy laguny – (m in. czerwona laguna Colorada) z masą flemingów, góry i górki, gdzieniegdzie przebiegały lamy, alpaki, emu i inne zwierzaczki, a na horyzoncie majestatycznie górowały wulkany. Widzieliśmy przepiękną formację skalną w kształcie drzewa. Pod koniec dnia nasz kierowca, który okazał się bardzo małomówny tudzież gburowaty,  zauważył, że przecieka nam chłodnica. Nie mieliśmy zbyt dużo wody by móc schłodzić silnik więc Brazylijczycy zaradzili sikając do butelek i przelewając zawartość do chłodnicy. Na postoju kierowcy innych jeepów w geście solidarności również nasikali do naszej chłodnicy i tak dojechaliśmy na nocleg. Wieczorem nasz kierowca łatał dziury jakąś gumą. Po kolejnej mroźnej nocy, o 5 rano ruszyliśmy nad bulgocące gejzery i potem dalej na gorące źródła. Z oporem zrzuciliśmy z siebie setki warstw i wskoczyliśmy do wody. Gdy wystarczająco się odmoczyliśmy, ruszyliśmy zobaczyć ostatni punkt programu- laguna verde (zieloną lagunę). Stąd pozostało nam ok. 7h do Uyuni. Chłodnica jednak zaczęła odmawiać posłuszeństwa, znów zaczęła przeciekać. Jechaliśmy bardzo wolno, wszystkie samochody zdążyły nas prześcignąć. Zaczęliśmy protestować, że chcemy przesiąść się do innego auta, gdyż jechało kilka pustych jeepów z granicy chilijskiej do Uyuni, ale byliśmy tak wolni, że wszyscy nas prześcignęli i jechaliśmy jako ostatni. Nasz kierowca zapewniał, że dojedziemy do Uyuni z tą nieszczęsną chłodnicą. Co 20 minut mieliśmy postój na dolewkę wody, sików, a czasem jajka do chłodnicy. Na szczęście trasa powrotna wiodła przez tereny bogate w wodę. Już witaliśmy się z gąską, zostały nam bowiem 2 godziny do Uyuni, kiedy nasza chłodnica uznała, że ma dość i eksplodowała z hukiem. Wtedy kierowca się poddał mówiąc: „no mas” i biernie czekał co dalej nastąpi, jakby miał się zdarzyć cud. Byliśmy już tak wściekli na jego wcześniejsze zachowanie, że wzięliśmy sprawy w swoje ręce i zaczęliśmy łapać stopa. Jednak żaden z przejeżdżających samochodów nie jechał do Uyuni, jedynie do pobliskich wiosek. W końcu nadjechały 2 jeepy wracające z granicy, które uprosiliśmy by nas zabrały obiecując, że nasza agencja zwróci za nasz przejazd. Za darmo nikt nie chciał pomóc… Wpakowaliśmy się więc w czwórkę z Brazylijczykami na tylne siedzenie, a Chilijczyków wysłaliśmy drugim jeepem. Gdy podjechaliśmy do Uyuni nasza agencja była nieskora do zapłacenia za cokolwiek więc pozostawiliśmy obie strony samym sobie i czmychnęliśmy. Tak skończyliśmy naszą wycieczkę i ledwo zdążyliśmy na wcześniej wykupiony autobus do Tupizy. Sacarias-a firma miała zholować w ciągu dwóch godzin więc nie zostawiliśmy go na pastwę losu.